Tour de Cuba

Republika Kuby
leży na Morzu Karaibskim w archipelagu
Wielkich Antyli. Państwo składa się z wyspy Kuby oraz szeregu
otaczających ją mniejszych wysepek. To piękne, egzotyczne miejsce,
stanowiące idealny cel wyprawy dla fotografów i poszukiwaczy przygód.

Wyjazd na Kube chodził mi po głowie
już od dłuższego czasu, lecz z różnych przyczyn musiałem rezygnować
z podróży. Od początku lutego ub. r. zacząłem skanować rynek lotniczy.
Bilety udało się kupić po promocyjnej cenie 199 (z opłatami
lotniskowymi, kartą turystyczną i opłatą wylotową z Kuby). Była
to promocja linii niemieckich. Wylot z Frankfurt Main, do którego
można dotrzeć na trzy sposoby: pociągiem wykupując za około 120
zł bilet uprawniający do podróży po Niemczech każdym pociągiem
dzień przed, dzień po i w dniu wylotu i przylotu. Można kombinowanym
transportem samochód + pociąg, oraz samolot (oczywiście tanimi
liniami lotniczymi). My zdecydowaliśmy się na opcję z pociągiem.
Za oknem minus 20-sto stopniowe mrozy, ludzie rzadko wychylali
nosa z domu, a przed nami Kuba. Pakowanie letnich ubrań wydało
nam się abstrakcją podczas, gdy za oknem hulał wiatr i mróz. Bilety
w kieszeni, plecaki spakowane wiec rozpoczynamy Tour de Cuba.

Lot trwał dziesięć godzin, po których
czuliśmy się jak sardynki wyrzucone z puszki na lotnisko w Varadero.
Szybkie rozeznanie, wymiana euro (za wymiane USD trzeba zaplacic
prowizje 10%) na peso convertible oraz peso cubana (na całej Kubie
kurs jest podobny więc bez obawy można wymienić walutę na lotnisku)
i wynajem samochodu. Z wypożyczalniami trzeba uważać, bo można
słono zapłacić za byle wóz.


Nasze negocjacje zakończyły się
pełnym sukcesem. Opuszczamy Varadero dwoma Yarisami zmęczeni,
ale z pełnym bakiem i nadzieją, że po drodze znajdziemy jakiś
nocleg. Varadero jest miejscowością typowo turystyczną co przekłada
się na wysokie ceny miejsc noclegowych. Dlatego w trosce o nasz
budżet tymczasowo omijamy Varadero, kierując się do Matanzas.

Pierwsze zetkniecie z Kubańczykami
okazało się niezwykle trudne, gdyż mało kto mówi na wyspie po
angielsku. Próbowaliśmy więc rozmawiać z „tubylcami”
po hiszpańsku, posiłkując się słówkami zamieszczonymi w przewodniku.
Znalezienie mieszkania o godzinie 1.00 w nocy było nie lada wyzwaniem.
Cudem udało nam się znależć jakiś nocleg. Każdy z mieszkańców
wyspy, kto ma jeden lub dwa (nie więcej) pokoje, których nie używa
może wynajac je turystom. Na drzwiach takiego pseudo pensjonatu
widnieje nalepka z nazwa Casa particulares. Zamiast bilbordów
i neonów reklamą dla Casa particulares są ludzie. Każdy kto przyprowadzi
do Casa particurales gości dostaje 5 peso convertible od właściciela
Cas-y. Potem właściciel rekompensuje to sobie z kieszeni turysty
podwyższając opłatę za pokój o 5 peso. Dlatego jeśli nie trzeba
to lepiej nie korzystać z tych „chodzących reklam”.

Po zapoznaniu sie z prawani rynku
„hotelarskiego” w kolejnych miejscach nie mielismy
już problemów z zakwaterowaniem – często właściciele jednej
Casy polecali swoich znajomych z innych miast.

Podróż po Kubie warto zacząć od
południa kraju. Linia brzegowa odsłania najpiękniejszą przyrodę,
częstując przybysza lazurową woda oraz pięknymi muszlami, koralowcami
i całym bogactwem Morza Karaibsiego.
Zachęcam do spędzenia nocy w namiocie
nad brzegiem morza. Wszechogarniająca sisza, piękne sklepienie
usłane gwiazdami powoduje, że czas staje w miejscu. Trzykrotnie
nocowalismy „na dziko” otuleni cisza i cieplem nocy
– często pozostąjac poza namiotem, aby rozkoszować się otoczeniem.
Wbrew temu, co się mówi i pisze na temat bezpieczeństwa na Kubie,
a szczegolnie nocowania na dzikiej plaży, my nie spotkalismy się
z wandalizmem, próbą kradzieży bądź podobnymi, negatywnymi zdarzeniami.

Kuba nie tylko urzeka przyroda,
lecz również architekturą typowa dla czasów kolonialnych. Taką
perełką architektury jest Trinidad – prawie nienaruszone
miasto z XVIII wieku. Warto sie tu zatrzymać na kilka nocy, aby
poznać zakątki tego magicznego miejsca, które w 1989 r zostało
wpisane do światowego dziedzictwa kultury UNESCO.
Trynidad jest mekka dla fotografów.
Różnorodność barw, światło podkreślające zalety architektury,
oldsmobile snujące się po kamienistych ulicach - to wszystko składa
się na wyjątkowość tego miejsca. Tak jak na całej wyspie również
tutaj ludzie chętnie uśmiechają się i pozują do zdjęć. Zdarzają
się jednak tacy, ktorzy próbuja na tym zarobic kilka peso.


Jedyny minus miasta to przerazająca
liczba turystów. Całe miasto żyje z przyjezdnych. Ulice zasypane
straganami z kapeluszami, obrusami i całą masą różnego rodzaju
pamiątek. Każdy mieszkaniec oferuje banknoty i monety z Che, które
chętnie wymieni na peso convertible. Prawie na kazdym rogu mozna
kupic cygara, oczywiscie często falszywe. Te markowe są już znacznie
droższe i trudniej dostępne. Tak jak wszytko, można kupiś je na
czarnym rynku. Mnie pudełko (25 sztuk) Cohiba udało sie dostać
za 25 euro, czyli tyle ile, w Polsce kosztuje jedno cygaro.

Podróżowanie samochodem po wyspie
jest niezwykle przyjemne. Wszak drogi na wyspie nie są najlepszej
jakości, ale dla samochodu z wypożyczalni nie ma drogi nie do
przejechania. Nawet na autostradzie zdarzała się sytacja, że pod
kołami naszego pojazdu brakowało nawet kilkuset metrów asfaltu,
a gdy na naszej trasie trafiliśny na zarwany most spokojnie samochodem
przejechalismy rzeczkę.

Turysta za kółkiem jest praktycznie
bezkarny. Policjanci wiele razy zatrzymywali nas i probowali powiedzieć,
że znacznie przekroczyliśmy dozwoloną prędkość. Bezskutecznie!
Na całej wyspie nie ma pomiaru prędkości radarem, przynajmniej
my nie trafilismy na takie. Policjanci „ na oko „
określają prędkość jaką porusza sie pojazd na drodze.


Dzięki wypożyczonym samochodom mogliśmy
zbaczać z tras uczęszczanych przez turystów, nocować na dzikich
plażach i spędzać miło wieczory w wiejskich knajpkach. Przez 10
dni przejechaliśmy samochodem prawie 3000 km. Z każdym dniem Kuba
otwierała przed nami coraz ciekawsze zakątki. Jednak pomimo cudownych
przeżyć, wspaniałych miast, które zwiedzilismy po drodze, najbardziej
w mojej pamięci zostanie Havana.


W tej dwumilionowej metropolii sprędzilismy
5 dni. Jest to wspaniałe miasto, w którym każdy znajdzie coś dla
siebie. W Havanie są restauracje i hotele, gdzie można wydać dużo
pieniędzy. Są też knajpki, gdzie można zjeść pizze i napić się
rumu za grosze. PerłąHavany jest cudowna starówka. Grupy ludzi
przywiezionych z pobliskich kurortów na jednodniową wycieczkę
zalewają to pięknie odrestaurowane miejsce. Fragment miasta, w
którym wszystko się kręci wokół turysty. Pięknie ubrane kobiety
i mężczyźni z cygarami, z którymi można sobie zrobić zdjęcie,
kapele, które przygrywają na rynkach i w restauracjach, odrestaurowane
samochody to wszystko jest warte zobaczenia, ale to jest tylko
mała część miasta. Reszta miasta wygląda tak, jakby od lat nikt
się nią nie interesował. Gnijace kamienice zamieniające się w
gruzowiska, których mieszkańcy starają się wiązać koniec z końcem.
Male knajpki, w których można napić się rumu ze szklanki zrobionej
z butelki przeciętej na połowe.


Myślałem, że przez 5 dni poznam
Havane. Teraz wiem, ze 5 dni to za mało. Samo słowo poznanie nie
bardzo pasuje mi myśląc o miescie tak wieku kontrastach. Z pewnością
miasto to jest jednym z najciekawszych miejsc na świecie, do którego
kiedyś jeszcze wróce.
