Portal Konstancin.com Historia okolic Konstancina-Jeziorny Muzeum Konstancina Serwis zdjciowy Konstancin-Jeziorna Filmowe migawki z Konstancina-Jeziorny Forum Konstancina
Witaj! » Zaloguj » Utwórz nowy profil » Szukaj
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
06 maj 2014 - 13:20:09



prawie 3 tygodnie temu, 24 kwietnia zmarł Tadeusz Różewicz.
Różewicz często bywał w Konstancinie - zarówno w Oborach, jak i w domu ZAiKSu (to zdjęcie z 2006 przedstawia Różewicza własnie na balkonie ZAiKSU).
Tu też napisał w 2003 piękny wiersz "niebieska linia":

* Niebieska linia * [Tadeusz Różewicz]


rzecznik praw dziecka

to dobrze to bardzo dobrze

ale gdzie mamy szukać
rzecznika praw starego człowieka
gdzie jest moja niebieska
linia i z kim mnie łączy?
może ta linia jest czarna
a może biała
i dokąd ta linia prowadzi
do jakiego rzecznika na ziemi w niebie
do mojego patrona Judy Tadeusza?

może do mojego Anioła Stróża
który też jest emerytem
starym bezbronnym
jak ja

w lutym roku 2003
(działo się to w Konstancinie)
spadł śnieg
po murku (okalającym ogród DPT)
maszerowała „gęsiego” gromadka chłopców
(uczniów miejscowej szkoły)

zaczęli rzucać we mnie
(udając że mnie nie widzą)
kulami śnieżnymi
czasem w takiej kuli może
być kamień... więc się trochę wystraszyłem
co wy... chłopcy...

usłyszałem rechot... i jakieś porykiwania...
czkawkę
dziadek coś pierdoli
poleciały w moją stronę prócz śnieżnych kul
słowa których nie słyszałem
w partyzantce
nigdy w szkole
ani w gimnazjum
ani na uniwersytecie
ani w stolarni
fabryki mebli Thonet-Mundus
gdzie byłem czeladnikiem
ani u żołnierzy niemieckich
ani u radzieckich


zdarzało
się że ktoś sadził
„piętrowe”
skomplikowane rusko-polskie przekleństwa

wuj Józef mówił czasem
w gniewie „sakra”
nie wiedziałem co to znaczy

nigdy nie słyszałem
Ojca który by wykroczył
poza „psiakrew” no i jeszcze „psi syn”

Mój Anioł Stróż
jest stary wystraszony
bolą go oczy
traci włosy drze go
w skrzydłach
utyka na lewą nogę

jest w gorszych opałach
ode mnie

stchórzył schował głowępod skrzydło
cóż nie jest Michałem Archaniołem
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
06 maj 2014 - 20:50:57
Quote
pionek AGORY
.................................................... Tadeusz Różewicz.
............................

Ulubione powiedzenia Pana Tadeusza " Widzimy tyle ile wiemy " i " Nie wiemy co widzimy "
Proste,dosadne i coraz bardziej "aktualne" .
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
07 maj 2014 - 20:33:53
Witam, bardzo prosze o porawienie wpisu o odsłonieciu pomnika Jerzego Zawieyskiego. Rzeźba jest dziełem mojej mamy Łucji Krajewskiej a nie Lucyny Krajewskiej .
Pozdrawiam
Malgorzata Stawska podpis:
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
08 sty 2015 - 08:37:42
Wczoraj w wieku 88 lat po długiej chorobie zmarł Tadeusz Konwicki. Ten znakomity prozaik oraz filmowiec mocno związany był z Konstancinem. Często bywał w Domu Literatów w Oborach oraz w Zaiksie. Motywy "konstancińskie" przewijają się w jego kolejnych książkach i wspomnieniach.

Jak choćby ten fragment: "Siedzieliśmy na tarasie wokół wielkiego stołu ze złuszczoną farbą. Siedzieliśmy na żeliwnych ogrodowych krzesełkach i patrzyliśmy z zachwytem na Kazia Brandysa. Na stole stała kawa, gorące łatki poobiedniego słońca łaskotały nas po twarzach, w dzikim bzie szalał zapóźniony tego lata słowik. A my pożeraliśmy Kazia. On czuł nasz zachwyt jak gorące słońce, nasz zachwyt dodawał mu skrzydeł. Sypał jedną anegdotką za drugą, strzelał jedną puentą za drugą. Nie pamiętaliśmy zupełnie że czas już wracać do Obór, skąd wyszliśmy na spacer i wskoczyliśmy na krótką kawkę tu, do Berentowicza (znana konstancińska restauracja)."
Tadeusz Konwicki "Kalendarz i Klepsydra"

na zdjęciu Konwicki i Polański na przyjęciu u Morgensternów w Konstancinie


"Tadeusz Konwicki z Romanem Polańskim w Konstancinie. Razem bywali na corocznych przyjęciach jakie Morgensternowie wydawali dla filmowców" (GW)



inny fragment konstanciński z książki Konwickiego "Wschody i zachody księżyca" : "Odbywam daleką, romantyczną podróż. Pojechałem do Konstancina, piętnaście kilometrów od centrum Warszawy. A wybierałem się jak do Australii. Nieprzespana noc, trzygodzinne pakowanie się, nerwy. Żeby obsłużyć mój skapcaniały organizm, muszę dodatkowo poświęcić z rana dwie godziny. Bo tak: zwichnąłem nogę, po raz czwarty tego roku, złapałem gdzieś wirusowe zapalenie gardła, coś się zrobiło z oczami i wyglądam jak królik, do tego boli ząb, lekko nawalają nerki i daje znać o sobie nadkwasota. Tak się prowadzi staruszek w sile wieku, w epoce wielkich zrywów narodowych. A tu, w tym Konstancinie, pada deszcz, właściwie leje od rana do nocy, stare wille patrycjatu warszawskiego pęcznieją od wody, jak purchawki, bo i wyglądają niczym purchawki. Szare, spękane, pokraczne. Dogorywający kurort. Uśmiercony przez socjalizm. Gnijąca stolarka w rosyjsko-polskim stylu, rozpadające się tynki, zmurszałe wieżyczki, przewrócone płoty, zdziczałe ogrody. Tylko pałacyk użytkowany przez ambasadę radziecką jaśnieje od świeżych farb olejnych. To jest właśnie system radziecki: nie odnawiać, lecz co jakiś czas zamalować trupa olejną farbą. Jak tego biednego Lenina w mauzoleum na Placu Czerwonym.
Schowałem się w Konstancinie, a tam, w Warszawie, dobrzy ludzie szykują produkcję Doliny Issy. Szykują, ale bez pośpiechu. Stale kogoś ubywa. Niby wszyscy są serdeczni, życzliwi, oddani Miłoszowi i mnie, ale życie ma swoje prawa. Życie w dziczejącym kraju. W smętnym imperium ogonków do wszystkiego, nawet do kompletnie pustych sklepów, w upiornej ojczyźnie pijaczków, lekko fioletowych, wyschniętych od denaturatu i wody brzozowej do włosów, w dżungli przepełnionej dzikim zwierzem agentur sowieckich. Więc wszyscy z powodu tego życia jakby zatracili miary, perspektywy i wyczucia. Kombinują, żeby do jesieni albo choćby do końca lata. Zatem jakieś zamiary, pomysły, inicjatywy. Kto ma głowę do kręcenia filmu o ludziach znad Niewiaży w końcu pierwszej wojny światowej?
Dla mnie ten film to wakacje. Coś w rodzaju urlopu na koszt pana Czesława. Ale dla innych? Jakiś ruch bez początku i końca. Coś ze sztuki i grafomanii, trochę symetrii i dużo anachronizmu, jakiś niewielki pieniądz i nie zrealizowane kartki na mięso oraz na kaszę. Co za czasy, co za świat.
A ja tu siedzę śród starców. Pomiędzy strasznymi starcami, którzy powinni byli umrzeć przed tą ostatnią wojną albo tuż po jej zakończeniu. Starcy, którzy na noc nie zamykają swoich pokojów, bo lękają się umierania w samotności. Starcy, którzy wychodząc na ulicę zostawiają w drzwiach kartki z poleceniem, kogo zawiadomić w razie ich nagłej śmierci. Chodzę kulejąc między zżartymi przez życie mastodontami, którzy trzęsą się, podrygują, chwytają się ścian, rzężą, bekają, przewracają się do tyłu i chcą żyć, chcą istnieć choćby jeszcze przez tydzień, przez dobę, albo przez godzinę złożoną z sześćdziesięciu długich minut.
Ja tu kiedyś przyjeżdżałem. Trzydzieści lat temu. Jechało się ciuchcią, wąsktorową kolejką. Można było w biegu wyskoczyć z wagonu, narwać panience kaczeńców na łące, dogonić pociążek i wskoczyć do swojego przedziału. Ale to nie byłem ja. To był ktoś inny uzywający moich danych personalnych. Młody człowiek o ogromnej sfalowanej czuprynie i romantycznym, głupkowatym sercu. Jemu się wydawało, że koleguje z Panem Bogiem i w wolnych chwilach naprawi drobne usterki we wszechświecie. We wszechświecie tych ogromnych jak galaktyki lat powojennych. A ja już te lata zapomniałem. Ja ich już nie pamiętam.
Więc ten dwudziestoletni facet jeździł w wiosenne i letnie niedziele do Konstancina z całą masą warszawiaków, odświętnych, rodzinnych, kurczakowatych, nalewkowatych, akordeonowych, humorzastych, przypalonych na malinowo, desusowatych, podchmielonych, obłapiających, warszawiaków warszawiastych. Ale co on mnie obchodzi."

i jeszcze ciekawe wspomnienie o Konwickim: "Konwicki przykjeżdzął często do domu Zaiksu w Konstancinie. Miał juz wtedy zaawansowanego raka krtani więc oczywiscie papieroski i wódeczka - zakazane surowo i raz na zawsze. Zyjąća wówczas zona pilnowała surowo. Konwicki chował więc papierosy w ...lodówce, a wódeczke dał mnie na przechowanie. Wieczorami przychodził na "dymka" i na kieliszeczek."
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
20 maj 2015 - 19:18:58
''(...) warto zatrzymać się na jednej ze ścieżek i obejrzeć ze wszystkich stron podłatany cementowymi plombami nieokreślony bliżej monumencik, wzniesiony na ceglanym fundamencie. Za czasów poprzednich kierowniczek i kierowników walały się w trawie główki skrzydlatych aniołków, listki i różyczki wyrwane z girlandowych wieńców; były to fragmenty rzeźb zdobiących ów XIX wieczny tajemniczy przedmiot.
Jedna ze ścianek obelisku, ta od północy, runęła kiedyś w błotnistą maź, odsłaniając ziejące wilgocią ciemne wnętrze. Buczkowski oglądał kiedyś tę czeluść.
-Tam płonął ogień, to jest piec kominkowy sprzed dwustu chyba lat - stwierdził.
Jego zawsze fascynował ogień. Godzinami potrafił siedzieć przed kominkiem w konstancińskim pokoiku na pięterku, patrząc w płonące drwa. Pies przybłęda leżał u nóg, a on, zamyślony, machinalnie gładził zmierzwioną sierść zwierzaka.
W jednej z takich chwil przyszedł mu do głowy pomysł.
-Spróbujmy - rzekł - wyobrazić sobie, że tę piramidkę w oborskim parku postawili Potuliccy jako pomnik ukochanego psa... Pies został przypadkiem zastrzelony w tym właśnie miejscu, tam też został pochowany, opłakany rzewnie przez hrabinę... A pan hrabia... -I potoczyła się barwna, wzbogacana wciąż nowymi szczegółami opowieść. Jeszcze chwila, a uwierzę w tego psa, pochówek, w łzy hrabiny. Buczkowski już wierzył...
Do dziś niektórzy goście, spacerując parkową alejką w pobliżu pieca w formie obelisku, informują się nawzajem: "To pomnik postawiony przez Potulickich ku pamięci ukochanego wyżła..."
Jedna z pisarek wyrysowała nawet udatnie ów piec,dając podpis 'Pomnik psa w Oborach'; wystawiła potem malunek w kawiarni na Krakowskim Przedmieściu razem z cyklami obrazków 'Drzewa w Oborach', 'Goście w Oborach' (tu głównym modelem był powieściopisarz z ogromną brodą, Zygmunt T.)"

"Parnas w Oborach" Krystyna Kolińska

Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
10 lip 2015 - 09:27:21


na zdjęciu Stefan Kisielewski z żoną w Konstancinie

Fragment książki „Kisielewski” Małgorzaty Gąsiorowskiej:

[…] Podróż do Moskwy, to była taka dawka absurdu, że należało ją odreagować. Zmęczony „zamętem świata” nasz bohater zawsze lubił uciec na dwa, trzy tygodnie gdzieś w zaiksowskie zacisze: do Sopotu, i to na ogół w zimie, do Konstancina, czy innych miejsc. Tam zwykle pracował nad książkami i artykułami, bo komponował w domu, potrzebny był mu do tego fortepian. Ale w zaiksowskim domu w Konstancinie był pokój z fortepianem. Tam Kisielowi udało się umknąć dwukrotnie: w 1990 i 1991 roku, aby pracować nad Koncertem fortepianowym. Wyjazd w marcu 1991 roku miał jeszcze inny cel — uniknięcie najazdu gości pragnących spędzić z Kisielem 80. urodziny. Nie była to jednak ucieczka doskonała, bo solenizanta odnaleźli tam ówczesny premier Krzysztof Bielecki, potem Janusz Korwin-Mikke. Opowiada Adam Sławiński: Siedzieliśmy ze Stefanem i Korwin-Mikkem w restauracji „Biała Dalia” popijając ulubione piwo Kisiela „Guiness”. W pewnym momencie kierownictwo lokalu zorientowało się „z kim ma do czynienia”. Zaproponowano koniak, jakieś dania. Następnego dnia nie czułem się najlepiej. W jakiej kondycji jest w tej chwili Stefan? — pomyślałem. Zadzwoniłem do niego. W odpowiedzi usłyszałem: „Właśnie skończyłem Koncert fortepianowy”. W rzeczywistości na ostatniej stronie rękopisu widnieje data 12 III 1991.Każda część ma zresztą osobną sygnaturkę. I tak: część I — 1980, cz. II — 1986 (w partyturze jest cyfra III wskazująca na marzec; w komentarzu kompozytor pisze „... i wreszcie jesienią 1986 w trzy tygodnie machnąłem część drugą...”), cz. III — 1990, cz. IV — 1991.
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
16 pa 2015 - 13:10:51
Największym 'newsem' wczorajszego spotkania dot. aktualnego stanu gminnych zabytków była informacja, że dwór w Oborach po wielu latach odzyskała właścicielka, tj Teresa Łatyńska z domu Potulicka!
Moje szczere gratulacje!

nie wiadomo jeszcze jaki będzie dalszy los dworu, wiadomo natomiast że historia literatów dobiega końca - obecna fundacja zarządzająca tym domem ma go opuścić do końca roku. Z tego też powodu przeprowadzają wyprzedaż majątku ruchomego - jak można przeczytać na facebookowej stronie Dworu w Oborach, ruszyła aukcja internetowa lokomobili stojącej w parku a także żyrandola...
[allegro.pl]
Wczoraj władze gminy poinformowały że rozpoczną rozmowę w sprawie zakupu bądź przekazania w darowiźnie gminie ową lokomobilę,by mogła w przyszłości być atrakcją np parku zdrojowego... zobaczymy jak się sprawy potoczą.
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
16 pa 2015 - 13:11:05
przy okazji sprawy zwrotu dworu w Oborach przedwojennym właścicielom, Potulickim, pragnę przypomnieć bardzo chlubną powstańczą historię tej rodziny...
Najlepiej o tym mówią osobiste wspomnienia, dlatego też cytuję fragment wywiadu z Łączniczką Hanną Lebecką:

"Ania patrzyła przez okno i nagle zawołała: „Słuchaj, moja matka przejechała pod ulicą, pod tym domem!”. Ja zawołałam: „Biegnij!”. Ania pobiegła. Istotnie, pani Potulicka otrzymała jakąś okrężną wieść, że jedna z jej córek jest w obozie, i wyruszyła takim wozem konnym, taką furą dużą na gumowych kołach do Pruszkowa, licząc na to, znajdzie jakieś dojścia do obozu, że może odnajdzie córkę. Tego samego dnia zabrała nas obie do Obór. Zostawiłyśmy wiadomość siostrze Sikorskiej, dokąd jedziemy, wiadomość o wydarzeniu, i ruszyłyśmy. I tego samego dnia znalazłyśmy się w Oborach.
Przeskok był ogromny. Rano byłyśmy w tym obozie zatłoczonym, wśród strasznie nieszczęśliwych ludzi. Przechodziłyśmy przez tę salę chorych, gdzie leżeli rzeczywiście bezradni chorzy. A nagle znalazłyśmy się w pięknym, pałacowym otoczeniu, w pałacu dosłownie, bo jest to pałac, wspaniały park. Pani Potulicka, która się skłopotała, że w pokoju Ani jest tylko jedno łóżko, kiedy Ania powiedziała: „Mamo, no co za problem? My przecież śpimy zawsze z Hanką razem”, była z lekka poruszona. Oczywiście znalazło się łóżko. No i przez dwa dni troszkę obydwie jak we śnie w tym pałacu poruszałyśmy się. Pani Potulicka od razu zaoferowała gościnę dla pozostałych kolegów z naszej grupy, którzy gdzieś tam byli rozlokowani przez „Jerzego” i przez siostrę Sikorską. (...)
Żeby już może skracać – poszłam do Valetudo, „Jerzy” przyszedł do Obór. Z panią Potulicką ustalili, że grupa chłopców zostanie do niej doprowadzona i to było takie najważniejsze wydarzenie tych dni. Ja przeprowadziłam tych chłopców z różnych okolic, spod Grodziska. Szliśmy, nocując jeszcze po drodze w jakimś dworze, gdzie też nas szalenie gościnnie przyjmowano. Chłopcy zamieszkali w pałacu, w mansardzie, z tym że byli w ukryciu, wiedzieli o nich tylko domownicy, czyli pracownicy pani Potulickiej i gospodyni. Wychodzili tylko wieczorami, kiedy już ogród był zamykany, wtedy mogli pospacerować.
Kolejne ważne wydarzenie to znów przypadek. Kiedy byłam w Piasecznie, zobaczyłam jakiegoś młodego mężczyznę. Pomyślałam, że ten chłopak za bardzo wygląda partyzancko i okazało się, że po prostu weszliśmy na siebie z „Tomkiem”. To był „Tomek”, z którym rozstałam się na Grochowie i który miał nas zabrać na Sadybę. No, rzuciliśmy się sobie dosłownie na szyję. Dowiedziałam się, że „Tomek” i jego oddział był okrążony, że wydostał się z okrążenia i że wraz ze swoim oddziałem, który wyszedł z tego okrążenia, jest w lasach chojnowskich. Zdaje się, że z rozpędu od razu poszłam z nim do tego lasu chojnowskiego, gdzie spotkałam całą grupę kolegów w jakiejś gajówce koło Żabieńca. Były tam również dziewczęta, Hela Siejko. Tak, Hela, bo [w konspiracji] była też jej siostra, Marysia, która zginęła na Sadybie. I oczywiście już teraz powstał problem zebrania całego oddziału. No i moje następne dni to było nieustanne przeprowadzanie chłopców tak, żeby wszyscy byli mniej więcej w pobliżu siebie, natomiast „Jerzy” organizował chyba sprawy broni, bo ciągle byliśmy przekonani i pewni, wierzyliśmy, że wrócimy do Warszawy. I niestety, doszło jednak do pewnego dramatycznego wydarzenia. I tu dochodzę do Węgrów, do sprawy Węgrów. Na tym terenie właściwie Niemców wielu nie było. Byli na froncie. W Piasecznie grasowała żandarmeria niemiecka, która bardzo starannie szukała, z dużym zapałem, uchodźców z Warszawy. Dla mnie „Jerzy” od razu po wyjściu z obozu załatwił fałszywy meldunek w kenkarcie. Był to meldunek na Brwinów, od grudnia chyba poprzedniego roku. Ten fałszywy wpis do kenkarty miał mnie chronić przez żandarmami. Istotnie, chronił, ale może to jeszcze dopowiem. A więc Węgrzy. Chciałabym wrócić do Węgrów.
Niemców nie było, natomiast Węgrów było pełno wszędzie. W pewnym momencie w Oborach zakwaterowano jakieś dowództwo węgierskie. Dwa pokoje przy kaplicy, dwie wielkie sale, komnaty zajął chyba pułkownik węgierski i Obory zaroiły się od Węgrów. Trzeba było chłopców w związku z tym też przeprowadzić, bo do Węgrów przyjeżdżali Niemcy. Jednym słowem, miejsce stało się jak gdyby miejscem ryzykownym. Ci Węgrzy zachowywali się niezwykle, kurtuazyjnie wręcz, byli bardzo eleganccy. Starali się pomagać pani Potulickiej w jakichś sprawach, czy administracyjnych, czy leczniczych, dawali w wypadku jakiejś choroby kogoś z uchodźców konie. No, jednym słowem, byli naprawdę wobec nas bardzo uprzejmi. W tym właśnie czasie, już kiedy Węgrzy znaleźli się w Oborach, przyszła ta wiadomość do Obór. My siedziałyśmy z Anią na tarasie. Pani Potulicka, której wyświadczyli jakąś szczególną uprzejmość, zaprosiła trzech dowódców węgierskich na herbatę i miała być ta herbata podana w holu. Czekałyśmy na nadejście tych Węgrów. Herbata miała być w towarzystwie pani Potulickiej, nas dwóch i tych trzech oficerów, którzy wyświadczyli tą grzeczność. Siedziałyśmy na tym tarasie – taras jest na takim podwyższeniu, pod nim znajduje się podjazd, brama za nim i w bramie widać perspektywę alei prowadzącej do majątku. W pewnym momencie zobaczyłyśmy, że za tą bramą chodzi jakaś młoda kobieta, próbuje jak gdyby wejść, waha się, odchodzi, znowu spaceruje. Ania się wpatrzyła i w pewnym momencie jakoś zawołała: „Słuchaj, to jest łączniczka »Jasia«!”. Pobiegła. Ja zobaczyłam, że rozmawia z tą kobietą pod bramą, a potem widzę, że one zaczynają obie krążyć, chodzą, wreszcie wraca Ania sama i mówi: „Wiesz, mój brat nie żyje. Zginął na Powiślu. To jest jego łączniczka, nie chciała wejść. Ja muszę iść powiedzieć mojej matce, ty zostań tutaj”. No i w ten sposób dowiedziałam się o bracie Ani „Rafal Olbromski” jego pseudonim, dowódcy oddziały „Rafałków”, który 24 sierpnia zginął na ulicy Smulikowskiego. Na ulicy, której potem przez lata pracowałam. Ania wyszła po chwili, powiedziała: „Słuchaj, moja mama prosi, żebyś przyjęła tych Węgrów i powiedziała im co się stało, przeprosiła ich”. Czekałam, Węgrzy nadeszli w pełnej gali. Bardzo byli zaszczyceni tym zaproszeniem pani Potulickiej. Powiedziałam im, że gospodyni, pani tego domu przed chwilą dowiedziała się o śmierci swojego syna. Oni domyślili się od razu, spytali tylko: „W Warszawie?”. Prosili, żebym złożyła wyrazy ich najgłębszego współczucia, i odeszli. (...)"
całość na: [ahm.1944.pl]
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
01 lis 2015 - 17:26:59
jesienny Konstancin (Obory) w wierszu Jana Brzechwy:

Październik
Jan Brzechwa

Nad ranem jeszcze bielał szron,
A oto już się dzień płomieni.
I stoi mój rówieśnik - klon
W pozłocie słońca i jesieni.

Jastrzębie, wypatrując cel,
Jak dwa przecinki tkwią w bezkresie.
I resztką sił wesoły chmiel
Po drzewach do nich w górę pnie się.

Obłoki wolno suną wpław
Jak rozsypane piórka gęsie,
A w dole, popatrz - usnął staw
I znieruchomiał cały w rzęsie.

Nad polną drogą nagi grab
Wyciąga sęki uroczyście
I dźwięczy śmiech rumianych bab
Odmiatających suche liście.

Zaczepny szczeniak w gąszczu traw
Z indykiem śmieszną walkę stacza,
A wierzba zapatrzona w staw
Nie widzi tego - i rozpacza.

Przelatujące stado wron
Rzuca na trawę smugi cieni,
I stoi mój rówieśnik klon
W pozłocie słońca i jesieni.

Sklepioną dłonią skupiasz cień
Nad zapatrzonym w górę wzrokiem,
Ale już wkrótce zgaśnie dzień
W niebie na pozór tak wysokim.

Z moczarów, z okolicznych łąk
O zmierzchu wczesny chłód przenika,
I szybko spada słońca krąg
W pobliskie mroki października.

Dnia jutrzejszego mądry sens
Wypełnia noc jak szept miłosny
I w twoich oczach, w cieniu rzęs
Czytam zapowiedź nowej wiosny.

(Obory, 1953)
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
28 lis 2015 - 13:46:04
"W pobliskim wąwozie podobno ukazywał się ekshibicjonista, tak mi mówiono na jesieni, tej półtora roku temu. Interesowały się tym kobiety, to znaczy unikaniem tego. Ja, ile razy do tego wąwozu poszedłem, to nigdy nikogo nie spotykałem w nocy. Najwyżej kogoś wracającego jakimś pojazdem. Raz, co prawda o zmierzchu zobaczyłem tam kogoś, kto się zatrzymał z rowerem"
Miron Białoszewski, "Tajny dziennik"

Historia ekshibicjonisty grasującego w wąwozie przez który prowadziła droga do Obór została opisana przez Mirona Białoszewskiego w wierszu "Wasza wczasowiczowska maść"

Miron Białoszewski

Wasza wczasowiczowska maść

doły
puste
smoki wyzdychały
fiszbiny po nich wiszą
leonardowskie
szpara z wodą nie dopita
piach zębami zgrzyta
idzie pani
idzie druga
literatka
trzecia w krzyk
— ekshibicjonista w wykrocie!!!
i w cwał
wpadają do domu twórczego
— tam tam!
te, co siedziały
zerwały się od tele
— hop hop!
ale echo w bok
i tyle

na zdjęciu - Literaci w Domu Pracy Twórczej w Oborach, ok. 1950 r. druga od lewej-Izabela Czajka-Stachowicz. (Fot. Gazeta Wyborcza za EAST NEWS)

Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
30 lis 2015 - 10:02:04
Dziś ostatni dzień w którym Fundacja Domu Literatury zajmuje dwór w Oborach. Dom Pracy Twórczej w Oborach przechodzi do historii, a od jutra dwór zostaje pusty. Jakie będą dalsze jego losy, czy zamieszka w nim prawowita właścicielka Teresa Łatyńska-Potulicka, czy tez dwór wynajmie jakiejś instytucji? Czas pokaże.
Na zakończenie działalności Domu Literatów publikuję ciekawe wspomnienie-fragment książki Joanny Kuciel-Frydryszak „Słonimski. Heretyk na ambonie”:


„Dom Pracy Twórczej w Oborach, jak i inne tego typu ośrodki, dotowany był przez państwo. W 1957 roku dotacja wynosiła 136 tysięcy złotych, a w ośrodku wypoczywało siedem i pół tysiąca osób (literaci z rodzinami). Cena noclegu, właśnie dzięki dotacjom, była dość przystępna – wynosiła 50 złotych. Słonimscy na początku lat siedemdziesiątych jeżdżą do Obór coraz częściej. Zostają na kilka dni, a czasem dłużej. Janina ma coraz mniej sił do prowadzenia domu, a tu jest wszystko, czego potrzebują: bardzo dobra kuchnia i towarzystwo. A towarzystwo potrzebne jest Słonimskiemu nie tylko do politycznych knowań, ale także do brydża. Janusz Głowacki twierdzi, że szczególnie chętnie Słonimski organizował partyjki brydża w poniedziałki, gdy w Teatrze Telewizji grano sztuki Iwaszkiewicza.
W czerwcu 1970 roku Karol Estreicher notuje: „Zaszedłem do Obór. Przywitała mnie Irena Dziedzic opalająca się na słońcu. Jak zawsze bardzo miła, taka sama jak w telewizji. Zapowiedziała, że Antoni już od rana cieszy się na moją wizytę. Była 10:15, a Antoni był jeszcze nie ubrany. Poszliśmy do ogrodu. Do cienia. Park jest piękny, przyszedł Parandowski – posiedział chwilę, ale uciekł, kiedy powiedziałem że żona Augusta Zamoyskiego była wmieszana w przemyt z Rosji rękopisów pisarzy opozycyjnych. Potem przychodzili różni nieznani mi ludzie. Z daleka witał się sparaliżowany Przyboś. Smutne.”

Wańkowiczowi i Jasienicy, którzy nigdy w Oborach nie bywali, przypisuje się powiedzenie „Nie jeżdżę tam, bo nie bywam w domu pod nieobecność gospodarzy”.
Potem w wolnej Polsce, wielu wypominało pisarzom Obory. Mira Michałowska, żona peerelowskiego dyplomaty, zaprzyjaźniona ze Słonimskimi w czasach londyńskich, mówiła że w powojennej Polsce twórcy żyli w ekskluzywnej enklawie i mieli przywileje, z których nawet nie zdawali sobie sprawy. „Mieli pensję, mieli za grosze domy pracy twórczej – Obory, Astorię, Nieborów, mieli o wiele lepiej niż inni, żyli po królewsku – nie ma się co oszukiwać”
Julia Hartwig: „Obory to było nasza ucieczka od PRLu. Dawały nam oddech, przenosiły w całkiem inną atmosferę”.
Janusz Głowacki: „Niektórzy uważali, że w Oborach się tylko pije. Pamiętam że w pałacu pracowaliśmy z Markiem Piwowskim nad „Ja się do polityki nie mieszam” – scenariuszem zatrzymanym potem przez cenzurę. Dyktowaliśmy archiwistce z „Kultury”. Dzień był piękny, postanowiliśmy przenieść się do parku. Wytaszczyliśmy na zewnątrz krzesła, stolik i maszynę do pisania. Wtem z krzaków wychylił się redaktor naczelny Moczarowskiego pisma „Barwy”. Śledził nas, przekonany że idziemy w plener gorzałkować a maszyna to tylko kamuflaż.”
Julia Hartwig: „Młodzi bywali niesforni, ale w Oborach to rozumiano i wybryki puszczano płazem. Pisarze mojego pokolenia przyjeżdżali do pałacu by przez dwa, trzy miesiące, przez nikogo nie niepokojeni, popracować nad książką. Na ogół udawało nam się to nieźle. Gdy wieczorem szłam korytarzem, z wielu pokojów dobiegał miarowy stukot maszyn.”


Na zdjęciu Antoni Słonimski podczas spotkania z młodzieżą w Domu Pracy Twórczej w Oborach. Obok poety Anna Trzeciakowska, przyjaciółka domu.
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
10 gru 2015 - 09:00:24


Zbigniew Herbert, Obory, 1972 r.

"Byliśmy razem w Oborach, pałacu zamienionym w dom pracy twórczej literatów. Może rok 1963, może nieco później. Ten pałac, dawniej własność rodu Potulickich, stanowił dla młodych pisarzy szansę na dobre warunki do pracy. Samodzielny pokój, wikt, izolacja. Za dnia stukaliśmy na maszynach do pisania, a pod wieczór uprawialiśmy życie towarzyskie.
Z tej kompanii pamiętam Bogdana Wojdowskiego, Romana Śliwonika, Andrzeja Brychta. Ze starszych – Wiktor Woroszylski, Andrzej Mandalian, może Adam Bahdaj. Wędrowaliśmy po łęgach starorzecza Wisły, przez piachy i zagajniki do Konstancina i tam postój w restauracji u Berentowicza. Zbyszek Herbert jak prawdziwy wędrowiec, z nieodłącznym chlebakiem przewieszonym przez ramię. Świetny kompan, facecjonista, gawędziarz. Styl bycia lekki, niefrasobliwy. Jednocześnie sprawiał wrażenie człowieka w stanie tymczasowym, prowizorycznym, bez stałego oparcia" (fragment wspomnienia Marka Nowakowskiego)
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
18 sty 2016 - 10:22:16


Julia Hartwig z Antonim Słonimskim, Ireną i Andrzejem Krzywickimi, Arturem Międzyrzeckim, Obory 1959

"Tak naprawdę to Oborami rządziły panie. Pisarki, tłumaczki, poetessy i żony literatów, kochanki oraz wdowy. Szczyty elegancji ustanawiały Zofia Bystrzycka, z pierwszego męża Putramentowa, Magdalena Samozwaniec i Izabela Czajka primo voto Her-tzowa secundo Gelbardowa tertio Stachowiczowa. O tych paniach Tyrmand opowiadał, że są „ukrzesłowione” na tarasie i jedna drugiej nie daje dojść do głosu.
Na pałacowym tarasie rodziły się najświeższe, często jadowite plotki. W ostrym świetle południa kobieca komisja obserwująca plażę nad stawem wydawała werdykt, czy jeszcze „może” piękny Lolo, Leopold Rybarski, ostatni kochanek Nałkowskiej. Opowiadano sobie, co zdarzyło się w czasie wczorajszego zbiorowego oglądania telewizji. Na przykład taką historię: na ekranie pokazywano adaptację „Strachów” Marii Ukniewskiej – opowieść z kluczem o obyczajach przedwojennej Warszawy. Obraz komentowała Maria Starska, przedwojenna tancerka, żona scenarzysty Ludwika Starskiego. W pewnej chwili na ekranie pojawił się, w towarzystwie tancerek, mistrz automobilu, młody mężczyzna w eleganckich pumpach. Grał on siedzącego obok niej Kuśniewicza. Maria Starska natychmiast go rozszyfrowała, informując, że ten kochliwy pan to były mąż autorki „Strachów”. I dopowiedziała coś tam jeszcze z tajemnic alkowy. Nagle zamilkła, bo Kuśniewiczowi towarzyszyła ukryta za jego ramionami druga żona, satyryczka Anna Lechicka.
Krystyna Nepomucka, autorka powieści ze słynnym pierwszym zdaniem: „Cnotę straciłam o piątej rano”, była na tarasie nagabywana, czy to chodziło o pokój nr 6. Bo z kim, wszyscy wiedzieli.
Panie plotkowały albo autorytatywnie orzekały, która z hożych dziewczyn przywożonych przez pisarzy ze spotkań z czytelnikami „dojrzała do Obór”. Nie tylko dziewczyn, również który ze ślicznych chłopców. Na tarasie opowiadano, jak Andrzejewski wyrywa rano pokojowej tacę z rąk i niesie śniadanie młodziutkiemu Maruniowi – jak go mistrz nazywał – Hłasce.
Ale też potrafiły obornickie damy objawić polityczny refleks. Wiosną 1953 r. Alicja Sternowa wkroczyła do stołówki z okrzykiem: „Ten zbrodniarz Beria!”. Grzegorz Lasota omal nie udławił się zupą przekonany, że to prowokacja – nie słuchał radia i nie wiedział, że kilka godzin wcześniej Beria został aresztowany."

cały artykuł Heleny Kowalik z 2002r o Oborach można przeczytać tu:
[www.tygodnikprzeglad.pl]
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
28 sty 2016 - 09:11:16


brama do dworu w Oborach jest zamknięta na kłódkę. Dziwne wrażenie robi ośnieżona, prawie nie uczęszczana droga - na śniegu widać tylko kilka pojedynczych śladów. A jeszcze niedawno toczyło się tu życie...
Mam nadzieję że pani Teresa Potulicka-Łatyńska niebawem tchnie dobrą energię i majątek oborski znowu będzie przyciągał rzesze ludzi.

A tymczasem zachęcam do wysłuchania reportażu Julii Machnowskiej "Dom pisarzy". Czyli o tym gdzie Jan Brzechwa tarzał się w trawie...
[www.polskieradio.pl]
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
09 mar 2016 - 10:49:07


sklep w Oborach - bohater zarówno "Tajnego dziennika" Mirona Białoszewskiego, jak i jednego z jego wierszy.
Pewnego jesiennego wieczoru spacerujący po okolicy Białoszewski został wzięty za stróża i poproszony o pomoc - ktoś okradał tutejszy sklep

"Spojrzałem. Było ich widać. Piłowali w świetle wystawy od sklepu. Tamten mówi do mnie
– Niech pan idzie kogo zawiadomić, bo jak ja do nich podszedłem, to odgonili mnie cegłą."

Sytuacja ta została opisana w wierszu "Kradzież na jesiennych wczasach":

(Wczasy; północ)

Opowiadam sen z nożami
Wychodzę na drogę
jakiś cień się plącze
niepewność z odbiciem
— panie, sklep okradają
ja
— gdzie?
— widzi pan?
widzę
— podszedłem, a oni kamieniem, słyszy pan, jak piłują?
słucham, piłują
— piłują
krzyczę
— kto tam piłuje?! oni nie dają se przerwać
cień do mnie
— pan jest tu stróżem, niech pan
ja
— ja nietutejszy
— niech pan zrobi alarm, ja poczekam
staje
ja idę do swoich, śpią, budzę
— sklep okradają
— to trzeba dzwonić
— nie ma jak
— iść do pokojowej
— gdzie?
— nie wiemy
— na komisariat
— do miasteczka?
— no tak, i to prędko
— w dodatku brać udział w sprawie
— a co tam do kradzenia jest w tym sklepie
— dżemy
— to może oni głodni
— pewnie podpici
— a, kasa
— na noc biorą
— to po co oni piłują?
— podpici
— wódki tam nie ma
— jest piwo
— a, to po piwo, to pewnie ci z warsztatów obok, potem naprawią te kraty i jeszcze zarobią, a to niech sobie to piwo wezmą
— i ja tak myślę
— idź spać
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
15 lis 2016 - 09:59:42



Październik 1924 r - przewiezienie zwłok Henryka Sienkiewicza ze Szwajcarii do Polski - uroczystości na dworcu kolejowym w Warszawie

Dziś mija setna rocznica śmierci Henryka Sienkiewicza. Sienkiewicz zmarł 15.11.1916 roku w Vevey w Szwajcarii i tam też został pochowany. Jego ciało sprowadzono do wolnej Polski dopiero w październiku 1924 roku. 27 października 1924 roku odbyła się uroczystość obok pomnika Adama Mickiewicza w Warszawie, gdzie przemówienie okolicznościowe wygłosił Stanisław Wojciechowski. Na koniec trumnę w sarkofagu złożono w Warszawie w podziemiach katedry św. Jana tuż obok prezydenta Gabriela Narutowicza.

W uroczystościach brała również delegacja ze Skolimowa, składając na trumnie wieniec uwity z kwiatów pól i lasów skolimowskich. Skąd te kwiaty skolimowskie? Otóż Henryk Sienkiewicz spędził w skolimowskim dworze Prekerów krótki czas, tworząc tam jedną ze swych nowel (którą? tego jeszcze nie wiem). Stąd też pomysł złożenia wieńca z tutejszych kwiatów. W delegacji skolimowskiej brali udział mieszkańcy Skolimowa: m.in. Stanisław Pniewski, konsul Seydel, sędzia Preker, redaktor Buchner, Karwosiecki, Paszkowski, Matjański.
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
05 gru 2016 - 12:12:16
o uroczystym odsłonięciu ławeczki Stefana Żeromskiego:
[www.konstancin24.eu]


Przy okazji oficjalnego odsłonięcia ławeczki Stefana Żeromskiego, pragnę wspomnieć o jednej z jego ostatnich książek, podwójnie związanej z naszą gminą:

„Stałym wydawcą książek Stefana Żeromskiego był światły księgarz i wydawca, a także przyjaciel Pisarza, Jakub Mortkowicz. Dbał on o nadanie szczególnie pięknej formy zewnętrznej wielu utworom literackim Żeromskiego. Poza zwykłymi wydaniami dzieł przygotowywał wydania bogato ilustrowane, ozdobne, o oryginalności których decydowały ich opracowania graficzne, typograficzne, a także zdobienia w tekście. Do najpiękniejszych wydawnictw Jakuba Mortkowicza należy Puszcza Jodłowa wydana w 1926 roku (już po śmierci pisarza), ilustrowana znakomitymi drzeworytami Władysława Skoczylasa.”
Mortkowicz wypuścił wówczas dwa wydania – jeden bibliofilski, większego formatu z drzeworytami w tekście (w nakładzie 300 egzemplarzy), drugi skromniejszy, o większym nakładzie (oba numerowane!), bez drzeworytów. Oba wydania były drukowane na… MIRKOWSKIM PAPIERZE BEZDRZEWNYM (wydanie z drzeworytami na papierze czerpanym)! Także wydanie to jest podwójnie związane z naszą gminą. Posiadam w swoich zbiorach wydanie bez drzeworytów i potwierdzam świetną jakość mirkowskiego papieru.
A wydanie z drzeworytami możecie przekartkować na stronie Polony: [polona.pl]







Zmieniany 2 raz(y). Ostatnia zmiana 2016-12-05 12:21 przez pionek AGORY.
Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
21 mar 2017 - 10:57:25
Dziś pierwszy dzień wiosny, ale także Światowy Dzień Poezji.
Z tej okazji publikuję wiersz "Letnisko" napisany przez Antoniego Słonimskiego w 1916 roku najprawdopodobniej w Konstancinie (zdjęcie ze zbiorów Muzeum Konstancina przedstawia willę Marychna w 1915 roku)

LETNISKO

Gdy mi się znudzi leżeć, spać lub patrzeć blisko
Na mrówkę biegającą po płótnie leżaka,
Na zakurzone drzewko albo też na ptaka,
któremu rajem zdaje się brudne letnisko,

Gdy mi się znudzi słuchać sepleniących ślisko,
Wykrętnie, i tych których mowa byle jaka,
Gdy mnie znudzi majestat pewnego bydlaka
(Bardzo chętnie bym tutaj wymienił nazwisko),

Wtedy czekam wieczora. Podnoszę rolety,
Chłodem nocy się poję, roziskrzonej latem.
I pragnę w ciszy nocnej podsłuchać sekrety
Ziemi, co się przed nieba żali majestatem
Każdym liściem zwiędniętym, każdym chorym kwiatem –
Mową dziwnie podobną do płaczu poety.

Re: literaci w Konstancinie-Jeziornie
27 mar 2017 - 10:11:30
krótki reportaż przedstawiający Romana Bratnego - pierwsze sceny nagrane są w jego willi Boryczówka w Konstancinie
[www.repozytorium.fn.org.pl]
Przykro nam, ale tylko zarejestrowane osoby mogą pisać na tym forum.

Kliknij żeby zalogować

Online Users
Guests: 24
Record Number of Guests: 1644 on 04 wrz 2017