.
Wprowadzenie
Historia
Położenie i Klimat
Lecznictwo Uzdrowiskowe
Zabytki Kultura Krajoznawstwo
Tradycje Uzdrowiskowe
Żartobliwie o Konstancinie
Stefan Żeromski
Obory kolebka Konstancina
Monika Żeromska - Wieczna Młodość
Powrót ...

HISTORIA KONSTANCINA
spisał Józef Hertel.


Żartobliwie o Konstancinie

HEROIZM HRABIANKI POTULICKIEJ.

Pierwsze lata powstania Konstancina przyniosły to zjawisko z tytułu związane z rodziną jego twórców. Oto hrabianka panna Teresa - zaciekawiona powstawaniem obok Obór nowoczesnej, eleganckiej miejscowości - wybrała się konno w kierunku Konstancji pod opieką mastalerza. Wyprzedza panienkę, aby pokazać - jak należy przeskoczyć strumyk. Pięknie przeszedł jego koń - ale koń panienki jakoś się potknął - tak że panienka dała fikołka nakrywając się spódnicą. Ale nic groźnego się nie stało. Kiedy mastalerz zawrócił, aby dowiedzieć się, czy panienka nie potrzebuje pomocy - panna Teresa, żeby dodać sobie animuszu - spytała mastalerza: - Widział Antoni przy tym moim przeskoku mój heroizm ? Widziołem, widziołem, tylko po naszemu to to się inaczy nazywo !

JUŻ PAN KUPIŁ MOJE ŻONĘ


Ilu to w Konstancinie mieszkało znanych malarzy ?
Ale żaden z nich nie uwiecznił godnie jego sławy.
Jak było kiedyś, tak zaraz po drugiej wojnie, gdy ginące resztki jego świetności i piękności były na wagę złota, tak jest wreszcie i dziś.
Ale nie tylko malarze - również i fotografowie tutejsi nie docenili wartości bezcennej, dokumentu ginącego bezpowrotnie, niepowtarzalnego Konstancina, dawnej jego świetności. Ile to namolestowałem się żyjącego z liczną rodziną tutejszego fotografa - p. Rajmunda Giersa, aby dał się wreszcie namówić na uwiecznienie konstancińskich piękności architektury. Przecież przez dziesiątki lat nie można było wysłać z Konstancina pozdrowienia z jego widokówką!
Sfotografował wreszcie niektóre, ale przecież pozostało jeszcze tyle zapomnianych pałacyków, dworków, will, bram, furtek, gołębników. Ponad rok czekałem później na odbitki z pierwszego wypadu fotograficznego.
- Panie Hertlu - kto to ode mnie kupi ? Ja przecież muszę z czegoś żyć !
Ile musiałem użyć argumentów, persfazji, by wreszcie wyciągnąć pana Rajmunda na drugi połów ciekawostek z naszego Uzdrowiska.
Być może przypomnienie dowcipnego autora - redaktora i wydawcy popularnej niegdyś "Muchy", a może jeszcze bardziej - słynnego w swoim czasie w Skolimowie właściciela lokalu "Corso" - pana Borzuchowskiego -skłoniło go do drugiej wyprawy fotograficznej.
- A co to takiego rozsławiło p. Borzuchowskiego -spytał p. Rajmund.
- A no to, że bardzo dobrze sprzedał żonę i mógł sobie wybudować w sąsiedztwie "Corso" piękną willę.
- Choćby dlatego, by poznać sekret tej transakcji - muszę wybrać się z panem - zadecydował mój dobroczyńca z aparatem fotograficznym szerokokątnym. Po drodze oczywiście nie dał mi spokoju, koniecznie chciał wcześniej znać ową tajemnicę. Doszliśmy wreszcie do porozumienia, że zdradzę ją, jak sfotografujemy wszystkie ciekawe po drodze obiekty i dojdziemy do owego szczęsnego "Corso".
Aby mnie zdopingować do rewanżu w opowieściach zabawnych - sam p. Rajmund próbował dzielić się swoimi ciekawostkami. I oto przy furtce secesyjnej do willi "Mucha" westchnął:
- Jaka szkoda, że już nie żyje redaktor Buchner, bo mógłby wykorzystać świetną niegdyś, zaraz po wojnie, historyjkę z napisem, który wisiał na ogrodzeniu dawnego Gimnazjum i Liceum Skolimowskiego. A mianowicie: ówczesny dyrektor tej placówki, bardzo surowy i nielubiany, aby odstręczyć amatorów odwiedzania terenów szkolnych po lekcjach - kupił psa, kazał wypisać tablicę ostrzegawczą i dla ważności jej podał swoje stanowisko. Oto ona:
"UWAGA! ZŁY PIES !" -
 DYREKTOR
Można sobie wyobrazić, jakby ładnie wykorzystał dziś tę tablicę red. Buchner.
Dalszy ciąg tego tematu mógłbym ja świetnie wykorzystać, ale wierność autentyczności nie pozwala mi stroić się w cudze piórka. Prawda cenniejsza niż piękno skomponowanej literackości. Otóż p. Giers zauważył:
- Jak to jest, - z tym złym psem - panie polonisto? Dlaczego pisze się zły pies ? Czy chodzi tu o psa, który szczeka i gryzie, czy odwrotnie ? Przecież jeśli pies szczeka i gryzie - to jest to dobry pies, a nie zły ! A znów napisać - "uwaga - dobry pies" - to narażać ludzi na pogryzienie !
- I tak źle, i tak źle - próbuję wyjaśnić tę językową łamigłówkę, odwołując się do bajki Krasickiego na temat psa.
Wreszcie obaj doszliśmy do wspólnego wniosku, że najlepiej będzie pisać tablicę - "Uwaga - pies" !
I tak znów gadu, gadu - doszliśmy do znanego niegdyś "Corso".
Zanim jednak zostało uwiecznione na kliszy - musiałem opowiedzieć historyjkę p. Borzuchowskiego ze sprzedaniem żony.
- Doskonałe, doskonałe, powtarzał p.Giers i delektował się obfotografowaniem "Corso" z różnych stron wraz z elegancką willą za elegancką żonę. Po chwili zadał mi pytanie:
- A może byśmy spróbowali tak jak p. Borzuchowski ?
- Czy myśli pan o sprzedaniu przeze mnie żony ? - spytałem.
- Nie, odparł p. Giers - ja myślę o sprzedaniu panu mojej. -Pośmieliśmy się serdecznie.
Ponowny wybuch śmiechu nastąpił, gdy zauważyliśmy, że nie utrzymalibyśmy się od śmiechu, gdyby usłyszały to nasze żony. Ale na tym jeszcze nie koniec ze sprzedawaniem żony. Pan Giers przypomniał świętej pamięci ojca swego i jego żydowską historyjkę na podobny temat.
Spotyka się przed wojną dwóch Żydków.
Ale - a propos Żydków: kiedy próbowałem w Łodzi, u mistrza szmoncesów - żydowskiego pochodzenia pisarza - Horacego Safrina -opowiedzieć żydowski dowcip i użyłem słów - spotkało się dwóch Żydków -spytał:
- Czy to byli mali chłopcy ?
- Nie - odpowiedziałem.
- No to dlaczego pan mówi - dwóch Żydków ? Niech pan mówi jasno -spotkało się dwóch Żydów.
- No więc tak: spotkało się dwóch Żydów. Ten, któremu nie bardzo szły interesy, pyta drugiego - panie Abramowicz, czy pan nie kupiłby moje żonę ?
- Uśsz, pan by chciał za żonę jak cygan za matkę.
Nie, panie Abramowicz, sprzedam jak dla pana, wcale nie drogo ! Kupi pan, póki mam ochotę ją sprzedać ? Ile pan dajesz ?
-Nie, panie Resenkranz, nic nie daję !
- O, to ja panu bardzo dziękuję ! Już pan kupił moje żonę. Żarty - żartami panie Hertlu, ale jak to było w końcu tak dokładnie z tym sprzedaniem tak korzystnym żony przez p. Borzuchowskiego ?
- A wiec tak - p. Borzuchowski - właściciel renomowanego "Corsa" skolimowskiego - miał piękną, o wiele lat młodszą od siebie żonę. Była ozdobą "Corsa" jako bufetowa. Kiedyś pojechał w sprawach zaopatrzenia do Warszawy. Zwykle dłużej zabawiał. Ale tego dnia wrócił wcześniej. Za bufetem stoi kelnerka. Pyta:
- Gdzie pani ?
- Wyszła na chwilę. Pan B. czeka kilka minut. Pani żona nie wraca. Idzie do domu. Otwiera drzwi, a oto widzi ubierających się pospiesznie - żonę i pana oficera. Strzelania nie było. Pan Borzuchowski pyta:
- Podoba się panu moja żona ? Odpowiedź:
- Bardzo.
- Gotów pan jest kupić ją?
- Bardzo chętnie. Ile pan sobie życzy ?
- Borzuchowski: Milion.
Oficer: - A gdyby pan był łaskaw - trochę mniej... powiedzmy...
Borzuchowski: - Zgoda.
Dobili wreszcie targu i tak w historii obok "Sprzedanej Narzeczonej" Smetany - mamy sprzedaną żonę.
Za sprzedaną żonę pan Borzuchowski mógł sobie wybudować obok "Corsa" tę wspaniałą willę - renomowany pensjonat.


powrót

TO JEST MIŁOŚĆ DO KWIATÓW


Według planów Towarzystwa Urządzania Ulepszonych Miejscowości Letniczych Konstancin miał być jedynym tego rodzaju miastem w lesie -miastem ogrodem. Plany te były konsekwentnie realizowane - poczynając od osadzania niemal na każdej posesji dozorcy - ogrodnika a kończąc na ukwieconym Parku z klombami i rabatami, organizowanych przez właścicielkę Pensjonatu “Leliwa" - hr Janinę Hutten - Czapską- corsach kwiatowych wzdłuż Al. Sienkiewicza.
Nic też dziwnego, że z każdym rokiem bardziej Konstancin tonął w kwiatach i że stąd coraz liczniej przybywali do niego malarze, poeci, muzycy - słowem szczególnie uczulona na piękno brać artystyczna.
Kwitnący Konstancin zniewalał wielu malarzy do wiązania się z nim stałym zamieszkaniem lub sezonowym. Stałymi mieszkańcami Konstancina byli malarze: Aleksander Mann, Zdzisław Jasiński, Franciszek Eismond, Adam Styka; na sezon przybywali: Józef Pankiewicz, Stanisław Lentz, Monika Żeromska.
Tak jak najpiękniej wyraził pochwałę kwitnącego Konstancina Żeromski - najwybitniejszy piewca piękna przyrody polskiej słowami:
"w tylu pięknych stronach bywałem, ale nigdzie tak nie pachniało jak w Konstancinie" - tak najbogatsze kompozycje kwiatowe, ilustrujące odziedziczoną po ojcu miłość do kwiatów -zrealizowała na swoich płótnach jego córka Monika. Obok Moniki Żeromskiej - znakomitej malarki kwiatów -należy wymienić takich malarzy konstancińskich poświęcających współcześnie swój talent kwiatom jak: Krzysztof Henisz, Zygmunt Madejski, Wincenty Szeleszkiewicz, Stefania Wołowska, Krystyna Krok - Paszkowska.
Wszelako nestorką tutejszych malarzy kwiatów i posiadającą liczne studia kwiatów - była zmarła przed kilku laty w wieku 98 lat - skromna nauczycielka malarstwa z Wileńszczyzny - Maria Mineyko - Mieszkuć. Nie tylko wrażliwość na wdzięk barw i kształtów dostrzec można w jej pracach olejnych, pastelowych czy w akwarelach, ale także swoistą nutę poezji. Rzadki to dar. Myślę, że nie jest to tylko sprawa odpowiedniego opanowania warsztatu malarskiego, poprzedzonego studiami u znanych malarzy takich jak Stanisławski czy Wyczółkowski, lecz wynik oryginalnej filozofii autorki. Najlepiej ilustruje ją zdanie malarki, iż nie ma kwiatów pięknych czy brzydkich, szlachetnych lub pospolitych - każdy kwiat jest piękny, tyle tylko, że każdy inaczej piękny - nie wyłączając kwiatów zwykłych chwastów.
Trzeba tylko chcieć dostrzec piękno każdego kwiatu i umieć się nim
cieszyć.
Ta dziecięca niemal radość dostrzegania piękna w każdym kwiecie przynosiła jej oczom moc postrzegania tej fascynacji kwiatowej i udzielanie się tej mocy osobom podziwiającym jej prace już po 60-ce, 70-ce, 80-ce, 90-ce i po 95 latach - nota bene powstałe bez okularów.
Jeszcze inne stanowisko sędziwej malarki wywoływała niemałe zdziwienie w kręgu jej najbliższych - nigdy nie zabiegała o wystawy. Ale na jubileusz 95 - lecia urodzin zgodziła się chętnie. Jedna taka wystawa jubileuszowa odbyła się w Stołecznym Domu Kultury Nauczyciela, druga w Ośrodku Wczasowym FWP w Spalę. W obydwu wzięła udział.
Obydwie były wielkim sukcesem. Niepowtarzalne przeżycie dla artystki i jej gości obydwu wernisaży.
Kiedy po likwidacji tych wystaw okazało się, że jedna kompozycja kwiatowa zaginęła - organizatorzy truchleli na myśl, co powiedzieć autorce i jak ona na to zareaguje. A może należałoby oszczędzić malarce tej przykrości ? I wreszcie postanowiono ujawnić tę stratę.
Najpierw długo przygotowywano ją na tę przykrość, z góry przepraszano za to niedopatrzenie i gdy wreszcie ujawniono ten niemiły fakt -babcia - a właściwie - popularna w rodzinie Bunia - wprawiła wszystkich z najbliższego otoczenia w zdumienie:
- Ukradziono jedne kwiaty, powiadacie. To jest miłość do kwiatów !
To znaczy, że się spodobały, że są coś warte. To wspaniale - przynajmniej wiem, które moje malowanie było najlepsze, bo przecież kiepskiej pracy by nie ukradli.

powrót

PIGUŁKI DOWCIPU

Ozdobą dawnej alei Witolda a obecnej Żeromskiego była i jest "Anna" -willa klasycznej secesji - własność znanego aptekarza warszawskiego -Klimpla. W Warszawie przyrządzał mikstury obmyślane przez lekarzy, tu w Konstancinie obmyślał i tworzył mikstury własne dla lekarzy i ich pacjentów - pigułki aptekarskiej secesji. Jak była ich skuteczność - ocenicie sami. Podobno podczas jednego z przyjęć dla co znakomitszych lekarzy -towarzystwo w salonie państwa Klimplów zdradzało duże zainteresowanie pięknymi antykami. Jeden zwłaszcza z panów, uchodzący za najlepszego lekarza wśród dziennikarzy i najlepszego dziennikarza wśród lekarzy, z właściwą sobie wścibskością zapytał pana domu o antyczną serwantkę:
- Mistrzu pigułki, co też za skarby ukrywają te złote firanki serwantki ?
- No właśnie - zawtórował chór medykusów.
- A - to moje skarby - odpowiada nieskory do wyjaśnienia swej tajemnicy aptekarz.
- Ale też i nie godzi się nie spełnić życzeń gości - ponawiają prośbę.
- Jeśli już szanowni koledzy konsyliarze tak nalegają- uchylę rąbka tajemnicy. Tam trzymam zaczarowane fiolki, ampułki, amfory, amforki, butelki, buteleczki, którym zawdzięczani życie.
- Co za cudowna historii ! - nie mogą się nadziwić - musi nam pan, łaskawca pokazać te cuda.
- A tak, tak - otwierając serwantkę dodaje:
- W nich przechowuję po dziś dzień te wszystkie przepisywane mi przez całe życie przez lekarzy leki, których nie użyłem i dzięki temu żyję.


powrót

 

Autor : Józef Hertel członek stowarzyszenia Autorów "ZAIKS", nr.leg: 1539F, wszelkie prawa zastrzeżone.