. |
|
HISTORIA
KONSTANCINA
spisał
Józef Hertel.
|
|
Obory
kolebka Konstancina
|
Z
KOLEBKI KONSTANCINA - PAŁACU OBORSKIEGO
Pisarze mają tu sprzyjające warunki do odnalezienia siebie
i ten nieodzowny twórczy spokój, którego coraz mniej w hałaśliwym
współczesnym świecie. Niejedną fascynującą stronę swej twórczości
zawdzięczają: Antoni Słonimski, Jan Parandowski, Jerzy Andrzejewski,
Julian Przyboś, Marian Brandys, Julian Wołoszynowski, Roman
Jabłoński, Ludwik Bohdan Grzeniewski, Jan Huszcza, Antoni
Marianowicz i wielu innych - właśnie tej oborskiej oazie. |
|
|
Co
prawda Pałac, ze zrozumiałych względów, nie jest udostępniany
licznym turystom, lecz z pewnej odległości - sprzed bramy
pałacowej - można go obejrzeć. Obiekt z II połowy XVII
wieku w stylu barokowym - z dużym dziedzińcem, podjazdami,
gazonami, z charakterystycznym, podwójnie łamanym dachem,
oknami mansardowymi w drugiej kondygnacji, kryty czerwoną
dachówką - posiada okazały tympanon i przylegającą do
prawego narożnika kaplicę pałacową. Okna wydłużone, drzwi
w nadprożu zdobi herb Wielopolskich - Starykoń. Wnętrza
oryginalne, stylowe, sale widne dzięki dużej ilości okien
wydłużonych, mających wysmuklać pomieszczenia. W każdym
salonie inny w charakterze kominek kamienny z kutym kartuszem
herbowym - tu Wielopolskich, tam znów Potockich. Okupacja
i lata powojenne władzy ludowej nie wyszły Pałacowi na
zdrowie. Imponująco pięknymi, zabytkowymi meblami i licznymi
obrazami z epoki wyposażył Pałac z zasobów Muzeum Narodowego
z Warszawy profesor Stanisław Lorentz. Budowla jest dziełem,
względnie wyszła z pracowni, wielkiego budowniczego holenderskiego
z XVII wieku - Tylmana z Gameren, twórcy m.in. Pałacu
Gnińskich (Ostrogskich), Kościoła Sakramentek, Pałacu
Krasińskich w Warszawie i Pałacu Nieborowskiego. Stanowi
zabytek piewszej klasy.
Nie odegrał Pałac Oborski, tak jak jego rówieśnik z Wilanowa,
większej roli w historii Polski. Niemniej swoją wcale
ciekawą historię ma. Zacznijmy od samej, niezbyt powabnej,
nazwy. Może kiedyś i od obór się wywodziła, ale ma swoją
wiekową przeszłość, sięgającą początków XVI wieku, kiedy
w miejscu dzisiejszego Pałacu stał dworek modrzewiowy
właścicieli okolicznych dóbr, rodziny dygnitarzy królewskich
- Oborskich, którym dobra zawdzięczają swoją nazwę. A
może Obory wywodzą się od słowa ob-ory, czyli oboranych
pól? Po blisko dwóch wiekach włodarzowania Oborskich tymi
dobrami nabył je Kanclerz Koronny Wielki Króla Jana III
Sobieskiego
- Jan Wielopolski, syn Jana Wielopolskiego - Wojewody
Krakowskiego. On to pojąwszy za żonę drugą margrabiankę
francuską de la Grange d'Arquieu - Marysieńkę Ludwikę,
siostrę żony Króla Jana III Sobieskiego, Marysieńki Kazimiery
-kazał na miejscu dawnego dworku modrzewiowego wznieść
tę kamienną budowlę. Tu właśnie zapragnął mieć własną
rezydencję - w pobliżu dworu królewskiego. Rodzina Wielopolskich-Potockich
w 1760 r. nakazuje budowę na rzece Jeziorce Młyna i Papierni.
Od rodziny Wielopolskich i Potockich, w końcu XVIII wieku.
Obory nabywa rodzina hrabiów Grzymała-Potulickich.
Nie można pominąć pewnych zasług historycznych rodu ostatnich
właścicieli Obór, jako że mają znaczenie nie tylko lokalne.
A więc:
- Wał Miedzeszyński - wzniesiony przez hr. Mieczysława
Potulickiego kosztem 200.000 rubli srebrem - zabezpieczający
nie tylko tereny wzdłuż biegu Wisły przed kataklizmami
powodziowymi, ale i samą Warszawę,
- droga brukowana Warszawa - Wilanów - Obory, ponad 100-letnia,
w wyniku bezowocnych zabiegów u namiestnika carskiego
rodów Potulickich i właścicieli Wilanowa, Branickich,
o poprawienie fatalnej, starej drogi (z racji potrzeby
za opatrywania Warszawy w mleko i produkty rolne) została
wybudowana własnym kosztem,
- Obory są kolebką Konstancina, bowiem pod dachem oborskiego
pałacu podpisany został historyczny testament hrabiny
Marii Grzymały-Potulickiej, mocą którego powstać miał
przyszły Konstancin. Z innych ciekawszych obiektów zabytkowych
w Oborach na uwagę zasługują:
- Kaplica Pałacowa z ołtarzem w czarnym marmurze, dobudowana
przez rodzinę Potulickich - dzieło architekta Władysława
Marconiego,
- młodsza od pałacu o cały wiek barokowa Oficyna Pałacowa,
- obora klasycystyczna (był czas, że Obory słynęły z wypasu
koni królewskich, krów i owiec),
- czworak z I połowy XIX wieku,
- browar neogotycki z II połowy XIX wieku,
- niewielki, lecz o pięknym ukształtowaniu, park z pomnikami
przyrody - dębem o obwodzie 420 cm i wiązem o obwodzie
533 cm, z kaplicą pod gołym niebem i innymi pamiątkami.
Godzi się tu dodać, że ostatni przedstawiciel rodu Potulickich
- Jan - tragicznie zakończył historię rodu. Jako dowódca
oddziału "Rafał", będąc strzelcem wyborowym,
przyjął na siebie, jako uczestnik Powstania Warszawskiego,
rolę zlikwidowania gniazda oporu hitlerowskiego. Strzelał
z "piąta", ale atak był tak nieszczęśliwy, że
pocisk rykoszetując przeciął mu aortę powodując śmierć.
Spoczął w kaplicy rodowej na Słomczyńskim Cmentarzu. Pamiątką
po nim są zdjęcia w albumie"Miasto nieujarzmione
".
Nie można również nie wspomnieć o ciekawej działalności
okupacyjnej pozostałych członków rodziny Potulickich.
Mimo iż okupant rekwlrował prawie w całości produkcję
rolną Dworu Oborskiego, rodzina Potulickich działała potajemnie,
zaopatrując w żywność ludność konstancińską, organizacje
społeczne, wojskowe, RGO. Ponadto udzielała pomocy rannym
warszawiakom i współdziałała w organizowaniu w Konstancinie
oddziału zbombardowanego szpitala św. Ducha z Warszawy.
Bliżej można poznać historię rodu ostatnich właścicieli
Obór z tablic nagrobnych w kaplicy rodowej Potulickich
i Mielżyńskich na cmentarzu w pobliskim Słomczynie. Tam
też znajdują się herby tych rodów nad drzwiami kaplicy,
których śladów brakuje w samym Pałacu Oborskim. Być może
nie umieścili swojego herbu Potuliccy w pałacu przez skromność,
gdyż nie byli jego twórcami, a możne rody Wielopolskich-Potockich,
względnie jest to po prostu przeoczenie przy ostatnich
remontach.
Należy dodać, że ostatni właściciele dokonali w 1893 r.,
pod kierunkiem znanego architekta Władysława Marconiego,
poważnych zabiegów konserwatorskich pałacu.
Bliższe szczegóły na temat Pałacu Oborskiego - założeń
architektoniczych, walorów artystycznych, historii, itp.
- zawiera praca Andrzeja Zinca - "Dwór w Oborach",
Biuletyn Historii Sztuki R. 24, 1962 r. nr 2 oraz wydana
w Londynie w latach powojennych monografia rodu Potulickich
pt."Potuliccy".
I jeszcze taka oborska bagatelka. Próby wyjaśnienia tajemnic
receptury najprzedniejszych wyrobów czekoladowych w świecie
firmy Wedel, które zabrał ze sobą do grobu ostatni jej
przedstawiciel - dr Jan Wedel - wskazują m.in. na ślady
prowadzące właśnie do Obór. Tu bowiem rodzina Potulickich
hodowała ponad 100 sztuk bydła odpowiednio karmionego,
bez zakwaszania paszy, specjalnie na mleko dla firmy Wedel.
|
|
Ten
szczegół stanowił prawdopodobnie jedną z tajemnic smaku
i trwałości wyrobów tej sławnej firmy.Ostatnia
przedstawicielka linii oborskiej rodu Potulickich - p.
Teresa - przeżyła okupację, wyszła za mąż za p. Marka
Łatyńskiego, w swoim czasie dyrektora Rozgłości Polskiej
Radia Wolna Europa. Obecnie mieszka wraz z mężem w Szwajcarii.Oborski
Dom Pracy Twórczej Pisarzy im. Bolesława Prusa przysporzył
literaturze polskiej niejedno cenne dzieło, jest także
skarbnicą ciekawych opowieści i anegdot związanych z pobytem
w nim wielu pisarzy polskich. Niech mi będzie wolno podzielić
się z Czytelnikiem jedną z przygód własnych w Oborach,
zatytułowaną"Parandowski, Andrzejewski, Lorentz i...
Napoleon w Oborach".
|
 |
|
|
PARANDOWSKI,
ANDRZEJEWSKI, LORENTZ I... NAPOLEON W OBORACH
Jaka szkoda, myślę, wracając z Obór ze spotkania z
Romanem Jabłońskim -interesującym, sędziwym poetą, który
w tamtejszym Domu Pisarza spędza rok rocznie od kilku
lat miesiąc jesienny, że bywa on w nim od zaledwie kilku,
a nie od dziesiątków lat. Dlaczego? Bo może ten
fanatyk piękna Obór i patriota Skolimowa-Konstancina,
a nie Konstancina-Jeziornej, stałby się, pod wpływem spotkań
pod dachem pałacu oborskiego z bardami literatury polskiej,
takim Zawieyskim Obór z"Kartkami z dziennika".
|
Cóż byłaby to za kopalnia skarbów, wspomnień, a może i humoru
o Oborach, Konstancinie, Skolimowie? A tak, muszę się zadowolić
jego wspomnieniem z lat dziecinnych, kiedy to przebywał
na letnisku z rodzicami w sko-limowskiej willi"Pobóg",
w sąsiedztwie słynnej rodziny Bliklów. Pamięta różne zabawy
i figle z małymi Bliklami -Jerzym i jego siostrą, ale najbardziej
utkwiło mu w pamięci wrażenie zgorszenia z powodu podglądniętej
sceny gorącego całowania się taty Bliklego z jakąś piękną
panią w ogrodowej altance. Aby zmniejszyć owo wrażenie dziecięcego
zgorszenia tą sceną, pocieszał się, że była to jego przyszła
ślubna żona. A jeśli tak, to przez pryzmat tych minionych
dziś już 75 lat od tamtej chwili, zgorszenie przybiera formę
podziwu.
I jeszcze jedno - niestety, nie mogę sobie darować, że wydobywając
od kilkunastu lat z zapomnienia świetność Konstancina, piękno
swojskości Skolimowa, nie zainteresowałem się Oborami, mimo
iż mój syn Piotr przynosił mi stamtąd różne wieści od kolegi
Andrzeja Andrzejewskiego, syna ogrodnika oborskiego, na
temat Toeplitza seniora, Słonimskiego, Andrzejewskiego,
Samozwaniec, Czajki.
No, bo skąd mogłem wiedzieć, że Antoni Słonimski nie tylko
dał wyraz swojej miłości do Konstancina, jego romantycznego
dworca kolejki wilanowskiej, czy pensjonatu "Leliwa"
w monodramie "Jak było naprawdę" i w konstancińskich
wierszach sentymentalnych z roku 1916, opublikowanych w
tomie pt."Parady", ale -jak się ostatnio dowiedziałem
- chadzał na plażę przy konstancińskim "Casino"
opalać się w cieniu? Prawdopodobnie w tym celu, aby dawać
upust swoim nie tylko lirycznym, ale i satyrycznym upodobaniom.
A dalej, z tego samego źródła - boya plażowego - inna niespodzianka:
słynna Czajka wspólnie z dzierżawcą owej plaży, kpt. Kowalewskim
- jej przybocznym,
organizowała "Dni morza" w Konstancinie nad Jeziorka,
z występami i występkami, np. recytowanymi przez nią wierszami
i wierszykami z dachu kiosku plażowego.
Ale wróćmy do moich kontaktów z lat, kiedy "panią na
Oborach" z ramienia Związku Literatów była pani Neuman.
Mile ją wspominam, jako że miałem wówczas przyjemność spotkać
się z panią Parandowską. z panem Jerzy Andrzejewskim, z
Janem Huszczą. A było to tak.
Prowadzę kiedyś grupkę miłośników Konstancina złożoną z
kuracjuszy PPU, którzy zapragnęli zwiedzić pałac w Oborach.
Wchodzimy, spora gromadka, na dziedziniec dworski, aż tu
nagle z boku, od strony oficyny dworskiej, zastępuje nam
drogę okazała niewiasta i rzuca surowo: "A państwo
dokąd?" Odpowiadam, że przychodzimy zwiedzić ten zabytkowy
obiekt. Na co ona:
- Ale ten obiekt stanowi Dom Pisarza do pracy twórczej i
jego mieszkańcy nie życzą sobie, żeby im przeszkadzać.
- Ale ja mam pozwolenie pani Neuman...
- A kim pan jest, że korzysta z takich względów?
- Jestem krasnoludek konstanciński - nieco wyrośnięty. Przepraszam
za żart, pani pozwoli, że się przedstawię - nazywam się
Józef Hertel, zajmuję się wydobywaniem Konstancina z zapomnienia,
a także po części i Obór.
- Ja jestem Parandowską - usłyszałem już w łagodniejszym
tonie. Przerywając broniącej jak lwica dostępu do męża.
dodałem pospiesznie, że absolutnie nie będziemy niepokoić
wielkiego pisarza.
- A, chyba że tak, to bardzo proszę - i wprowadziła nas
do głównego wejścia.
Zaledwie weszliśmy do hallu - o, przepraszam, ktoś mi kiedyś
zwrócił uwagę, że dwór, czy pałac nie posiada hallu, lecz
sień. A więc, przemierzywszy tę wspaniałą sień z bogatymi,
zabytkowymi meblami, obrazami i kominkiem herbowym, próbujemy
wejść do komnaty, a tu staje przed nami wyprężony rycerz,
niczym ten z herbu ostatnich właścicieli, hrabiów Potulickich,
broniący dostępu do skarbów pałacowych, tyle tylko, że bez
podniesionego do ciosu miecza, i stawia konkretną słowną
zaporę:
- A państwa jakie tu... bogi sprowadzają? Powiedziane było
"bogi", ale czuło się w intonacji głosu "licho".
- My przychodzimy zwiedzić pałac, a właściwie Dom Pisarza.
Jesteśmy grupą miłośników Konstancina, a także Obór.
- Państwo pozwolą, jestem Jerzy Andrzejewski.
- To wspaniale! - ktoś się wyrwał z grupy.
- Wcale nie wspaniale, proszę państwa, bo Dom Pisarza w
Oborach nie jest przygotowany do zwiedzania, gdyż pisarze
nie są jeszcze w gablotach, gotowi do zwiedzania.
- To bardzo dobrze, cieszymy się, gdyż chcemy widzieć pisarzy
żywych, tworzących, walczących, o tak, jak pan, a nie zmumifikowanych
w muzealnych gablotach.
- Szanowny panie Andrzejewski, dziękujemy za świetny dowcip
z pisarzami w gablotach, ale... życzymy panu i pańskim kolegom,
żeby jak najdłużej żyli, nie byli w gablotach, a tworzyli
jeszcze wiele pięknych dzieł. Słowem, żeby w tych czasach
zamętu intelektualnego i politycznego wprowadzali chwalebny
"Ład serca" - na wzór pańskiego pięknego dzieła.
Andrzejewski na to: - Bardzo panu dziękuję, panie przewodniku,
za tak świetną ripostę i komplement. Tak oto Andrzejewski
został rozbrojony i pokonany. Zaofiarował nawet swoje usługi
jako przewodnika.
- A zatem, jeśli państwo pozwolą, ponieważ znam trochę historię
tego pałacu, oprowadzę państwa. Była to własność rodziny
hrabiów Potulickich, herbu Grzymała. A nazwa Obory nie od
jakichś obór, lecz od Au bord de la Yistula.
- Bardzo dziękujemy, wpadam mu w słowo, ale w ten sposób
ucierpi mój prestiż przewodnika i znawcy historii tego pałacu.
Wolałbym, jeśli pan pozwoli, pochwalić się swoją wiedzą
- do spotkania z rodem Potulickich przygotowywałem się dość
długo. Taki mój snobizm. Tak, proszę państwa, niestety muszę
uzupełnić wypowiedź pana Andrzejewskiego, gdyż przed Potulickimi,
jeszcze za Króla Jana III Sobieskiego, pałac był własnością
Kanclerza Koronnego Wielkiego tego króla -Jana Wielopolskiego.
A jeszcze wcześniej Kasztelana Królowej Bony - Oborskiego.
Stąd właśnie prawdopodobnie nazwa Obory, a kto wie, czy
nie od nazwy pól uprawnych, tzn. oboranych, czyli ob-orów,
używając bardziej archaicznego języka.
Andrzejewski na to: - Widzę, że pan zmierza do historii
Obór od Adama i Ewy. Będę musiał się kiedyś dołączyć do
pana grupy. A teraz przepraszam, ale muszę dołączyć do mojego
towarzystwa, które opuściłem, tym bardziej, że czeka w tej
komnacie pan profesor Lorentz, któremu Obory zawdzięczają
aktualny wystrój. Wyszedł elegancko i z humorem z tego ambarasu
Jerzy Andrzejewski. - Profesor Lorentz gości właśnie szacowne
grono przedstawicieli międzynarodowego Towarzystwa Historyków
Sztuki z udziałem Napoleona - dorzucił obejmując nas uprzejmym,
choć tajemniczym uśmiechem, oddalając się do dużego stołu,
przy którym zasiadało liczne towarzystwo.
Spróbowałem przy tym stole wyłowić owego Napoleona, ale
w ostatniej chwili zauważyłem, że chodziło nie o Napoleona
przy stole, lecz... na stole!
Gabriel Narutowicz, późniejszy prezydent Rzeczypospolitej,
w Oborach ok. 1921 r. Stoją od lewej:
Maria z Hutten-Czapskich, Gustawowa Przeździecka, Zofia
z Przeździeckich, ks. Seweryna Cze-
twertyńska, hr. Henryk Potulicki, hr. Izabela Potulicka,
Gabriel Narutowicz, Kazimiera Ittakowi-
czówna; siedzą: hr. Stefan Przeździecki, Kajetan Morawski |
|