BAJKI DLA POKRĘCONYCH DZIECI ver. 1. 1 BAJKI DLA
POKRĘCONYCH DZIECI
****************************************************************************
data : luty 1997
miejsce : Konstancin - Jeziorna
copyright © Bart J. Rubber 1997
Najpierw chciałbym wogóle zaznaczyć, że te bajki nie są dla dzieci, jakichkolwiek bądź, pokręconych czy nie.
Są dla ludzi z pewnym odbiciem, jak spora część moich tekstów, a więc dla Was, potencjalni czytelnicy.
Może to nie jest sztuka, coś takiego napisać, ale mnie się podoba.
****************************************************************************
***Bajka I
Niezwykła i wielce przerażająca historia walki wuja Anastazego z Urzędnikami Miejskimi
- O Boże, ty jesteś popieprzony, porypany, odwaliło ci, o Boże! - krzyczał Anastazy miotając się dziko po betonowej galeryjce kanału ściekowego nr 72.
- To znaczy, nie ty jesteś popieprzony, Boże - rzucił ciemnym okiem w górę, w stronę sklepienia i niewidocznego nieba. Oko odbiło się od ceglanego stropu i wpadło w gówno płynące dnem kanału. Anastazy złapał je i włożył na powrót do oczodołu, wycierając przedtem rękawem.
- Nie ty jesteś porypany, Boże - powtórzył dla pewności - Za to ty z pewnością!!!
I to na 107%!!! - rzucił wściekle w kierunku młodego Szczura, siedzącego na krawędzi rury ściekowej. Z rury wąską strugą sączyła się mętna zawiesina cuchnąca lizolem. Szczurek ubrany był w brązowe dżinsy, czerwone szelki i miał równo zaczesane włosy. To odróżniało go od znacznie starszego Anastazego, który nosił pomazaną ramoneskę, prawie czarne okulary i miał irokeza. Na co Szczurowi irokez, zastanawiał się nieraz Młody.
- Odwaliło ci - powiedział Anastazy celując w Młodego palcem - Zobaczysz, że to cię kiedyś wykończy. System cię zniszczy! Ja wiem! Pamiętam tamte czasy!
- O rany, wuju, ależ ty pieprzysz, żeby użyć twojego języka - stwierdził Młody i wpadł w gówno zaściełające dno kanału, bo Anastazy kopnął go w tył głowy.
- Jak ty się odnosisz do starszych, co gnoju?! - Szczur stanął okrakiem nad leżącym siostrzeńcem. Z rezygnacją pokręcił głową i wzruszył ramionami. Potem przysiadł na brzegu galeryjki, wyciągnął skręta i zapalił go. Trwali tak chwilę w bezruchu, Anastazy przycupnięty na wąskiej betonowej półce, a Młody siedzący po pas w szambie na dnie kanału.
- Dobra - stwierdził Anastazy, wypuszczają dym ustami.
- Pójdziesz? - upewnił się Młody z nadzieją w głosie.
- Pójdę, jestem przecież twoim wujem. A wiesz, że wuj - to wuj, no - pokiwał z namysłem głową.
- Dzięki, wiedziałem, że mi pomożesz.
- W dzisiejszych czasach my, Szczury, musimy sobie pomagać. Zwłaszcza, że znów namnożyło się tych cholernych Ludzi. Ha, w czasach mojej młodości, to było dopiero coś! - rozmarzył się.
- Wuju Anastazy! - krzyknął ostrzegawczo Młody. Anastazy padł na dno kanału. W
górze śmignęła maszyna patrolowa. Ciemny kształt przemknął ponad nimi z szumem i zniknął w ciemnościach.
- Uff - Anastazy wycierał mocz z ramoneski - Skąd się tyle tego bierze? - zapytał.
- Jesteśmy w kanale ściekowym - Młody gwizdnął cicho. Najwyraźniej wuj dopiero zaczynał trzeźwieć.
- Racja myślisz, że nie zauważyłem! - krzyknął stary Szczur - Zresztą, gdzie indziej ty mógłbyś być?!
- Wolę to, niż włóczenie się po tych zakazanych barach, gdzie ty łazisz! - odciął się Młody.
- Zawsze byłeś niepoprawnym romantykiem. Masz to chyba po mamusi. Nieważne, idziemy - Anastazy uniósł się z galeryjki, otrzepał i ruszył raźno przed siebie, pochylając lekko głowę, bo strop gwałtownie się obniżał, tuż za ścianą komory zlewowej. Pewnym krokiem Szczur podążał naprzód, nie oglądając się na siostrzeńca. Bez cienia wątpliwości wybierał kolejne odnogi kanałów i zagłębiał się w ich cieniu, dążąc do jednego celu - dawnej hali dworca w centrum miasta, jakie przed 13 lipca 2009 nazywało się Warszawa. Potem miasto wymarło i nikt już nie używał tej nazwy. To było ponad pięćdziesiąt lat temu, a Anastazy był zbyt mały, żeby to pamiętać. Szczerze mówiąc, kiedy przedwojenna Warszawa została zmieciona, on dopiero miał się urodzić, a jego rodzice kulili się ze strachu w ciasnym kanale. Do tego jednak Anastazy się nie przyznawał, bo za opowiadanie, jak było w czasie wybuchu, zawsze stawiali mu piwo.
- Stój - szepnął, wyciągniętą łapą przytrzymując Młodego.
- Co jest?
- Karaluchy! - Anastazy nienawidził Karaluchów. Nigdy nie odnosił się do nich wrogo publicznie, ale gdy napotkał jakieś na osobności, wtedy, cóż, wybuchały jatki. Karaluchy bezskutecznie próbowały go dorwać.
- Patrz - polecił. Wolnym krokiem wyszedł zza rogu. Trzech Karaluchów opierało się o ścianę. Na pyskach mieli wyraz zniechęcenia i apatii. Jeden z nich bawił się długim nożem.
- Hej, wy pieprzone brudasy, popłuczyny po Wybuchu! - krzyknął Anastazy. Poderwali się i zaczęli wrzeszczeć przekleństwa, wymachując wielostawowymi odnóżami.
- No chodź, ty zawszony Szczurze! - krzyknął jeden z nich.
- Dobra - Anastazy podniósł z posadzki kawałek zardzewiałej rury. Walnął nią o ścianę, tak, że złamała się tworząc ostrze.
- Łaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! - wrzasnął i rzucił się naprzód. Pierwszego przebił na wylot rurą, przygważdżając go do muru. Miotał się i wierzgał, ale nie mógł się uwolnić od przytrzymującego go metalu. Drugiemu dopadł do szyi i odgryzł głowę. Trzeci stał niezdecydowany i rozglądał się w panice. Nagle krzyknął i rzucił się do ucieczki. Coś błysnęło, huknęło i Karaluch padł z dziurą wypaloną w chitynowych plecach.
- Nie chciało mi się już stać bezczynnie, wujaszku - wyjaśnił Młody głosem zmanierowanego pensjonariusza. Stał w egzaltowanej pozie dziecięcia wieku, opierając się barkiem o cegły.
- Spoko.
- A ten? - Młody wskazał pistoletem na ostatniego Karalucha, szarpiącego się z rurą przebijającą mu żołądek, czy co one tam miały w odwłokach.
- Aaaaaać!! - wrzasnął, gdy Anastazy do niego podszedł. Szczur chwycił rurę i obrócił ją. Potem wyszarpnął. Karaluch upadł z trzaskiem na posadzkę.
- Słuchaj - Anastazy nadepnął mu na głowę, wyciągnął skręta, zapalił i zaciągnął się głęboko.
- Słuchaj - powtórzył, wypuszczając kłęby dymu. Zamyślił się. Karaluch pod jego nogą struchlał - Gdzie są teraz Urzędnicy Miejscy? Wiem, że takie gnidy jak ty zawsze to wiedzą.
- Aaaaaaaaaaaaa - krzyknął Karaluch, bo Anastazy przydeptał mu mocniej głowę.
- AAAAAAAAA - aaaaaa - a a - halaaaa - dworca - aaaaAAA.
- To wiem. Gdzie dokładnie? - Szczur pochylił się i zajrzał w mozaikowe oczy ofiary. Dmuchnął mu dymem w tchawki.
- AA - podziemie - aaa - peronu - aaaa - piąaaaaa - tego - aa - zawył Karaluch.
- Dzięki. Byłeś niezwykle użyteczny. Ale to za mało - Anastazy na powrót przybił go rurą do ściany.
- Masz, pojaraj sobie przez te trzy minuty życia, jakie ci zostały - włożył mu w otwór gębowy niedopalonego skręta.
- Słyszałem, Młody?
- Słyszałem, wuju.
- Pewien jesteś, że to oni?
- Pewien jestem, wujaszku.
- Dobra - Anastazy rozczesał palcami brodę - W takim razie chodźmy tam.
I poszli.
Bar był wstrętny jak rzadko. Nie dość, że kręciło się tam pełno wszelkiego robactwa, takiego jak Karaluchy czy Pająki, nie dość, że pełno tam było Szczurów - degeneratów, z obrzydliwymi cyborgizacjami, to jeszcze przesiadywało tam najwięcej Ludzi, przedstawicieli najpaskudniejszej ze wszystkich Ras po Wybuchu. To właściwie wyłącznie ludzie stanowili Urzędników Miejskich . Mieli wstrętne, prawie bezwłose ciała, długie ręce i nogi, małe głowy i donośne głosy. Oprócz tego byli niezwykle sprawni i szybcy. Na szczęście, nie byli zbyt odporni. Człowieka wystarczało przebić na wylot rurą i umierał.
Urzędnicy trzęśli sporą częścią miasta. Ich wojownicy w niebieskich mundurach z metalowymi odznakami, noszącymi tajemniczy symbol złożony z trzech liter i numeru, terroryzowali wszystkich. Wydawało im się, że przywrócą czasy sprzed wybuchu, kiedy to Ludzie rządzili wszystkim. Nikt nigdy z nimi nie zadzierał, bo znikał potem w dziwnych okolicznościach.
- Hej! Wy śmierdzące, bezwłose mutanty! - krzyknął Anastazy, stając na schodkach w wejściu do baru. Wszyscy nagle zamarli. Pod stolikami szczęknęły otwierane noże i przeładowywane pistolety.
- Chcę widzieć się z Wielkim Urzędnikiem! - wrzasnął Anastazy.
- To ja, co chciałeś, brudny Szczurze?!! - rozległ się donośny głos. Potężnej postury Człowiek podniósł się ze stołka, wywracając go przy tym. Od razu też wywrócił stolik. Był ogromny, miał przynajmniej metr pięćdziesiąt, a w klatce piersiowej ze dwa razy tyle co Anastazy. Odepchnął jakąś młodą samicę, wiszącą mu na ramieniu i splótł palce aż trzasnęły.
- Co chciałeś?! - zapytał.
- Bić się z tobą - odparł niefrasobliwie Szczur. Zgromadzony w barze wielorasowy tłum zawył.
- Słuchaj, Szczurze. . . !
- Ty słuchaj, Człowieku! Nie było cię nawet na świecie, kiedy ja staczałem już zwycięskie walki w takich miejscach. Nie pozwolę, abyś pomiatał moją Rasą! Zabrałeś coś, co należy do mojego siostrzeńca.
- A cóż takiego?!
- To nie jest ważne. Splamiłeś nasz honor. Za to cię zabiję. Jaka jest twoja stawka.
- Twoje nędzne życie. . . - zawyrokował Człowiek i roześmiał się gromko.
- Dobra! - Anastazy kiwnął głową - Więc?
- Tu i teraz! - krzyknął Człowiek i rzucił w Szczura stołem. Ten uchylił się i stół roztrzaskał się na przeciwległej ścianie.
- Młody, na bok! - krzyknął wuj. Chwycił stojącą na stole butelkę i roztrzaskał ją o blat. Resztki wina zalśniły na ostrych krawędziach potłuczonego szkła. Tłum jak na komendę rozsunął się na boki. Człowiek i Szczur znaleźli się w środku ogromnego kręgu. Barman przepitym głosem wykrzykiwał zakłady.
- Raagh - ryknął Człowiek i skoczył. Siła uderzenia przewróciła dużo lżejszego Anastazego. Napastnik wbił kolana w jego klatkę piersiową i zaczął dusić. Tłum wył.
Gwałtownym ruchem Anastazy wyrzucił ramię i szkłem rozpłatał szyję tamtego. Gęsta, ciemnoczerwona krew chlusnęła strumieniem. Z tłumu wyłonili się Urzędnicy w charakterystycznych mundurach. Zaciskali w dłoniach noże i pałki. Jeden z nich rzucił się na Szczura, ale padł przestrzelony na wylot. To Młody wypalił ze swojej broni.
- To co on ci zabrał, Młody? - spytał Anastazy, rozglądając się.
- Och, moją ukochaną flanelkę. Mam ją od urodzenia, przynosi mi szczęście - powiedział Młody egzaltowanym głosem. Podszedł do okrwawionego ciała i wyciągnął z kieszeni poszarzały kawałek błękitnej flaneli. Przytulił ją do policzka.
***Bajka II
Życie w latach dziewięćdziesiątych.
Poruszaliśmy się powoli wąwozem szarej ulicy. Tłum przewalał się obok nas, bezładna rozpędzona masa ludzkich ciał, dążących ku prywatnej apokalipsie. Nocny mrok wypełzał zza brudnych rogów, zachlapanych błotem domów, z mroczniejących wystaw domów towarowych. W gniazdach rozbitych latarń, niczym w legowiskach żmij, skręcały się sploty zła. W śmierdzących śmietnikach czaiły się larwy grzechu, wypełzające nocą. Owijały się skręconymi ciałami wokół nóg wychodzących w teren prostytutek, razem z nimi przedostawały się do ciał ludzi, pędzących bezładnie wąwozami ulic, ciemnymi norami przejść podziemnych, trwających w nieznośnym oczekiwaniu na cud w betonowych jaskiniach metra.
Obcy, bezduszny wąż tramwaju ciągnął nas w swym plugawym wnętrzu przez miasto. Na pierwszym siedzeniu przysypiał nałogowy alkoholik z wymiocinami na płaszczu. Tuż obok nieletni bandyta bawił się złotym zegarkiem, skradzionym w zaułku mrocznym od zła. Naprzeciw niego siedział zmęczony sutener, przeliczający splamione grzechem pieniądze.
Wąż wypchnął nas na twardy, okrwawiony bruk chodnika, gdzie funkcjonariusze porządku społecznego niszczyli stalowymi pałkami ideały zarośniętego studenta. Czepiał się betonowych płyt, szukając u nich litości, ale były one równie kamienne jak serca policjantów.
Na naszych szyjach zaciskały się powoli palce wielkiego miasta. Plugawa krew wędrująca podziemnymi arteriami kanałów ściekowych przesączała się cicho na powierzchnię, oblepiała buty szarych, zmęczonych ludzi, uciekających owczym pędem donikąd. Nerwowe impulsy elektryczności strzelały snopami iskier na izolatorach ogromnych, przerdzewiałych słupów, wyglądających jak żebra wyciągnięte ścierwu piekielnego lewiatana.
Szara, cuchnąca masa tłumu porwała nas ze sobą, pociągnęła w plugawą gardziel stacji metra. Zniknęliśmy w przełyku miasta, przeżuci przez mechaniczne bramki i drzwi. Zacisnęły się wokół nas kwaśne palce potu i zmęczenia, którymi otoczyli się ludzie. Przed oczami migały rozjarzone rozpustą wrzody stacji, mechaniczny głos monotonnie i obojętnie podawał nazwy. Ostatnia stacja wyrzuciła nas jak odbyt wyrzuca nieprzetrawione, zbędne resztki.
Krótki, brudny, dymiący autobus wchłonął nas, ludzie wepchnęli nas do środka naciskając nasze plecy stalowymi walizami i długimi kijami. Niczym monstrualna larwa, pojazd pełzł drogą, gdzie asfalt spływał do zapchanych kanałów, a pobocze pokrywała gęsta skorupa smaru i benzyny, nie mogącej się przebić poprzez glinę.
Wyskoczyliśmy na ostatnim przystanku, na pół zaduszeni przez fetor i ludzi. W nocnej ciszy chłonęliśmy zniszczonymi ciałami nikły zapach palącej się ropy, odór gnijących śmieci, rybi zaduch doków, gdzie pływały odpadki, a na zaszlamionym dnie spoczywały ciała, które nie były już nikomu potrzebne. W oddali słyszeliśmy chrapliwy oddech miasta, umierającego, zżeranego przez wzbudzoną przez siebie entropię.
Staliśmy na spękanych, kamiennych płytach nabrzeża, w podmuchach cuchnącego wiatru i wpatrywaliśmy się w wodę, na której rozlały się plamy benzenu, otaczając martwe ryby.
Nasze kalekie ciała drżały od zimna, jakim przeszywało nas zło, którego macki dopełzły aż tutaj. Czaiło się wśród wędrujących powoli fal.
Chwyciłem jej zgrabiałe, wątłe palce i zacisnąłem dłoń. W jej oczach, niemal zgasłych, dostrzegłem na dnie iskierkę nadziei, tej nadziei, która zostaje nam głupia i ślepa, gdy wiara umiera. W moich oczach ona pewnie dostrzegała to samo.
Przyciągnąłem ją do siebie. Czułem jak jej serce biło powoli, słabo, tak jak serce umierającej metropolii. To biło jednak inaczej niż tamto, splugawione i złe. Oblizałem swoje usta, spękane, zniszczone. Ślina paliła je płomieniem.
- Nie - powiedział Demiurg, wynurzając się z mroku potłuczonej latarni.
- Nie pozwalam wam - miał na sobie stary, podarty płaszcz, łachmany zesztywniały od brudu. Długie, splątane włosy okalały starczą, pooraną zmarszczkami twarz. W jej głębi, ukryte, czaiły się pałające oczy. Cuchnął przetrawionym alkoholem.
- Nie pozwalam wam - próbował krzyknąć, ale zaczął kaszleć. Krew spłynęła mu po ustach.
- Nie można już zacząć od nowa. Za późno - puściłem ją i podszedłem do starca.
Bronił się długo, uderzając boleśnie długim, żebraczym kosturem.
- Na mocy prawa, nadanego mi przez istoty zwane ludźmi, skazuję cię starcze, skazuję cię Boże na śmierć. Skazuję cię na śmierć pośród zła, jakie uczyniłeś w siedem dni - puściłem go i dałem kopniaka.
Iskra wciąż tliła się w jej oczach. Powoli pocałowałem ją. Odpowiedziała mi pocałunkiem. Nasze dłonie dotknęły się. I stałą się inność. Wypełzła z naszych połączonych w ohydnej przyjemności ciał i rozpełzła się po świecie. Walczyła o światło, czystość, prawdę, dzień i dobro. I wygrała.
A nasze królestwo rozrosło się i spotężniało, ogarnęło wszystkich i zmusiło ich do szczęścia. I zatriumfowaliśmy.
A daleko, w zapomnianych dokach, nad brudną wodą stała para młodych ludzi. I całowali się.
***Bajka III
Rozmowa
Siedziałem w pracowni. Światło lampy oświetlało czystą kartkę papieru wkręconą w maszynę do pisania. W kącie zagnieździł się przyjazny półmrok, przesycony wonią tlącego się kadzidła. Jakaś stara muzyka wypełniała powietrze, a resztki herbaty stygły w kubku.
Od kilku godzin siedziałem przy maszynie, ale nic dobrego z tego nie wyszło. Kilkanaście zapisanych kartek walało się po podłodze. Zapełniały je tylko jakieś nieważne bzdury. Już od dłuższego czasu nic mi nie wychodziło.
Dopiłem herbatę i odwróciłem tyłem zdjęcie stojące na półce. Przedstawiało kawałek mojej przeszłości, tej, która już nigdy miała nie powrócić. Minęły lata od tamtych chwil, a ja ciągle nie mogłem zapomnieć.
- Nie martw się - powiedziała. Siedziała na parapecie, nogi podciągnęła pod brodę, opierając na nich głowę.
- Cześć, dawno cię nie widziałem - uśmiechnąłem się.
- Musiałam. . . wyjechać - wyjaśniła. Też się uśmiechnęła. Ten uśmiech przypomniał mi te wszystkie chwile, kiedy wydawało mi się, że świat jest piękny i tak prosty. Dawno. Dawno.
- Co robisz? - zeskoczyła z parapetu i uklękła przy kartka porzuconych na podłodze. Brązowe włosy wpadły jej do oczu, więc odgarnęła je długimi palcami.
- Oddaj - wyciągnąłem rękę - To śmiecie. Gówno warte.
- Czemu tak mówisz?
- Nic mi nie wychodzi ostatnio, nawet włosy - spróbowałem zażartować, ale mi nie wyszło. Podeszła bliżej.
- To, co tu widzę, nie jest wcale złe. O, ten akapit jest śmieszny - wskazała.
- Na nic lepszego już mnie nie stać. Koniec, over, finito! - odwróciłem się. W myślach nuciłem "Yesterday".
- Ładne.
- Co ładne? - spytałem, nie odwracając się.
- Piosenka, o której myślałeś. Czy to dla mnie ją nuciłeś? - położyła mi rękę na ramieniu.
- Nie wiem. Może. Już nawet nie potrafię o nas pisać. Gdzie podziało się to, co nas łączyło?
- Przecież pamiętasz. Dlatego tu jestem.
- Więc gdzie jestem ja, ten dawny? Czemu teraz myślę i żyję w taki sposób?
- Nic ci nie wychodzi, jesteś zgorzkniały. To minie. Może. . .
- Nie wiesz?
- Nie. Nie wiem. Nie wiem, czy ty chcesz, żeby to minęło.
- A jak ty myślisz? - spytałem.
- Rozczulasz się nad sobą, za bardzo żyjesz przeszłością.
- Tak? Może dlatego, że ona była lepsza niż teraźniejszość!
- Skąd ta pewność? Wcale tak dobrze nie znasz teraźniejszości. A już wcale nie znasz przyszłości.
- Po co mam znać. Może w niej nie ma nic ciekawego.
- To ja już pójdę - wskoczyła na parapet. Stała przy otwartym oknie, jej długie włosy falowały na wietrze.
- Poczekaj, proszę - chwyciłem ją za rękę.
- Tym razem nie - pokręciła głową - To już nie pomoże. Już nic nie pomoże.
- Więc? - spytałem z nadzieją w głosie.
- Tylko ty sam. Nic innego. Możesz. Kiedyś mogłeś. Teraz też. Tylko. . . tylko ty już nie chcesz - odwróciła się plecami do mnie. Błękitny dym kadzidła owinął się wokół jej dłoni. Muzyka grała cicho.
- Zrozum. . .
- Nie. Ty musisz zrozumieć, ja już tu nic nie poradzę, jestem bezradna.
- Bezradna, tak? - zakpiłem - Więc po co przychodzisz?
- Bo ceniłam i kochałam człowieka, jakim kiedyś byłeś. Więcej już chyba nie mam po co przychodzić.
- Teraz już nie jestem dobry, co? Inaczej się zachowuję, inaczej mówię, co innego robię. Już dłużej się nie podobam, bo to, co robię i jak żyję nie jest dłużej piękne.
- Już ci mówiłam, jesteś cyniczny i zgorzkniały.
- Bo taki chcę być!!
- Tak? A ona? - wskazała palcem zdjęcie.
- Chwila. Zapomnienie.
- A to?! - chwyciła z półki książkę.
- Przypadek. Fortuna.
- A to wszystko??! - zatoczyła łuk ręką.
- Kaprys. Zabawa.
- A ja??!!!
- Przeszłość. Czas miniony - puściłem jej dłoń. Odwróciłem się plecami i zgasiłem palcami kadzidło. Poparzyłem opuszki od żaru. Bolały.
- To, co teraz robisz jest podłe.
- Takie ma być - wciąż stałem do niej tyłem. Pocierałem o siebie sparzone palce.
- Nic już to wszystko dla ciebie nie znaczy?!
- Nic.
- Więc po co tyle walczyłeś?! Po co?! Na próżno?!
Skinąłem w milczeniu głową.
- A ja?! Ja też już nic nie znaczę?!
- Jesteś fantomem, moją chorą imaginacją. Nikt realny nie wlatuje przez okno w środku nocy.
- Szuja. . . - usiadła na parapecie, podciągnęła nogi pod brodę i rozpłakała się.
- Ej, nie płacz.
- Teraz to się odpieprz. Wsadź sobie taką gadkę.
- Nie to nie.
- Żebyś wiedział, że nie! - pociągnęła nosem - Cholera, nie masz jakiejś chustki?
Podałem jej jednorazówkę z paczki na stole. Otarła oczy i nos.
- Będę miała przez ciebie czerwone oczy. Zobaczysz - oskarżycielsko wycelowała we mnie palcem.
- Przepraszam. Przykro mi.
- Powinno. Nie bierz tego tak serio, nie warto.
- Wiem. . . Tylko ja. . . mam już dosyć, tak trzeba to powiedzieć. Chyba - zawahałem się na moment.
- Ja wiem. To dlatego jestem teraz tu, nie gdzie indziej. Ja przegrałam, tobie nie wolno. Walcz. Dla siebie, dla mnie, dla tego wszystkiego - zatoczyła łuk ręką.
- Nie wiem, czy chcę. Może lepiej dołączyć do ciebie. . .
- Ani mi się waż!!!
- Dobra, dobra - wzruszyłem ramionami, dopijając ostatnie krople herbaty.
- Masz - wręczyła mi telefon i notes - Kto najpierw?
- Jeszcze nie wiem. Ale. . . może będę wiedział.
- Kiedy? - spytała stanowczym tonem.
- Wkrótce.
- No, już brzmi lepiej. Dlaczego nigdy nie obędzie się bez łez? - zapytała. Złapała moją dłoń i przyłożyła ją do policzka. Był gładki i delikatny.
- Masz odciski - przeciągnęła palcami po wnętrzu mojej dłoni. Miałem, to prawda.
- Skąd je masz? Napisz o tym. Namaluj. Zrób o tym film. Opowiedz jakiejś dziewczynie.
- Co teraz będzie? - zapytałem. Delikatnie mnie pocałowała.
- Już nie mogę przychodzić. Ale będę pamiętać. Zresztą. . . zobaczysz mnie wokół siebie. Żegnaj.
Rozwiała się w dymie. Zostałem z telefonem w ręku. Otworzyłem notes. . .
****************************************************************************
Copyright by Godai Yusaku 1999-2004