BOHATER NARODOWY
******************************************************************
BOHATER ver. 1.0
data : marzec 2001
miejsce : Warszawa
copyright © Godai Yusaku
Taka refleksja mi się nasunęła, jak kiedyś jechałem autobusem: naszemu narodowi potrzebny jest wspólny cel, inaczej się nawzajem pozabijamy...
****************************************************************************
Tego roku Adam Małysz był niekwestionowanym faworytem Pucharu Świata w skokach narciarskich.
Jechałem właśnie autobusem 175 z akademika na Uniwersytet. Zapomniałem zabrać cokolwiek do czytania, więc zabawiałem się oglądaniem ludzi w autobusie. Na wysokości baru "Strzecha" jak zwykle wsiadło do autobusu sześciu złodziei. Znałem ich bandyckie gęby aż za dobrze, bo widziałem ich właściwie codziennie. Osaczali ludzi przy drzwiach i bez żenady, po chamsku okradali ich na oczach innych podróżnych. Nic nie dało się z tym zrobić.
Przystanek dalej dosiadł się obok mnie starszy mężczyzna. Około siedemdziesiątki, siwe włosy.
- Dzień dobry - mruknął pod nosem ze dwa przystanki dalej - Nie wie pan, o której Małysz dzisiaj skacze? - spytał po chwili.
- Niestety nie, ale chyba o tej samej porze co wczoraj...
- Widział pan wczorajsze skoki? - ożywił się
- Pewnie - uśmiechnąłem się do starca - Był niesamowity, jak zawsze.
- Racja.
Rozmowa urwała się na moment. Starzec przeczesał palcami swoje siwe włosy.
- Wie pan, jak Małysz w Lahti skoczył zaledwie drugie miejsce, to moja wnuczka, no wie pan, ta najmłodsza, ona poszła do szkoły ubrana cała na czarno.
- Proszę, proszę... - byłem pełen podziwu dla wrażliwości nieznanego mi dzieciaka.
- Tak to jest, proszę pana - skomentował starszy człowiek - No wie pan, z nami, z Polakami, znaczy...
- Tak? - nie bardzo wiedziałem, o co mu chodzi.
- No, że na zewnątrz, to tak każdy dumny. Za granicą wszyscy murem, nasz Adam, nasz polski, wie pan - spojrzał na mnie. Pokiwałem głową ze zrozumieniem.
- A normalnie, to każdy jak skurwysyn. Okradnie, zabije, gardło jeden drugiemu poderżnie - kontynuował starszy pan. Siedziałem przy drzwiach, za szklaną taflą jeden z autobusowych bandytów o gębie buldoga obrabiał właśnie stojącego na stopniach biznesmena. Przez moment rozważałem, czy nie wkroczyć, ale nie spodobała mi się perspektywa mordobicia, jakie na pewno by mnie spotkało, gdybym zakłócił bandycki proceder.
- Racja, to na pewno jest racja - pokiwałem głową w zadumie.
- No, do widzenia panu! - uścisnął mi dłoń starzec, wstając, aby wysiąść na zbliżającym się przystanku - Niech pan trzyma kciuki za Małysza!
- Będę! Na pewno.
Reszta drogi minęła mi bez żadnych incydentów, złodzieje wysiedli koło DT "Smyk".
***************************************************************************