KLĄTWA
******************************************************************
KLĄTWA ver. 2.0
data : kwiecień 1996, marzec 2001
miejsce : Konstancin-Jeziorna, Warszawa
copyright © Godai Yusaku
To co czytacie, to drugie podejście do tekstu, który napisałem pierwotnie w 1996. Tym razem, zamiast go zwyczajnie wklepać do komputera, postanowiłem napisać "Klątwę" jeszcze raz, poprawiając pewne idiotyzmy fabuły i uzupełniając ją o informacje, które pozwalają zrozumieć sens całości, a których w pierwotnej wersji haniebnie zabrakło. Ta wersja jest dla Aśki, żeby miała co czytać na wykładach...
****************************************************************************
Motto
Jestem obcy w moim mieście,
Jestem obcy pośród was,
Jestem obcy w moim własnym śnie
[...]
Najpierw było tylko ciemno. Całkiem ciemno i przez to zupełnie, tak całkowicie straszno. To był taki wstrętny straszny strach, taki, że aż się człowiek musiał bać.
Potem okazało się, że nie dość że ciemno, to jeszcze jest wstrętnie zimno. To znaczy, zimno było już wcześniej, ale dopiero teraz Tracy zorientowała się, że jest to aż tak wstrętne zimno. Jakby nie dość było tego strachu, ciemności i zimna, było mokro. Takie obślizgłe, nieprzyjemne mokro, takie, jakiego dziewczynka nie znosiła i jakie zawsze wywoływało w niej dreszcze, niczym skóra żaby.
Tracy ostrożnie, powolutku, tak, żeby można je było w razie czego zamknąć natychmiast, otworzyła oczy. Niestety, nadal było ciemno i przez to robiło się coraz straszniej. Czuła, jak z przerażenia zaciska się jej gardło. Zaryzykowała i wyciągnęła delikatnie rękę. Natrafiła na ścianę. Po starych, zetlałych i rozpadających się cegłach, pokrytych śluzowatym nalotem spływała woda. Kiedy jej palce poruszyły pokrywający ścianę kożuch brudu, poczuła, że strasznie śmierdzi. Tak strasznie, że zwymiotowałaby, gdyby miała czym.
Nagle pod jej ręką coś się poruszyło. Miało wilgotne, brudne futro i długi, nagi, śliski ogon. Tracy poderwała się na nogi i krzycząc wpadła na ścianę. Zaczęła wrzeszczeć jak opętana.
Uspokoiła się dopiero po ładnym kwadransie. Uważając, żeby znowu na nic nie natrafić, wymacała dłonią ścianę i oparła się o nią. Po twarzy spływały jej ostatnie łzy, żłobiąc ścieżki w kurzu, który pokrył jej skórę. Minęło jeszcze trochę czasu, nim jej oddech się uspokoił.
Oczy powoli przyzwyczaiły się do ciemności i teraz w plątaninie czarno-czarnych plam odróżniała już plamy szare. Na jej lewym przedramieniu zamigotał delikatny, zielony punkcik. Dotknęła go palcem na gumowym pasku, założonym na przegub wyczuła pokryty plastikiem chip. Pod jej dotknięciem światełko zgasło a w jego miejsce rozbłysnął hologram.
- Witaj Tracy powiedziała bezosobowa, komputerowo wygenerowana twarz z hologramu. Dziewczynce stanowczo nie przypadła do gustu.
- Właśnie zaczęła się twoja próba. Dla twojego własnego komfortu większość twoich wspomnień z okresu nim się tu znalazłaś została zablokowana. Odzyskasz je, kiedy skończysz swoją próbę pomyślnie. Do zobaczenia za 365 dni w tym samym miejscu. Jeżeli oczywiście przeżyjesz.
Tracy wiedziała, że komputerowe hologramy nie mają, bo nie mogą mieć, żadnych emocji, ale była pewna, że ostatnie zdanie zostało wypowiedziane z satysfakcją i okrucieństwem. Pacnęła chip dłonią. Hologram zgasł, a urządzenie buchnęło dymem i spopieliło się, parząc jej skórę. Z obrzydzeniem strzepnęła popiół i rozejrzała się. Udało jej się wreszcie zorientować w swoim położeniu. Kanał ściekowy, do którego została przetransportowana, był naprawdę wstrętny. Stare, skruszone przez wodę i czas ściany wyglądały, jakby się miały lada chwila zawalić. Wszystko było pokryte śliskim, śmierdzącym szlamem. Przemknęło jej przez myśl, że wysyłanie dziesięciolatki w takie miejsce to już przesada. Próbowała sobie przypomnieć cokolwiek na temat próby i na temat otoczonej złowieszczą aurą Strefy, w której każdy przechodził próbę. Niestety, jej wspomnienia zostały zablokowane. Jedynie gdzieś na granicy świadomości przemykały słowa brzmiące jak magiczne zaklęcia defekt genetyczny, podróże nadświetlne i inne, nic dla niej nie znaczące.
Na twarzy poczuła lekki przeciąg. Czując, że jeżeli zostanie w tym miejscu jeszcze przez chwilę to znowu zacznie panikować, ruszyła w kierunku z którego ciągnęło. Powietrze było ciężkie, wilgotne i śmierdziało, jak wszystko. Ręce miała ubabrane szlamem ze ścian, bluza też zdążyła zwilgotnieć. Jedynie wysokie, ciężkie, skórzane buty nie przesiąkły jeszcze, chociaż brodziła po kostki w szlamie. Dzięki części wiadomości, które jej pozostawiono, wiedziała, że ubrana jej w specjalnie skrojony drelichowy mundur. To było jedyne wyposażenie, jakie dzieci dostawały gdy wysyłano je do Strefy. Potem, przez rok, były skazane już tylko na swoją inwencję. Same musiały zadbać o jedzenie, o miejsce do spania, o wszystko. Oczywiście, w Strefie mieszkali ludzie. Ale byli to ludzie, których lepiej było nigdy nie spotkać. Do Strefy trafiało się mając dziesięć lat. Ojciec, którego twarz przez chwilę desperacko próbowała sobie przypomnieć, opowiadał jej kiedyś czemu tak musi być. Nie potrafiła tego wtedy zrozumieć. Jeżeli ktoś przeżył w Strefie rok, to wracał do normalnego świata. Do czystych, sterylnych miast, połączonych sieciami światłowodów, tunelami kolei magnetycznych i superszybkimi drogami. Do świata, gdzie ludzie żyli spokojnie, bezpiecznie i radośnie.
Oczywiście, można było trafić do Strefy ponownie. Właśnie dlatego było to tak obrzydliwe miejsce. W rzeczywistości, chociaż Tracy nie wiedziała o tym, brnąc w błocie pokrywającym dno kanału ściekowego, do Strefy trafiali recydywiści, skazani na najwyższą karę. Dawniej, na rodzimej planecie ludzkości, jeszcze w XX wieku, tacy ludzie wędrowaliby od razy na krzesło elektryczne. Tutaj, na Tektonie, prawie dwieście lat odkąd "Nadzieja Pokoleń" opuściła atmosferę Ziemi i udała się na trwającą dziesięciolecia pielgrzymkę przez kosmiczną pustkę przestępcy kończyli w specjalnym miejscy odosobnienia, w swoistym, obozie koncentracyjnym, gdzie sami ustalali zasady. Oczywiście, Strefa posiadała swoją władzę, komisarzy zajmujących się jej kontrolowaniem, ale niewiele miało to wspólnego z normalnością. Policjanci w strefie rzadko wysiadali ze swoich pancernych wozów, a wtedy najpierw strzelali, a potem dopiero patrzyli kogo zabili. Strefa powstała w wymarłym mieście, pochodzącym z początków kolonizacji Tektona. Część mechanizmów miasta, jak automatyczne kolejki metra, wodociągi czy kanalizacja działało jeszcze jakimś cudem, ale większość obszaru była mieszanką stalowych i betonowych budowli oraz ogromnymi połaciami favelas. Slums ciągnął się kilometrami. W kartonowych i blaszanych budach mieszkali skazani na dożywocie recydywiści, których było prawdopodobnie około trzech milionów. Nadzorowało cało Strefę dziesięciu komisarzy byli to wyłącznie ochotnicy. Wśród tego całego piekła żyło kilka tysięcy dzieci, które zarządzeniem rady nadzorczej kolonii w wieku dziesięciu lat trafiały tam, aby przejść próbę. Jaki był jej cel, tego żadne z dzieci nie wiedziało. Większość z nich i tak nie dożywała do końca rocznego pobytu w tym specyficznym obozie zagłady.
Tego wszystkiego jedna dziewczynka nie wiedziała, a nawet gdyby wiedziała, niewiele by jej to pomogło. Brnęła powoli przed siebie, czując już teraz wyraźnie powiew powietrza na twarzy. Wreszcie, po marszu, który wydawał jej się wiecznością, natrafiła palcami na wystające ze ściany, pordzewiałe, metalowe klamry. Uniosła głowę i w górze, wysoko, zobaczyła jaśniejszą plamę. Studzienka.
Ożywiona nadzieją na wyjście z obrzydliwego kanału zaczęła się piąć w górę. Wkrótce widziała już wyraźnie grubą, metalową kratę przykrywającą wylot. W górze majaczyło nocne niebo. Kiedy dotarła do szczytu drabinki, popchnęła kratę ręką. Metal nawet nie drgnął. Schyliła głowę i naparła ramieniem. Spróbowała ponownie. Nic z tego.
Zrezygnowana zawisła na drabince i rozpłakała się w głos. Tego było już za wiele. Nie miała ani ochoty ani odwagi wracać na dół, do zaszlamionego, pełnego szczurów kanału. Zaczęła szlochać.
Jak przez mgłę, dotarł do niej ludzki głos. Zobaczyła, że dwie pary rąk zaciskają się na prętach kratki i ciągną ją w górę. Po kilku próbach kotwy tkwiące w zetlałych cegłach puściły i w gradzie odłamków i chmurze pyłu krata z trzaskiem poleciała w górę i wylądowała na zniszczonej nawierzchni ulicy. Te same dłonie chwyciły ją za ramiona i wyciągnęły na zewnątrz.
Tracy padła na plecy i na ułamek sekundy zamknęła oczy, ciesząc się, że żyje. Otworzyła je i popatrzyła w górę. Księżyc świecił słabym, cienkim sierpem na częściowo pokrytym chmurami niebie. Czuła lekki wiatr, niosący ze sobą smród dymu, rozkładających się śmieci i dobrze jej znamy słonawy zapach morza.
Nad sobą ujrzała chłopięcą twarz. Ciemne oczy osadzone były w szczupłej twarzy, okolonej grzywą jasnoblond włosów. Wyciągnął do niej rękę i pomógł jej wstać. Za jego plecami zauważyła jeszcze kilkoro dzieci. Ich mundury były mocno poplamione, z kilkoma łatami, bluza blondyna miała oderwane rękawy.
- Jestem Tricky Dick, to moja ksywka. Tak nazywali kiedyś jednego prezydenta na Ziemi wyciągnął do niej rękę. Kiedy uścisnęła mu dłoń, przez krótką chwilę przyglądał się tatuażowi na jej lewym przedramieniu.
- Rok w piekle, jak my uśmiechnął się do niej delikatnie. Pokiwała głową, nie bardzo rozumiejąc co do niej mówi. Była w zasadzie cały czas w szoku.
- A ty? spytał.
- Co ja? wykrztusiła z siebie. Najwyraźniej blondyn był liderem grupki, bo pozostałe dzieci nie odezwały się do tej pory słowem.
- Ksywa? Imię? Jak mam na ciebie wołać? spytał.
- Tracy. Jestem Tracy... nie zdążyła nic dodać, bo w tym momencie w uliczkę, w której stali wbiegł mężczyzna. Miał na sobie długi płaszcz, który furkotał za nim niczym czarne skrzydła. Tricky chwycił dziewczynkę za rękę i szarpnął za sobą, uskakują w pobliską stertę śmieci. Inne dzieci też rozpierzchły się na boki, niczym stado spłoszonych ptaków.
Kilkanaście metrów za mężczyzną wyłonił się z za rogu policyjny patrolowiec. Uciekinier odwrócił się i wyciągnął spod płaszcza karabinek z obciętą lufą i zaczął strzelać w stronę patrolowca. Jeden z policjantów, zakuty w mundur wspomagający wyskoczył z pędzącego patrolowca i nie celując oddał kilka strzałów. Klatka piersiowa mężczyzny eksplodowała deszczem krwi i tkanek. Tracy wciskała się głęboko w kąt ściany, kuląc się razem z Dickiem za stertą szmat. Tuż obok jej twarzy leżało rozkładające się ścierwo kota. Zacisnęła oczy, bo z przerażenia nic więcej nie byłą w stanie zrobić.
Policjant strzelił ponownie i mężczyzna zwalił się ciężko na ziemię. Funkcjonariusz podszedł do niego i kopniakiem obrócił ciało na plecy. Z jego rękawicy wysunął się malutki receptor, którym zeskanował tatuaż na przedramieniu zabitego. Zabrał broń uciekiniera i nie oglądając się za siebie wskoczył do patrolowca, który z cichym szumem zniknął w najbliższej przecznicy.
Tricky Dick już był przy trupie i bez oporów przeszukiwał jego kieszenie. Wyciągnął zapalniczkę i składany nóż. Jedno z dzieci znalazło w torbie zabitego kawałek chleba. Drobna, ruda dziewczynka zdjęła z szyi martwego malutki, stalowy krzyżyk, zawieszony na sznurowadle.
Ktoś wyciągnął mężczyźnie z torby kawałek chleba. Podzielili go między siebie. Po chwili namysłu jedna z dziewcząt wyciągnęła kawałek w stronę Tracy.
- Masz powiedziała.
- Jestem Anna dodała po chwili.
- Ładne imię Tracy była w szoku i było jej totalnie wszystko jedno.
- Szybko go załatwili skomentował całe zajście Tricky, przeżuwając chleb Czasem, jak jest strzelanina z TH, to aż flaki bryzgają po hausah. A jucha to leci strumieniami.
Dla Tracy było to już za dużo. Zwymiotowała wszystko, co miała w żołądku i rozpłakała się w głos. Anna podeszła do niej i otoczyła ją ramieniem.
- Nie płacz powiedziała, głaszcząc ją po głowie Jakoś nam się na razie udaje, więc i ty sobie poradzisz. Jak chcesz, możesz zostać z nami. Razem zawsze będzie raźniej, prawda? spojrzała na Dicka. Ten zamyślił się na moment i pokiwał głową.
- Taa... Niech zostanie. W sumie, razem raźniej.
*
Minął tydzień, odkąd Tracy pojawiła się w Strefie. Została razem z grupą spotkanych pierwszej nocy dzieciaków. Nie bardzo miała jakąkolwiek inną alternatywę. Liderem był bez wątpienia Tricky Dick. Trafił do Strefy jako pierwszy z dzieciaków i radził sobie zupełnie sam przez jakiś czas. Często wieczorem opowiadał o tych swoich pierwszych dnia. Oprócz niego w grupie był jeszcze jeden chłopak, Tod; wołali na niego Szczur, bo miał wystające jedynki. Trzecim chłopakiem w grupie był ciemnoskóry Mike. Były jeszcze dwie dziewczynki rudowłosa, drobna Anna i Wizzy, prawie nigdy nie odzywająca się, ciemnooka brunetka o kręconych włosach. No i Tracy.
* *
Siedzieli na nabrzeżu, niedaleko portu i moczyli stopy w brudnej, oleistej wodzie. Zardzewiałe, zdemolowane barki, porzucone w tym miejscu na zawsze kołysały się ciężko pomiędzy starymi, połamanymi palami. W ich obmierzłych, zniszczonych wnętrzach bulgotała brudna woda, niczym smolista maź w diabelskich kotłach. Słońce świeciło słabo, zasłonięte dodatkowo chmurą dymu, wydobywającego się z płonącej, na pół zatopionej łodzi. Wstrętny smród palonej gumy i smołowanego drewna przyprawiał niemal o mdłości. Dzieciaki rozmawiały i śmiały się, nie zwracając na to uwagi.
- Fajnie się hajcuje, co nie? zagadnął Tricky Dick. Kwadrans wcześniej podpalił starą łódź zapalniczką zabraną trupowi tamtej nocy. Bawił się nią teraz, trzaskając przykrywką.
- Ja bym się wykąpał powiedział Szczur i podniósł się z nabrzeża. Reszta niewiele myśląc podążyła za nim w stronę, gdzie w oddali szarzała plaża, albo raczej piaszczysta łacha, na której piachu było trochę więcej niż wyrzuconych przez morze śmieci. Promienie słońca błyszczały w tęczowych plamach benzyny, pływających po powierzchni, które wiatr przygnał z portu. Dzieci szybko zrzuciły ubrania i nagie wbiegły do wody, rozbryzgując ją na wszystkie strony.
Tracy przysiadła na brzegu, ściągając jedynie bluzę. Niesione w ręku buty rzuciła obok w piasek i wysunęła stopy naprzód, tak, że obmywały je chłodne fale.
- Mike, śmieciarzu, nie szczaj do wody! wrzasnął Tod. Zaczęli nawzajem chlapać na siebie, śmiejąc się głośno. Reszta błyskawicznie przyłączyła się do zabawy.
- Tracy, chodź tu do nas! zawołała Anna, wykonując zapraszający ruch ręką. Dziewczynka wstała i ściągnęła koszulę i spodnie. Były mocno pobrudzone, tak jak i bluza. Na moment zawahała się, zanim ściągnęła majtki. Potem wbiegła pędem do wody.
Brudna i zimna, mimo to była dosyć przyjemna. Falowała lekko wokół jej dłoni i brzucha, łaskocząc delikatnie. W tym miejscu wybrzeża było i tak stosunkowo dobrze, w porcie wogóle nie dało się pływać, było za brudno i można było dostać się pod przepływającą łódź.
Nad woda przeleciała brunatna mewa, pokrzykując cicho i wpatrując się w powierzchnię w nadziei wypatrzenia jakiejś ryby. Trafiały się stosunkowo rzadko, ale wraz ze zbliżającym się latem z głębi akwenu nadpływały czasem całe ławice. Nadal jednak najczęściej można było znaleźć je na zapleczach sklepów.
Strefa była dziwacznym miejscem. Mimo, że większość jej mieszkańców stanowili Śmiecie i dzieci, oznakowane jako Potencjalnie Bezużyteczni, mieszkali tam także "normalni" ludzie. Były sklepy, bary, okrutna policja i inni ludzie. Właściwie, gdyby nie była miejscem zesłania, Strefa sprawiała by wrażenie trochę zapuszczonego, dwudziestowiecznego miasta. Normalne, tylko takie nienormalne, pomyślała Tracy. Nie miała czasu dłużej się nad tym zastanawiać, bo Wizzy wepchnęła ją pod wodę i zakrztusiła się. Wyskoczyła nad powierzchnię, starając się złapać oddech i plując na wszystkie strony.
*
Tego wieczora udało im się upolować kota. Był już stary i w zasadzie ledwo żywy, więc po krótkim, gwałtownym pościgu udało im się zagonić go do ślepego zaułka, gdzie Mike zarzucił na niego kubeł na śmiecie. Siedzieli teraz wokół małego ogniska z płonących szmat i czekali aż pokrojone w długie, wąskie paski żylaste mięso się dobrze upiecze. Tracy coś ściskało w gardle na myśl o zjedzeniu kota, ale zdążyła się już zorientować, że jest to jedno z najlepszych dań, jakie mogły im się trafić. Dick, który był w Strefie już od dwóch miesięcy, mówił, że czasem nie miał zupełnie nic do jedzenia.
* *
- Twoja porcja! Szczur wręczył jej stalowy pręt z nadzianym ochłapem. Metal był gorący i nie można było go utrzymać w dłoniach. Dziewczynka zawinęła koniec w połę bluzy i ściągnęła mięso. Ciepły, lepki tłuszcz osiadł jej na palcach. Jedzenie nie było złe; trochę twarde i mdłe w smaku, ale mimo to, zjadła je prawie z przyjemnością. Przez ostatni tydzień jedli głównie odpadki znalezione na śmietnikach i zapleczach sklepów. Teraz, gdy wszyscy się najedli, zrobiło się wesoło. Tricky Dick zaczął opowiadać o swoich przygodach z początku próby, którą zaczął z dala od ich obecnego miejsca - w samym centrum miasta. Opowiadał o tamtejszych sklepach, śmietnikach i miejscach gdzie TH squattowali w ogromnych ilościach, wdając się raz po raz w strzelaniny z policją. Dziewczynka poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach. Do tej pory widziała tylko raz, jak ktoś został zastrzelony i to jej zupełnie wystarczyło. Było absolutnie paskudne i wstrętne.
Ognisko powoli się dopalało, resztka żaru tliła się jeszcze na kamiennej nawierzchni małej, opuszczonej uliczki. Kiedy ogień dogasł, dzieci pozawijały się w zgromadzone wokół szmaty i skulone, przytulone do siebie, usnęły. Nad ich niewinnym snem wzeszedł ogromny księżyc w pełni, zwiastując swoim wyglądem nadchodzącą zmianę pogody.
*
Następny dzień zaczął się deszczem. Duże, lśniące krople spadały rzęsiście z wysokiego nieba. Bębniły o dachy i rozbijały się o zniszczoną nawierzchnię ulic. Tracy uniosła twarz w górę, zrzucając przemoczoną bluzę i otwarła buzię. Drobiny wody wpadały w jej rozdziawione usta, spływając po języku. Przetarła twarz dłonią, próbując zmyć pokrywający jej skórę kurz. Ciemne ślady na rękach świadczyły, że przynajmniej częściowo jej się udało. Wkrótce potoki deszczu lały się wokół niej i jej małych towarzyszy niedoli, przybierając na sile z każdą chwilą. Wszyscy ściągnęli buty, i łomocząc bosymi piętami po spękanym asfalcie i kamieniach pobiegli na swoją ulubioną piaszczystą łachę, rozbryzgują kałuże, jakie zdążyły się już potworzyć w podziurawionych ulicach.
* *
Zdyszani dopadli piachu i rzucili się na niego. Mokry, lepił się do skóry, do ubrania, zostawał we włosach. Anna i Wizzy złapały się za ręce i zaczęły kręcić się wokół własnej osi, coraz szybciej i szybciej. Krople wody pryskały z ich rozwianych włosów. Wreszcie puściły dłonie i padły na piach, śmiejąc się głośno. Deszcz ciągle przybierał na sile. Z nieba spływała na zanieczyszczoną ziemię rzeka, potoki czystej, nieskażonej wody, która wyparowała z oceanu setki kilometrów od Strefy. Tracy zrzuciła bluzę, przesiąkniętą już zupełnie i zaczęła ją szorować na brzegu, używając piachu. Ciemne smugi brudu rozpełzły się wokół materiału, unoszone przez falujące coraz silniej morze. Ciekawe, czy Strefa była odgrodzona także na morzu, zastanowiła się. Pewnie tak, pomyślała, przecież nikt nigdy z niej jeszcze nie uciekł.
Dziesięciolatka próbowała sobie przypomnieć swój dom, ale nie potrafiła. Te wspomnienia zostały również zablokowane. Potarła palcami swój tatuaż identyfikacyjny. Czarny kod paskowy z trzema literami z boku nie chciał nawet zblednąć. Spróbowała piaskiem, ale to nic nie pomogło. Może, jeżeli uda mi się go usunąć, to mnie wypuszczą, pomyślała. Zaczęła szorować skórę jeszcze mocniej, ale nic nie uzyskała w ten sposób. W końcu, zniechęcona, podniosła się i w samych spodniach, z butami zawieszonymi za sznurówki na ramieniu i z mokrą bluzą w ręku poszła wolno wzdłuż plaży. Była ciekawa, jak długo musiałaby iść, nim dotarłaby do granicy Strefy. Pewnie bardzo długo. Szła przed siebie, a jej drobne stopy zapadały się w mokry piasek, głosy pozostałych cichły za jej plecami. Oddalała się coraz bardziej.
- Hej! Tracy! - usłyszała za sobą głos Tricky'ego. Biegł za nią, wymachując ręką. Wołał coś do niej. Zatrzymała się.
- Tracy, chodź! Mamy rybę! Złapaliśmy ją! krzyczał ucieszony, dopadając jej. Też się ucieszyła, mimo że dawniej nie lubiła ryb.
*
Mijały dni i tygodnie. Wreszcie nadeszło lato. Gorące słońce prażyło, rozgrzewając brukowane, zniszczone ulice, mroczne, wilgotne podwórza, podobne do studni i ciemne zaułki, w których spali TH. Gorący wiatr wiał znad morza, gwizdał w zardzewiałych rynnach, łomotał starymi, odrapanymi okiennicami. Gorące noce zapadały na krótko, aby ustąpić pola krótkich, przyjemnym porankom i kolejnym dusznym, rozpalonym dniom. Koty leniwie wylegiwały się na gorących dachach a mewy w porcie krzyczały głośno, krążąc w dusznym powietrzu. Cała Strefa odżyła, palące słońce wysuszyło owrzodziałe rany i dezynfekowało je. Bajora błota na starych ulicach wyschły, zostawiając po sobie miałki, drobny pył. Pojawiły się ławice ryb, więcej ptaków i innych stworzeń, które obudziły się po zimie. Kanały zapełniły się tłustymi, dużymi szczurami; koty wylegiwały się ospale w zaułkach i na dachach.
* *
Nawet policjanci stali się bardziej ludzcy.
Wraz z nadejściem lata Tracy zaczęła myśleć, że w Strefie nie jest tak zupełnie źle. Dni mijały i wstrętne wspomnienia z pierwszych tygodni pobytu zacierały się powoli w pamięci dzieci. Cały czas musieli uważać na TH, ale nie bali się już długich, czarnych, deszczowych nocy, zarywających się ulic, pod którymi były bagna starych kanałów ściekowych. Często spali teraz na brzegu piaszczystej łachy, gdzie zbudowali mały szałas z wyrzuconych na brzeg desek.
Leżeli wszyscy na plaży, obok tliły się gałęzie w małym ognisku. Całą szóstka wpatrywała się w daleki, zamazany w drgającym powietrzu horyzont. W oddali, na samej jego krawędzi przesuwał się powoli ciemny kształt ogromnego okrętu.
- Dick, dlaczego zbudowano Strefę? spytała Anna, odwracając się powoli na plecy, żeby opalić sobie twarz.
- Podobno dlatego, że było zbyt dużo nieprzystosowanych. Chcą sprawdzić, kto sobie poradzi a kto nie. Próba wyjaśnia to bardzo prosto.
- Ale po co? zapytała Tracy, przeglądając swoją bluzę. Rękawy zostały dawno odcięte, kieszenie się pourywały, a całość była poprzecierana i brudna. Bardzo ją to denerwowało.
- Się pytasz odparł Tricky Przecież to jasne, że nieprzystosowani są niebezpieczni. Wycinają zaraz jakieś numery, to wariaci.
- Ale dlaczego wysyłać na próbę wszystkich? drążyła temat Anna.
- Bo nie wiedzą, kto jest nieprzystosowany.
- Ale dlaczego właśnie dzieci? I skąd się biorą nieprzystosowani?
- Nieprzystosowani pojawili się po podróży nadświetlnej. Jakieś problemy pojawiają się u nas, jak zaczynamy dorastać. Tyle wyjaśnił mi kiedyś jeden TH. Ale nic więcej nie wiem...
- Aha na tym rozmowa się urwała. Tracy przypomniała sobie tego TH, którego policja zastrzeliła pierwszej nocy jej pobytu w Strefie. Na wszelki wypadek, po raz kolejny obejrzała dokładnie swój własny tatuaż na przedramieniu. PUL, na pewno. Uspokoiła się trochę. Słońce prażyło pionowo, świecąc na nich z samego szczytu nieba. Tracy bardzo chciałaby móc oderwać się od ziemi i polecieć, jak ptaki. Chciała odlecieć do normalnego świata poza Strefa, chociaż nie pamiętała już zupełnie, jak ten świat wyglądał. Żadne z nich nie pamiętało. Resztki wspomnień z okresu dzieciństwa przemieszały się z wydarzeniami podczas próby. A przecież dla niej próba trwała dopiero od jakichś dwóch miesięcy. Co będzie pamiętała, jeśli uda jej się przeżyć do końca, całe 365 dni? I czy pozwolą jej zachować wspomnienia z tego okresu? Czy będzie pamiętała Annę, Tricky'ego, Toda, Wizzy i Mike'a?
Na razie jednak było dobrze. Przywykła już do walki o przeżycie, do łapania kotów, grzebania w śmietnikach i uciekania na widok dorosłych. Oczywiście, nie wszyscy z nich byli kryminalistami, ale nigdy nie warto było podejmować ryzyka. Tylko, zastanawiała się, czy wystarczy przeżyć? Czy może trzeba zrobić coś specjalnego? Słońce świeciło prosto z góry. Usnęła.
- Jak smakuje benzyna? usłyszała głos Mike'a, budząc się z drzemki jakiś czas później.
- No? Ktoś wie? chłopiec dopytywał się zaciekawiony.
- Idź i sprawdź Wizzy wskazała palcem plamę paliwa, którą wiatr przygnał z odległego portu. Etylina rozlała się szeroko, powierzchnia wody połyskiwała w promieniach słońca jak tęcza. Kolory przechodziły od czerwonego, do niebieskiego, błyskając i migocząc. Przez wszystkie barwy przebijał świetlisty kolor srebra, nieomal świecący własnym, wewnętrznym światłem. Odbijało się w nim słońce i barwy otoczenia, tak, że momentami nie dało się patrzeć na plamę, bo oślepiała. Taka ładna, pomyślała Anna. Gdybym miała taki materiał, to mogłabym sobie uszyć z niego kombinezon. Wyglądałabym jak prawdziwa królewna.
- Idę spróbować powiedział Mike. Wstał, poprawił swoje obcięte na wysokości kolan spodnie i wszedł do wody. Potem nachylił się nad powierzchnią i sięgnął ustami rozlewającej się etyliny. Spróbował.
- Paskudna wypluł. Nikt więcej nie miał ochoty próbować, jak smakuje benzyna.
*
Na stałe zrobiło się bardzo ciepło, więc właściwie zamieszkali na brzegu. Wzmocnili prowizoryczny szałas, używając desek i innych resztek wyrzucanych przez morze. Mogli tam teraz normalnie mieszkać, nie bojąc się deszczu. Na przedmieścia zapuszczali się rzadko, tylko żeby poszukać czegoś innego do jedzenia niż ryby czy mewy, które Tod nauczył się chwytał w skonstruowane przez siebie wnyki. Zniszczone nawierzchnie ulic, murowane domy, pochylone ze starości nie przypominały w niczym normalnego, zewnętrznego świata. Tamten pojawiał się tylko w ich snach, jakie miejsce przytulne, ciepłe i bezpieczne. W Strefie walczyło się o przetrwanie cały czas, tylko na krótko mając możliwość wytchnienia.
* *
- Pojedźmy do centrum zaproponował kiedyś Tricky Dick. Lato było w pełni, i cała Strefa była dużo spokojniejsza, jakby ospała. Policjanci byli dużo bardziej ludzcy i zniknęło ich przyrodzone okrucieństwo tak powiedział im kiedyś stary, zniszczony człowiek, z którym dzielili się jedzeniem w małym zaułku na tyłach obskurnego baru. Siedział tam, oparty plecami o kubeł na śmiecie i jadł, jednocześnie opowiadając o najdziwniejszych sprawach. Opowiadał im o "Nadziei Pokoleń" i o czymś, co określił jako defekt genetyczny, a czego nie byli w stanie zrozumieć. Podobnie jak dzieci, starzec nie miał domu, ale nie wyglądał na zmartwionego swoją sytuacją. Miał bardzo dziwny tatuaż. Zamiast Zwykłego PUL czy TH, miał LND. Kiedy Wizzy spytała go, co to oznacza, odparł, że "pozostawiony do naturalnej śmierci". Jak większość jego opowieści, to też było dla nich niezrozumiałe.
- To co, jedziemy? zapytał Dick.
- Ja nie jadę mruknął Tod Zaczynałem w centrum miasta i cudem żyje. Tam jest za dużo TH, omal mnie nie zabili.
- Przesadzasz odparł Tricky Ja też tam zaczynałem. Było ciężko, ale myślę, że będzie warto.
Nie byli przekonani. Stanęło na tym, że pojadą Dick, Tracy i Anna. Reszta grupy wolała zostać.
Trójka dzieci rozpoczęła swoją wędrówkę wzdłuż brudnych, zniszczonych ulic. Na początku znali wszystkie trasy, bo zapuszczali się w te rejony. Stopniowo znajome miejsca były coraz rzadsze. Wśród murowanych kamienic pojawiały się pojedyncze stalowe budowle, więcej było śladów po miejscach, gdzie dawniej musiały stać publiczne terminale i inne punkty usługowe. Czasami mijali inne grupki dzieci. Na wszelki wypadek omijali się z daleka, nigdy nie wiadomo było, na kogo się trafi.
Szli już od jakichś dwóch godzin, kiedy Dick rozpoznał wreszcie miejsce, do którego zdążali. Końcowy terminal kolejki automatycznej. Ostrożnie, skradając się wzdłuż ścian i kryjąc pomiędzy ludźmi, weszli na teren instalacji. Wszędzie było pełno ludzi. Tracy z uwagą przyglądała się ich tatuażom, widocznych na odsłoniętych w upale ramionach. Większość z nich to byli zwykli TH, ale widziała też inne kody, takie, jak ten, który zobaczyła kiedyś na ręku u sklepikarza: ZI. Degeneraci siedzieli lub leżeli pod ścianami, pociągając śmierdzący płyn z butelek i dymiąc zwiniętymi w rolkę kawałkami brunatnego papieru. W kilku miejscach leżeli parami, kobiety i mężczyźni, podrygując dziwnie i wydając zduszone, gardłowe pojękiwania. Bez wątpienia TH i wszyscy inni dorośli w zasadzie, mieli dziwaczne zwyczaje. Dzieci starały się omijać najgorsze skupiska, ale jeden z TH, zniszczony mężczyzna o płomiennych, czerwonych oczach podbiegł i chwycił Annę w pół. Szarpała się, próbując wyrwać się z uścisku, ale był dużo silniejszy.
- Puszczaj, śmieciu! wrzasnęła, próbując walnąć go pięścią, ale tylko się roześmiał. Tricky doskoczył do niego, celując swoim nożem w jego nogę, ale tamten odrzucił go kopniakiem i obrócił się do nich plecami. W tym momencie klatka piersiowa TH eksplodowała i upadł na podłogę stacji. Kałuża krwi rozlała się wokół niego. Najbliżsi degeneraci zerwali się ze swoich miejsc i uciekli w tłum. Patrol policji rozbiegł się we wszystkich kierunkach, rozdając ciosy ciężkimi, stalowymi pałkami i strzelając co chwila. Tylko jeden z nich został. Podniósł Annę z podłogi, otrzepał ją i uniósł przyłbicę swojego munduru. W jego oczach zamigotał na moment cień ludzkiego uczucia. Zeskanował jej kod. Dziewczynka zdążyła zobaczyć, że na piersi, zamiast zwyczajnego PP, które mieli zawsze policjanci, miał HCP. Komisarz, przemknęło jej przez myśl. Wyrwała mu się i razem z Tracy i Dickiem wmieszali się w tłum. Komisarz opuścił przyłbicę hełmu i ruszył w pogoń za resztą swojego oddziału.
Skąd wzięli się tu ci wszyscy ludzie, zastanawiała się Tracy. Wiedziała, że mieszkało ich w Strefie sporo, ale nie, że aż tylu.
- Tricky, co znaczy ZI? spytała, widząc po raz kolejny dziwny tatuaż.
- Nie wiem, może Mieszkaniec Strefy? Czy to ważne chłopak wzruszył ramionami.
Koła wagoników automatycznej kolejki zaczęły stukać rytmicznie, kiedy pociąg ruszył. Dzieci wcisnęły się w niszę po urwanym hamulcu awaryjnym. Siedziały tam skulone i bacznie obserwowały całe otoczenie. Za pokrytymi warstwą kurzu oknami przesuwało się szybko miasto. Takie jak u nich, na przedmieściu, ale jeszcze straszniejsze. Połyskujące w słońcu, coraz częściej trafiające się, stalowe automatyczne wieżowce urągały Strefie, wypominając jej zapomniane czasy świetności z pierwszego okresu kolonizacji. W pociągu było równie obskurnie. Gęste, duszne powietrze śmierdziało. Siedzenia były pocięte a na podłodze zaschły plamy z krwi i wymiocin.
Tuż obok dzieci, przy oknie, rozpętała się nagła awantura. Jeden z mężczyzn wyciągnął nóż i wytrenowanym ruchem wbił go w gardło drugiego. Trysnęła struga krwi. Napastnik nie czekał, aż ciało upadnie na podłogę, od razu wmieszał się w tłum. Z przejścia między wagonikami wyskoczyło dwóch kontrolerów w uniformach podobnych do policyjnych i zaczęło strzelać za uciekającym. Nie dogonili go, jedynie ranili kilka innych osób.
Tracy przyjrzała się trupowi. Z rozdartego ostrzem gardła nadal płynęła krew, ale nie to przyciągnęło jej uwagę. Na przedramieniu miał identyczny tatuaż jak dzieci: PUL. A przecież nie przechodził próby, był na to przynajmniej dwadzieścia lat za stary... Podzieliła się swoim spostrzeżeniem z Dickiem. Ten wzruszył ramionami, stwierdzając, że najwyraźniej nie wszyscy dorośli są wysyłani do Strefy na dożywotnie zesłanie.
Dziewczynka pokiwała głową. Pociąg zakołysał się na zakręcie, wjechał na platformę i ze zgrzytem hamulców zatrzymał się. Wszyscy polecieli bezwładnie do przodu. Dziesięciolatka została wyrzucona ze swojego miejsca i wręcz poszybowała w tłum. Czyjeś ramię chwyciło ją w pół i poczuła dłoń wsuwającą jej się w spodnie. Niewiele myśląc, wyciągnęła z kieszeni wielki gwóźdź, który zawsze nosiła przy sobie i z całej siły dźgnęła dłoń. Ktoś krzyknął i puścił ją. Przepychając się na czworakach między nogami podróżnych zdołała wyskoczyć na platformę. Tricky i Anna chwycili ją za ramiona i szybko odbiegli pod najbliższą ścianę. Dalej, zgodnie z planem Dicka mieli pojechać koleją podziemną. Tricky jechał nią podobno kilka razy i właśnie w jej tunelu zaczęła się jego próba. Przemknęli napowietrznym pomostem między platformami. Ta stacja była jeszcze bardziej obskurna niż poprzednia. Szczęśliwie, kręciło się tu sporo policjantów w swoich czarnych, złowieszczych kombinezonach. Fotochromowe szyby hełmów odbijały blask święcących po sufitem lamp sodowych, ich twarze pozostawały niewidoczne. Jako kasta w zasadzie sprawująca władzę, jako jedyni mieli pełny dostęp do nowoczesnej techniki z zewnątrz, ze świata poza Strefą. Starzec na zapleczu baru mówił, że podobno policja podlega komisarzom, rządzącym poszczególnymi obszarami Strefy, ale dzieci nie mogły w to uwierzyć. To właśnie te czarne oddziały pełniły rolę pana życia i śmierci.
Podjechał z łoskotem wagonik kolei podziemnej. Był jeszcze bardziej zatłoczony niż poprzedni, a mimo to ludzie pchali się do środka. Dzieci zostały poniesione przez tłum, kurczowo trzymając się za ręce, aby nie dać się rozdzielić. Drzwi zatrzasnęły się i ktoś wrzasnął przeraźliwie. Ich krawędzie zaopatrzone zostały w ostrza ze stali chirurgicznej. Mimo, iż już trochę zużyte, spełniały swoją rolę. Jeśli ktoś nie zmieścił się w całości do wnętrza, drzwi przecinały go. Dzięki temu zawsze się zamykały. Tracy rzuciła niepewne spojrzenie w stronę zwisającego spomiędzy skrzydeł, równo odciętego ramienia. Ktoś ściągał z palca sygnet.
Tak było na każdej stacji.
Wreszcie Dick zdecydował, że dotarli do celu podróży. Udało im się przepchnąć na zewnątrz. Trójka małych dzieci stała w tłumie kryminalistów, degeneratów i zwyczajnych szaleńców. Ktoś, kto mieszkał w Strefie musiał przecież być obłąkany. Nikt nie chciałby tam trafić z własnej woli.
Z trudem przebili się przez tłum w stronę wyjścia i zaczęli wspinać się po schodach. Pełno było na nich śmieci, brudu, w kątach zebrała się ziemia i wyrosła trawa. Anna pomyślała, że na przedmieściu było dużo, dużo lepiej. Dlatego właśnie tam były dzieci, a dorośli tutaj. Zamyśliła się na chwilę. Ktoś ją potrącił, przepychając się gwałtownie przez tłum i upadła. Nie zdążyła uchwycić się niczego i zaczęła staczać się po schodach, uderzając o nogi idących. Dwóch mężczyzn przebiegło obok, wrzeszcząc coś. Z tyłu, z dołu schodów podniosła się wrzawa i zaczął nadpełzać czarny, gęsty, gryzący dym. Wkrótce w dole huczał ogień, a ludzie ogarnięci paniką napierali coraz mocniej. Wszyscy krzyczeli i wpadali na siebie w przerażeniu. Kilku policjantów wbiegło w tłum, rozdając ciosy stalowymi tonfami i krzycząc, ale na nic się to nie zdało. W pewnej chwili jeden z nich padł pod potężnym ciosem i zniknął pod nogami ludzi. Jakiś TH uciekał z jego pistoletem w ręku. Zanim nadbiegli inni funkcjonariusze, było już za późno.
Dzieci, uniesione przez ludzką falę wypadły na zewnątrz. Gorące światło słońca oślepiło je na moment. Zatrzymały się za niewielkim, betonowym murkiem, który zasłaniał je przed wylewającą się ze stacji, spanikowaną ludzką masą. Razem z tłumem ludzi nadpływał czarny, żrący dym i fala gorąca. Dzieci poczuły, że beton pod ich nogami robi się gorący i zaczyna się trząść. Dick zdążył krzyknąć i rzucił się do przodu. Strop stacji zarwał się, grzebiąc pod sobą wszystko, dzieci opadły na resztkę skweru z wyleniała trawą, kilka metrów dalej. Anna zawisła na samej krawędzi, trzymając się kurczowo wystającego z podłoża, stalowego pręta zbrojeniowego. Pod nią rozpętało się potęgujące się z każdą chwilą piekło. Kilka jadących ulicą pojazdów osunęło się w czeluść, która jeszcze kilka minut wcześniej byłą stacją kolei podziemnej.
Anna poczuła z przerażeniem, że pręt, który ściskała, zaczyna opadać. Kawał betonu, w którym był zatopiony obluzował się i teraz, pod jej ciężarem, zaczął się powoli osuwać. Desperacko szarpnęła się i próbowała złapać coś innego, ale nie udało jej się.
Silne, twarde dłonie chwyciły za wyciągnięta w desperackim geście rękę dziewczynki. Szarpnięcie prawie wyrwało jej ramię ze stawu. Została podciągnięta w górę i postawiona na ziemi. Nad nią stał młody mężczyzna. Ubrany był w kombinezon, podobny do policyjnego, tyle że zielony i bez przyłbicy. Na piersi splatały się trzy duże litery: ZEC. Anna rozpłakała się, tuląc się do Tracy. Mężczyzna bez słowa zagarnął całą trójkę ramionami i wbrew wyraźnemu protestowi Dicka wepchnął ich w unoszący się tuż obok policyjny patrolowiec. Poderwał go w górę i ruszył. Kazał dzieciom zapiąć pasy i nie oglądając się więcej do tyłu, skoncentrował się na wolancie.
Tracy czuła się zupełnie nie na miejscu. Ubrana w brudne, podarte resztki munduru nie pasowała do schludnego, zadbanego wnętrza pojazdu. Czuła się dziwnie, tym bardziej, że nie miała pojęcia, dokąd zabiera ich ten podobny do policjanta człowiek. Anna płakała ciągle na jej ramieniu, Tricky nerwowo rozglądał się po wnętrzu, szukając możliwej drogi ucieczki.
Po kilkunastominutowej podróży mężczyzna zaparkował pojazd przed frontem stojącego samotnie domu, otoczonego wysokim murem. Systemy budynku zidentyfikowały go pozytywnie, więc otworzył drzwi i wyskoczył na bitumiczną nawierzchnie przed wejściem. Dzieci wysypały się za nim, trzymając się za ręce.
- Nie bójcie się uśmiechnął się do nich Jestem jednym z komisarzy zarządzających Strefą i jestem tu, aby pomagać takim jak wy, jeśli już do mnie trafią. Miałaś szczęście, małą pogłaskał Annę po głowie. Gestem ręki zaprosił ich do domu. Automatyczne drzwi otwarły się pod naciskiem jego dłoni.
To był prawdopodobnie jeden z najpiękniejszych, o ile nie najpiękniejszy dzień w trakcie całej próby. Alex, bo tak miał na imię komisarz, poświęcił cały dzień, aby doprowadzić dzieci do porządku. Wykąpały się wreszcie w czystej wodzie, dostały nowe, świeże uniformy a mężczyzna opatrzył ich skaleczenia i nakarmił je. Wieczorem, zaopatrzeni w trochę paczkowanego jedzenia i trzy komplety uniformów dla Toda, Mike'a i Wizzy, zostali odwiezieni aż do stacji kolei nadziemnej.
Powrót pociągiem przebiegł zadziwiająco spokojnie. Szybko dotarli do znajomych rejonów i niemal bieli w kierunku nadmorskiej łachy, gdzie stał ich szałas.
Trójka, która została, czekała na nich z kolacją. Upolowali wielkiego, tłustego szczura, którego kończyli piec nad ogniem. Jednak ich zdobycz zbladła przy prezentach od komisarza.
*
Dni mijały powoli. Upał stał się nieznośny, deszcz nie padał od wielu dni. Woda w porcie zaczęła obrzydliwie śmierdzieć, algi wyrzucone na brzeg gniły i wydzielały paskudne opary. Nawet piaszczysta łacha nie nadawała się już do pływania. Było coraz trudniej znaleźć wodę pitną, bo wszystkie ujęciu albo wyschły, albo były zanieczyszczone.
* *
Tracy obudziła się w środku nocy. Czuła, że straszny ból skręca jej wnętrzności. Udało jej się jakoś wstać i wyjść na zewnątrz i szałasu, ale zanim ściągnęła spodnie poczuła gęstą, lepką maź ściekającą jej po nogach. Jednocześnie spazm bólu przeszył jej ciało. Padła na kolana i zaczęła wymiotować gwałtownie. Klęczała, zgięta wpół, z rękami owiniętymi wokół brzucha i myślała, że za moment udławi się swoimi wymiocinami. Nie czuła nic innego. Po jakimś czasie z jej gardła spływała już tylko gorzka, żrąca żółć, ale spazmy nie chciały ustąpić. Wyczerpana, padła w piach. Wreszcie jej ciało uspokoiło się na tyle, że zdołała zrzucić zaplamione ubranie i stanęła po kostki w wodzie, starając się spłukać odrażającą maź z ciała i ciuchów.
Dick, obudzony hałasem, wyjrzał na zewnątrz. Tracy stałą naga, na tle księżyca nad morzem. Wiatr szarpał jej włosy. Wydała mu się naprawdę piękna. Rzucił się w jej kierunku, kiedy kolejna fala wymiotów ponownie powaliła ją na kolana.
Obudziła się rano, nakryta kurtką Tricky'ego. Anna siedziała obok i wycierała jej spocone czoło kawałkiem materiału. Tracy miała gorączkę, brzuch bolał ją cały czas. Zamrugała ostrożnie oczami, bo powieki także piekły nieznośnie.
- Gdzie wszyscy? zapytała.
- Wizzy pierze twoje ciuchy na brzegu. Wszystko zarzygałaś. A spodnie były w jeszcze gorszym stanie.
- Wiem Tracy zrobiło się gorąco.
- Dick i Tod poszli poszukać czegoś, co mogłoby ci pomóc.
- Aha. Ja... dziewczynka nie miała siły dokończyć. Zamknęła oczy i wsłuchiwała się w nieregularne bicie swojego serca. Bolało ją wszystko. Zanim usnęła, przemknęła jej jeszcze myśl, że być może to już koniec jej próby i że nie udało jej się wygrać ze Strefą.
Obudziła się kilka godzin później, słysząc głosy. Dick i Tod wrócili, udało im się przynieść czystą wodę w butelce. Tod ukradł w sklepie paczkę aspiryny. Z dumą pokazywał Wizzy ogromnego siniaka na twarzy, prezent od nerwowego sklepikarza. Żadne z nich nie wiedziało, jak dawkować leki, więc Tracy połknęła dwie tabletki i zapiła wodą. Potem znowu usnęła. Jej ciało było na granicy poddania się.
Wieczorem udało jej się wyjść na zewnątrz o własnych siłach. Wróciła i przebrała się w swoje ubranie, które zdążyło już wyschnąć po porannym praniu. Tricky Dick siedział u wejścia do szałasu i majstrował coś.
- Co robisz? zapytała, zaciekawiona. Choroba powoli odpuszczała i czuła się już dużo lepiej.
- Graweruję moją zapalniczkę. Piszę na niej... swoje imię odparł. Rzeczywiście, gwoździem wybijał na stalowym boku małe kropki, łączące się w literę.
- Twoje imię zaczyna się na D, nie na T odparła dziewczynka.
- Tam będzie Tricky odciął się szybko.
- Byłoby, gdybyś po T i R dał I, a nie A uśmiechnęła się. Mruknął coś niezadowolony, schował zapalniczkę i gwóźdź w kieszeń i poszedł sobie bez słowa. Coś połaskotało Tracy w gardle.
Przez następne dwa dni Tracy leżała nadal, biorąc resztkę aspiryny. Trzeciego dnia podniosłą się wreszcie. Wyszła na zewnątrz i przyłączyła się do grupy, siedzącej wokół płonącego ogniska. Tod i Anna pływali przy brzegu, tego wieczora było dużo mniej zanieczyszczeń. Słońce właśnie zachodziło, czerwona, ogromna tarcza powoli ale nieubłaganie zapadała się w fale. Tuż nad horyzontem rozgrzane powietrze utworzyło ślepe pasmo. Wygląda, jakby ktoś odciął nożem kawałek słońca, pomyślała dziewczyna. Bardzo jej się spodobało, nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego. Wreszcie słońce zaszło już zupełnie, i jedynie jego czerwona poświata rozlała się po powierzchni morza. Przypominała teraz ogromną połać czerwonego, falującego na wietrze materiału. Była prześliczna, zupełnie niepodobna do tej złowrogiej, brudnej cieczy, chlupoczącej w porcie. To było nawet piękniejsze niż tęczowe plamy benzyny.
- Jak się czujesz, Tracy? zagadnęła ją Anna, wyrywając dziesięciolatkę z zadumy. Naciągała właśnie bluzę, jej mokre, rude włosy zostawiły ciemny ślad na spłowiałym materiale. Małe kropelki wody osiadły je na twarzy, wytarła jej rękawem.
- Dzięki, już dużo lepiej. W zasadzie to prawie dobrze uśmiechnęła się do koleżanki. Tricky Dick ułamał kawałek leżącej obok gałęzi i rzucił ją do ogniska. Czerwone, świetliste iskry pofrunęły w górę, odrywając się od poruszonego żaru. Wiatr porwał je ze sobą i uniósł daleko, aby je wreszcie zagasić. Sucha gałąź zajęła się szybko, rzucając wokoło złote blaski. Mocno pachnący dym przyjemnie drażnił nos.
- Chcesz chleba? zapytał Mike Udało nam się dziś ukraść trzymaliśmy trochę dla ciebie. Znaleźliśmy przy jednym takim kompletnie pijanym TH. Dziewczynka wzięła podany jej kawałek lekko czerstwego pieczywa i zaczęła żuć. Po trzydniowej głodówce bardzo jej smakował. Zapiła odrobiną wody, którą Dick podał jej w butelce. Właściwie, pomyślała, to już jestem zdrowa. Po raz kolejny Strefa przegrała.
*
Anna obudziła się nad ranem zmarznięta. Lato już się w zasadzie skończyło. Kiedy wyszła, zauważyła, że większość liści zwiędła, a niektóre zaczęły już robić się żółte. Nadciągała nieubłaganie jesień. Nadchodził czas, kiedy trzeba będzie porzucić piaszczystą łachę i wrócić na ulice przedmieścia, szukając tam ciepłego schronienia na zimę. Nie mogła sobie przypomnieć, jak spędzała zimę przez przybyciem do Strefy. Niewiele też pamiętała z zimnego, przedwiosennego okresu z początku jej próby.
* *
Tego popołudnia zebrali wszystkie swoje rzeczy, ograniczające się do ubrań, kilku dodatkowych szmat, butelki i torby wrócili na przedmieście. Po kilku dniach poszukiwań udało im się znaleźć odpowiednie miejsce. W starym, wąskim zaułku uchował się ogromny kontener na śmieci. Przewrócony na bok i obudowany wszelkiego rodzaju odpadkami tworzył schronienie przed wiatrem i śniegiem. Wysokie, grube mury zasłaniały zaułek ze wszystkich stron. Zaczęli zbierać wszelkie możliwe szmaty, drewno i inne graty. Zostawiali też skóry z upolowanych szczurów i kotów, które Dick potem suszył.
- Będą dobre do robienia czapek i naprawy butów stwierdził, składując krwawe ochłapy w kącie kontenera. Mięso zjadali od razu.
Mijały dni. Coraz wcześniej zaczęło się robić ciemno, ranki stały się coraz zimniejsze, deszcze coraz dłuższe, a w małym schowku Dicka przybywało kocich i szczurzych skór. Dzieci zaczęły po kolei zaziębiać się i chodziły zakatarzone. W ciągu dnia grupa próbowała znaleźć jeszcze trochę słońca na nabrzeżu, czasami wieczorem rozpalali ogniska, jednak pogoda coraz mniej się do tego nadawała było zbyt wilgotno; zimny, mokry wiatr przejmował dreszczem i mroził do szpiku kości. Ciężkie krople wilgoci pokrywały wszystko, kiedy rano opadała mgła. Gęste zanieczyszczenia i sadza, opadające razem z mgłą, zostawiały na skórze ciemne plamy, które nie chciały się domyć. Tracy pożyczyła od Tricky'ego nóż i obcięła sobie włosy na krótko, bo były już zupełnie sfilcowane i brudne. Kazał jej schować to, co obcięła, twierdząc, że wszystko może się przydać.
Pod koniec jesieni, na progu zimy w zasadzie, zdarzyło się nieszczęście. Pasmo szczęścia, dzięki któremu wszyscy jeszcze żyli, urwało się gwałtownie.
Tego ranka Mike desperacko starał się złapać starego, wyleniałego kocura. Goniąc go po ulicy, nie usłyszał nadlatującego patrolowca i znalazł się na jednej linii strzału ze ściganym przez policjantów TH. Zginął natychmiast. Funkcjonariusze nie skomentowali tego wydarzenia.
Tod i Dick zabrali ciało Mike nad brzeg i pochowali go na piaszczystej łasze, obok ich letniego szałasu. Przynieśli z powrotem tylko jego bluzę, którą Wizzy nosiła już do końca.
*
Wreszcie spadł pierwszy śnieg. Nie dotarł wprawdzie do ich zaułka, zasłoniętego ze wszystkich stron, ale leżał na ulicach cienką, roztapiającą się warstwą, którą rozdeptywali ludzie, zamieniając śnieg w marznące, bure błoto. Tod i Dick zaczęli przymocowywać pieczołowicie zbieranie szczurze i kocie skóry do butów.
* *
Śnieg sypał przez cały dzień, to słabnąc, to przybierając na sile. Wielkie, sine chmury zasnuły całe niebo, pokrywając je gęstą, sztywną warstwą, niczym piana zanieczyszczeń, która osiadła na płytach nabrzeża w porcie. Ogromne, mokre, zimne płatki powoli opadały w dół, podrywane gwałtownymi podmuchami zimnego wiatru. Cienka warstwa mokrego błota na bruku zgęstniała, zamarzła i zaczęła się robić coraz grubsza. Powoli, w miarę jak przybywało śniegu, Strefa ulegała odkażeniu, pokrywa śniegu stawała się coraz jaśniejsza, niczym opatrunek. Jasny puch przyniesiony ze świata zewnętrznego odkażał miasto. Biała, litościwa zasłona przykrywała sterty cuchnących, przegniłych śmieci, zasypywała rozdrapane, zropiałe rany ulic i zniszczonych budynków, chylących się w ruinę. Jak bandaż, usuwała z obrazu miasta nędzę i zło tego chorego świata. Tylko ludzie jako jedyni nie chcieli poddać się temu dobroczynnemu leczeniu. Zamykali swoje serca i przecinali śnieżny opatrunek swoimi ciemnymi, brudnymi tropami, wyglądającymi jak ślady łez na starczej twarzy. Wynędzniałe, zmarznięte dzieci i sfrustrowani TH szukali schronienia przed zacinającym wiatrem i siekącym w twarz mokrym puchem, który oderwany od ziemi zamarzał w lodowatym powietrzu. Drobniutkie kryształki lodu wbijały się w twarz, mroziły ludzkie serca. Wraz z lodem, który zagościł w sercach umarły dobre wspomnienia lata i nadzieja na to, że świat może wogóle być dobry.
Dick i Tod poprzestawiali graty w uliczce, aby lepiej osłonić ich prowizoryczne schronienie. Kontener został zasypany stertą wszelkich możliwych odpadków, aby zapewnić mu lepszą izolację. Wszelkie szpary zostały poutykane szmatami, nad otwartym włazem ułożone zostało zadaszenie z desek, chroniące od wiatru. Jednak jadowity jęzor zimna wpychał się do środka, owijał wokół małych, dziecięcych serc i stopniowo, metodycznie zabijał w nich wszelkie uczucia, kąsając bezlitośnie. Na wynędzniałych, poszarzałych dziesięcioletnich twarzyczkach zastygł na dobre wyraz otępienia i zniechęcenia.
Każdy dzień stał się desperacką walką o przetrwanie. Często zdarzało im się bić z innymi grupami o dostęp do śmietników, walcząc zaimprowizowaną bronią w postaci drewnianych pałek i kawałków blachy. W trakcie jednej z potyczek Wizzy, broniąc się desperacko zadźgała jedno z innych dzieci kawałkiem stalowego pręta. Obdarli trupa z ubrań i uciekli, zostawiając nagie ciało w śniegu.
Coraz trudniej było złapać szczury, które pochowały się głęboko w bagnistych, zawalonych wnętrzach kanałów ściekowych. Dick zapuszczał się czasem na długie, samotne wyprawy w ścieki, z nożem w ręku ścigając godzinami te stworzenia. Koty zniknęły z ulic, kryjąc się na strychach i w piwnicach. Nie mogli także rozpalić ognia, bo wszystko było mokre. Mięso, jeżeli je w ogóle mieli, jedli surowe.
Tracy siedziała na potrzaskanym krawężniku i zgrabiałymi, poranionymi od grzebania w śmieciach palcami próbowała poprawić kocią skórę, owiniętą wokół jej dziurawego, przemokniętego buta. Woda z rozpuszczonego śniegu zamarzła, tworząc lodowy pancerz wokół stopy. Między palcami miała głębokie, bolące rany. Była szczęśliwa, że jeszcze nie wdało się zakażenie.
- Pomogę ci zaoferował Tricky, podchodząc i siadając obok. Szybko zaczął owijać jej drobną stopę kawałkiem sznura. Zauważyła, że z kciuka zszedł mu paznokieć.
- Co ci się stało? spytała, łapiąc delikatnie jego dłoń. Zauważyła, że szmata, którą owinął wokół dłoni, pokryta była zakrzepłą krwią. Przytrzasnął sobie rękę pokrywą od kanału. Ostrożnie rozwinęła gałgan. Na wierzchu dłoni rozpełzła się szeroka, długa rana. Wewnątrz tkwiły głęboko kawałki rdzy. Brzegi pokrywała wieńcem gęsta, cuchnąca, żółta ropa. Śmierdzący wysięk sączył się po skórze. Najdelikatniej jak potrafiła przemyła ranę śniegiem. Próbowała wyciągnąć kawałki rdzy, ale część z nich tkwiła zbyt głęboko w ciele. Dick zacisnął zęby, po jego twarzy spływały łzy. Tracy wyciągnęła spod bluzy kawałek czystej szmatki i owinęła wokół jego dłoni. Potem oczyściła trochę w śniegu tę, którą miał zawiniętą wcześniej. Kiedy Tricky chciał wrócić do naprawiania jej butów, zobaczyła, że dwa palce ma całkiem bezwładne. Odsunęła go i sama skończyła przysznurowywanie skóry do buta.
Ręka Dicka nie chciała się goić. Rana była ciągle wilgotna i brudna. Ropa zrobiła się zielona i cuchnęła coraz bardzie. Pewnego ranka chłopak dostrzegł na nadgarstku brunatną pręgę, pełznącą w kierunku ramienia. Nie mówiąc o tym nikomu, wyszedł. Wrócił dopiero wieczorem, z rękoma wbitymi głęboko w kieszenie. Na twarzy miał wyżłobione głębokie bruzdy i jaśniejsze ślady łez. Tracy bez słowa wyciągnęła mu ręce z kieszeni. Tricky nie miał prawej dłoni, wokół nadgarstka owinięty był przesiąknięty krwią gałgan.
Nie mieli dużo czasu, żeby się tym martwić. Tej nocy zachorowała Anna. Dostała wysokiej gorączki, czoło miała rozpalone, oczy opuchnięte, z trudem oddychała i mówiła. Tracy i Wizzy siedziały przy niej, zmieniając kompresy na jej czole. Chłopcy poszli szukać jakiejkolwiek pomocy. Nie udało im się. Toda pobił policjant, ledwo dowlókł się z powrotem. Miał połamane żebra, tak przynajmniej stwierdziła Wizzy, oglądając go.
Następnej nocy Anna zaczęła bredzić. Podrywała się z posłania i rozmawiała z ludźmi, którzy nie istnieli. Rankiem zaczęła kaszleć. Kropelki śluzu i jasnej, spienionej krwi bryzgały z jej małych, sinych ust. Tracy siedziała cały dzień w kącie, przy zamarzniętej ścianie i płakała.
Tod znalazł gdzieś drewno, które jeszcze nie zgniło i udało im się rozpalić ognisko w kontenerze. Gęsty dym snuł się nad ziemią i gryzł w oczy, ale tego wieczora mieli gorącą wodę i ugotowali szczura, znalezionego poprzedniego dnia. Anna piła trochę tego dziwacznego rosołu i przez jakiś czas pozostała przytomna, ale nie trwało to długo.
Tamtej nocy Tricky odmroziła sobie palce. Zmęczona czuwaniem przy chorej koleżance usnęła. Kiedy obudziła się kilka godzin później, nie miała czucia w lewej dłoni. Skóra była zmacerowana i ziemista. Próbowała nacierać ją śniegiem, ale nie pomogło. Palce nie reagowały na jej polecenia. Teraz oboje z Dickiem byli jednorękimi. Jej sytuacja była tylko o tyle lepsza, że dłoń pozostała częścią jej ciała. Tricky, utraciwszy swoją zupełnie, miał mniej szczęścia.
Rozmawiali bardzo mało, jeżeli nie szukali jedzenia, to siedzieli w swojej małej norze, przytuleni do siebie, grzejąc się nawzajem. Ich płytkie, nieregularne oddechy mieszały się z kaszlem Anny, unosiły się w górę małymi, kłębiastymi obłoczkami pary i zamarzały na sklepieniu. Tod miał poważne problemy z oddychaniem, jego żebra nie chciały się zrastać.
Anna umarła we śnie. Przez ostatnie dni nie odzyskała świadomości.
*
Wreszcie zima postanowiła opuścić Strefę. Wizzy obudziła się rankiem i poczuła, że leży w kałuży. Przesunęła dłonią po spodniach, ale woda skapywała ze sklepienia. Spojrzała w górę. Zawsze pokryte siatką szronu, teraz było czarne od wilgoci. Na zewnątrz tworzyły się już potoki wody, spływając po ścianach brudnych, zrujnowanych domów; ulicą, czarną i błotnistą, pędził strumień powstały z roztopionego śniegu. Ponad szarymi, starymi dachami świeciło nieśmiało słońce.
* *
Zima ustępowała powoli ale nieubłaganie. Gdy odpuścił mróz i zniknął śnieg temperatura powoli rosła. Opuścili schronienie ostatnich miesięcy, bo zalała je woda z roztopów. Sypiali w różnych miejscach. Nie przypominali w niczym dzieci, jakimi byli parę miesięcy wcześniej. Dick po stracie ręki zamknął się w sobie, mówił mało, robił tylko to, co było konieczne. Tod nadal miał problemy z płucami. U Tracy porażenie z czasem częściowo ustąpiło, ale nadal trzy palce miała sztywne. Tylko Wizzy wyszła po zimie w miarę zdrowa, jedynie czasem, późno w nocy, śniła jej się twarz tamtego chłopaka, którego zadźgała prętem, walcząc o jedzenie.
Siedzieli na piasku, niedaleko miejsca, gdzie latem mieli szałas. Wykorzystując resztki desek rozpalili ognisko. Mały ogieniek palił się, smuga błękitnego dymu wędrowała w niebo. Było już dosyć ciepło, wiec zdarli z siebie dodatkowe szmaty i siedzieli teraz w poprzecieranych bluzach i spodniach, z rozpadającymi się resztkami butów na nogach.
- Tracy powiedział Tricky Dick Chciałbym ci coś dać.
Wyciągnął z kieszeni swoją zapalniczkę, tę, którą znalazł przy zastrzelonym gdy Tracy przybyła do Strefy.
- Nie będę jej już potrzebował powiedział cicho Jutro kończy się moja próba...
Dziewczynka wzięła do ręki małe, stalowe pudełeczko. Na boku, gwoździem, wybite było "Dick". Obróciła zapalniczkę. Na przeciwległej ściance napisane było "Tracy. Otworzyła ją i zapaliła. Z trzaskiem, urządzenie zapaliło się jasnym płomieniem. Jego wieczna dusza z paliwa stałego nie doznała żadnego uszczerbku przez te ciężkie miesiące.
- Dziękuję ci powiedziała, chowając ją do kieszeni na piersi- Za nią... i za wszystko inne.
Tricky Dick odszedł następnego ranka. Pojechał do centrum miasta, aby zakończyć próbę tam, gdzie ją rozpoczął.
*
Miesiąc później Tod zakończył swoją próbę. Wizzy i Tracy odprowadziły go aż na stację. Dopiero wiele lat później dziewczynce udało się ustalić, że w trakcie tej podróży zginął w strzelaninie. To była jego ostatnia droga w Strefie.
* *
*
Po odejściu Wizzy, Tracy zamieszkała samotnie nad piaszczystą łachą. Dwa tygodnie samotności dłużyły jej się niesamowicie, ale unikała jakiegokolwiek towarzystwa. Pływała w chłodnym jeszcze morzu i patrzyła godzinami w odległy, nierealny horyzont. Czasami przesuwał się po nim ciemny, masywny zarys okrętu, częściej pozostawał pusty.
* *
Tracy wiedziała, kiedy nadszedł dzień jej jedenastych urodzin. Spoza Strefy, z normalnego świata dotarł do niej przekaz. Odnalazła kanał, którym rok wcześniej wydostała się na powierzchnię. Kratka, wyrwana wtedy z bruku, nadal leżała obok, gdzie zostawił ją Dick, wygięta i pordzewiała. Zanurzyła się w mroczną czeluść kanału i pogrążyła w jego bagnistym wnętrzu. Przez stopę przebiegł jej szczur. Już się ich nie bała. Instynktownie wiedziała, że dotarła we właściwe miejsce. Stanęła w kanale i rozłożyła szeroko ręce.
- Witaj, Tracy powiedziała bezosobowa, holograficzna twarz, która nagle zapaliła się w otaczającej ją ciemności. Dziewczynka splunęła na nią, ale ślina przeleciała przez hologram i spadła do ścieku na dnie kolektora.
- Udało ci się zakończyć twoją próbę pomyślnie. Przygotuj się do powrotu.
Coś porwało ją w górę i uniosło wysoko, prawie pod samo niebo. Euforia zaparła jej dech w piersiach. Udało jej się.
*
Pani komisarz odsunęła z trzaskiem krzesło od konsolety, ze wściekłością patrząc na ekran. Zawołała swojego sekretarza.
* *
- Jak długo ten TH jest w Strefie?! wrzasnęła na niego, wskazując drgającym ze wściekłości, sztywnym palcem na wyświetlone na monitorze zdjęcie i obraz tatuażu. Sekretarz zbladł.
- Od wczoraj... wyjąkał.
- A co ja mówiłam, skończony idioto? Dlaczego ja się dowiaduję dopiero teraz, ty pieprzony szmaciarzu?!
- Myślałem...
- Ja tu jestem od myślenia! A teraz spierdalaj stąd, za godzinę mam mieć twoja rezygnację a twoja dupa ma zniknąć ze Strefy na zawsze, chyba, że chcesz zasłużyć sobie na jeszcze jedną próbę! pani komisarz odwróciła się w obrotowym fotelu. Wyciągnęła ze zgniecionej paczki papierosa i zapaliła go starą, metalową zapalniczką. Na jej bokach można było jeszcze odczytać imiona, zatarte trochę przez czas. Kiedy uniosła do ust papierosa, na jej palcach zalśniły dwa polimerowe ścięgna, wstawione w miejsce tych porażonych. Trzeci palec, najmniejszy, kazała sobie zostawić sztywny, na pamiątkę.
Wyszła z budynku i wskoczyła do poduszkowca. Uniosła go w powietrze i skierowała w stronę wybrzeża. Nie spieszyła się. Wiedziała, że już nie ma po co. Było o wiele za późno.
Tricky Dick leżał na brzegu piaszczystej łachy, twarzą w piachu. Odwróciła go na plecy. Na przedramieniu widniał tatuaż z kodem oznaczającym wyrok: TH. Pomyślała z goryczą o swoim, trzyliterowym. Wyciągnęła zapalniczkę i zapaliła kolejnego papierosa. Nadal płonącą zapalniczkę postawiła obok ciała. Stała tak i wpatrywała się w długo w nierealny horyzont, po którym przesuwał się ciemny, masywny zarys okrętu. Teraz wiedziała, że od strony morza Strefa też jest odcięta.
Ciepły, letni wiatr targał jej długie, rozpuszczone włosy. Po twarzy spływała powoli łza.
***********************************************************************************