LYDON CARTER
******************************************************************
LYDON CARTER ver. 1. 1
data : 6 maja 1999
miejsce : Warszawa
copyright © Godai Yusaku
Dla Weroniki.
********************************************************************************
Lydon Carter był zatwardziałym, patologicznym socjopatą. W wieku dziewiętnastu lat zdążył już popaść w recydywę. Dawno zwiedził wszystkie zakłady dla nieletnich i co ważniejsze więzienia stanowe i federalne.
W chwili obecnej miał trzydzieści jeden lat i siedział w izolowanej celi w więzieniu federalnym u podnóża Gór Skalistych, czekając na krzesło elektryczne.
Tym razem nie udało mu się wymigać. Sędzia uznał go winnym wielokrotnego zabójstwa na tle seksualnym, nacechowanego szczególnym okrucieństwem.
Jakby to było coś wielkiego! Po prostu zarąbał siekierą sąsiada, jego żonę, trójkę dzieciaków i psa na dodatek. Po wszystkim, w ramach relaksu, przeleciał całą szóstkę.
No i nie zdążył zwiać nim przyjechały gliny.
Teraz Lydon siedział w celi dwa na trzy metry, miał prywatną pryczę i kibel i całe dnie na rozmyślania. Sędzia stwierdził, że Carter powinien spędzić ten czas na żalu za swe zbrodnie.
Lydon rozpamiętywał więc swoje złe postępki, jednak wbrew radzie sędziego nic nie żałował. Z jego pamięci przypływały serie poderżniętych gardeł, dziur po kulach, wydłubanych oczu. Znowu i znowu, długo w nocy, leżąc na pryczy i paląc przydziałowe papierosy, przepatrywał w pamięci twarze zadźganych włóczęgów, zgwałconych nastolatek, zagarotowanych wspólników w czarnych interesach.
Każdy dzień Lydon zaczynał od krótkiej modlitwy - inwokacji do Śmierci, która wkrótce miała stać się także jego udziałem. Cieszył się i coraz bardziej niecierpliwił, kiedy dzień po dniu pojawiał się w jego celi jedynie klawisz z jedzeniem i papierosami.
Wreszcie przyszli po niego. Lydon wyczuł to już wcześniej. Był wieczór. Tym razem na korytarzu usłyszał więcej par ciężkich, podkutych butów. Zamek w drzwiach szczęknął radośnie i dwóch strażników w szarych mundurach weszło do środka. Trzeci z nich czekał na korytarzu.
- Idziemy, Carter - powiedział jeden z nich. Nie okazywali żadnych uczuć. Lydon zdusił niedopałek papierosa na umywalce i założył ręce na plecach. Drugi ze strażników skuł je kajdankami.
Cela egzekucyjna znajdowała się na przeciwnym krańcu zakładu. W drodze tam przecięli rozległy więzienny dziedziniec. Kilku odsiadkowiczów grało pod ścianą w koszykówkę. Ponad drutem kolczastym na ogrodzeniu widać było Góry Skaliste, za które powoli zachodziło słońce. Czerwone rozblaski kładły się na dzikich, nagich skałach, na betonowych murach więzienia, na obojętnych twarzach strażników.
- Piękny wieczór, nieprawdaż? - zagadnął Lydon, przystając na moment. Jeden ze strażników kiwnął głową.
- Mogę popatrzeć? - spytał skazaniec. Strażnicy popatrzyli na siebie. Mógł.
Stał tak przez dwie czy trzy minuty, sycąc wzrok pięknem dzikiej górskiej przyrody.
- Dziś jest piękny wieczór na śmierć. Chodźmy, panowie - ruszył raźno przed siebie.
Cela była zimna, mała i cholernie ponura. Ostre, jarzeniowe światło padało z góry na krzesło.
Przykuli Lydona do niego. Nie utrudniał im tego zadania, był gotowy na śmierć.
Za stalową siatką stał zastępca prokuratora generalnego i nerwowo palił papierosa, trzymając go zażółconymi od tytoniu palcami. Nie sprawiało mu żadnej przyjemności asystowanie przy egzekucji, wolałby być zupełnie gdzie indziej.
Kat zakończył przygotowania i uruchomił maszynę śmierci. 50 000 wolt spłynęło kablami w ciało Cartera.
Pociemniało mu w oczach.
Tuż przed sobą, oślepiony przez elektryczność, ujrzał kobietę. Wyciągnęła rękę w jego kierunku.
- Chodź - szepnęła.
- Tak! - krzyknął Lydon - Zabierz mnie! Zabierz mnie, ukochana Śmierci!
- Nie pierdol - odparła opryskliwie kobieta - Nie jestem żadną Śmiercią. Mamuśka ma dziś wieczór wychodne. Jestem Nadzieja, jej córka. Zbieraj się i spieprzajmy stąd nim ktoś się zorientuje.
******************************************************************************