TU NADAJE RADIO
"WOLNA AUSTRALIA"


******************************************************************


TU NADAJE RADIO WOLNA AUSTRALIA ver. 2. 0

data : 14 października 1996 - 19 stycznia 1997
miejsce : Konstancin - Jeziorna
copyright © Godai Yusaku



Dla Lexie, Betty i Ace'a.


******************************************************************




Był mroźny, ciemny poranek siedemnastego maja 2007, kiedy urzędnik założył na drzwi od piwnicy gruby stalowy łańcuch. Zamknął go na wielką kłódkę, a następnie przymocował ołowiane plomby, na których wycisnął pieczęcie. Całe studio zostało zarekwirowane na mocy nakazu prokuratury. Koniec, over.

*

Zaczęło się późnym popołudniem drugiego lipca. Leczyłem kaca - giganta po imprezie i skopaną dumę po zerwaniu z kobietą. Siedziałem u siebie w pracowni pijąc ostatnie ocalałe piwo i oglądając telewizję. Wokoło mnie walały się puste butelki po piwie, winie, szampanie, wódce i wszelkim innym alkoholu. W kącie piętrzył się stos zgniecionych puszek i kartonowych pudełek po pizzy, której kawałki jeszcze tu i ówdzie leżały. Z lampy za telewizorem zwisał zapomniany czarny koronkowy stanik. Obraz nędzy i rozpaczy. Do tego pies od rana nie odstępował mnie na krok, domagając się jedzenia. Bydlę nie chciało żreć resztek pizzy.
Po kilku godzinach bezmyślnego oglądania kanału muzycznego postanowiłem wziąć się za sprzątanie. Podniosłem się, wciągnąłem koszulę w spodnie i otworzyłem na oścież okno, aby trochę wywietrzyć. Nadal nieprzytomnie śmierdziało setką papierosów, skrętów i rozkładającym się żarciem. Za oknem rozciągał się lodowaty krajobraz brudnej, bezśnieżnej zimy. Dom stał na przedmieściu, za nim rozciągało się wyleniałe, rozprawiczone przez wiatr pole. A raczej ugór, bo od trzech lat, czyli odkąd wprowadziłem się do tego domu, nie widziałem na tym zrudziałym spłachetku ziemi żadnej maszyny, rolnika, zboża, czy czegokolwiek. Jedynie jesienią oglądałem tam małych chłopców, którzy przyprowadzali swoich tatusiów, żeby popuszczać z nimi latawce.
Teraz jednak był lipiec i na latawce było za zimno. Efekt cieplarniany bezlitośnie wykańczał Ziemię, więc śniegu także, jak od kilku już lat, nie było. Straciłem nadzieję na to, że moje potencjalne dzieci kiedykolwiek zobaczą to co się nazywa śnieg. Choć po ostatnich wypadkach straciłem nadzieję nawet na te potencjalne dzieci.
Na szczęście tym razem zima była przynajmniej zimna i to naprawdę nieźle. Za oknem szalał ponad pięciostopniowy mróz, który skuł lodem przepływającą w pobliżu rzekę. Przez otwarte okno wdarł się do pracowni lodowaty wiatr, szarpiąc moimi i cudzymi płótnami i porywając ze stołu zarzygany cykl miniatur ołówkowych z ostatniej wyprawy do Grecji. Zadygotałem. Wolałem jednak zimno od smrodu. Naciągnąłem na grzbiet polarową koszulę, gumowe rękawiczki na ręce i wyposażony w wielki worek ruszyłem sprzątać śmiecie.
Metodycznie ładowałem tam wszystko. Resztka kanapki, pusta paczka po papierosach, sztuczne oko, rozdeptany kawał pizzy, plastikowa butelka, wymiociny i inne paskudztwa. Butelki składałem w kącie i wkrótce urósł potężny ich stos. Puszki po piwie i napojach ładowałem do osobnej torby; moja sąsiadka miała hopla na punkcie recyclingu i zawsze prosiła, żeby odkładać dla niej śmiecie.
Dobiegała końca trzecia godzina sprzątania. Za oknem zrobiło się już szaro, a ja właśnie wyciągałem zużytą prezerwatywę z zapchanego bidetu, kiedy zadzwonił telefon.
- Hej, jak się masz, braciszku? - doleciał mnie głos mojej młodszej siostry.
- Cześć, skarbie. Żyję, jestem w jednym kawałku i właśnie sprzątam. . .
- Boże, naprawdę ci dokopało, jeżeli sprzątasz - miała rację, sprzątałem tylko, gdy miałem naprawdę straszny dół psychiczny.
- Stało się - wzruszyłem ramionami, choć nie mogła tego zobaczyć.
- Jesteś sam w domu? Może wpadnę, co? - zaproponowała. Fajna rzecz, taka siostra jak moja Alexie.
- Wpadnij, będę sam przez najbliższe miesiące.
- Wpadnę, pa!
Odłożyłem słuchawkę i z niechęcią popatrzyłem na trzeci worek ze śmieciami. Dwa pierwsze leżały już na podjeździe, za trzy dni przyjadą śmieciarze i je zabiorą. Worek stał pod ścianą, na której resztki piwa, wina i chyba pizzy układały się we frapujący wzór. Gdybym dodał trochę niebieskiego. . .
Odsunąłem stertę butelek i puszek, wyciągnąłem farby i zagryzając w zębach resztki ołówka zacząłem malować.
W takim stanie zastała mnie Alexie. Popatrzyła, popukała w czoło i pocałowała mnie w policzek.
- Cześć, braciszku. Weszłam, nie powinieneś zostawiać drzwi otwartych.
- Cześć, siostrzyczko. Jak zostawię, to może ukradną śmiecie.
- Nie wierzysz w to, co mówisz - zmrużyła oczy, unosząc jednocześnie brwi.
- Dostałeś kopa od Alison? - zapytała. Właściwie, to nawet stwierdziła. Pokiwałem głową, zagryzając dolną wargę. Oprócz Alexie nikt, nawet sama Alison, nie wiedział, ile ta kobieta dla mnie znaczyła.
- Popatrz na to z dobrej strony. Gdy dostałeś kopa od Lucy, to napisałeś książkę, za którą kupiłeś ten dom. Ja myślę, że to może być pożyteczne tak trochę. A wogóle, to mam dla ciebie film.
Sięgnęła po mały plecaczek, którego używała zamiast torebki.
- Oj, nie ma. Nigdzie nie odchodź, skoczę do samochodu - wybiegła z pokoju. Samochód. . . Ja ze swoim cholernym zamiłowaniem do ekstrawagancji sprawiłem sobie trabanta i teraz części dorabiałem na zamówienie. Od trzech miesięcy czekałem no nie - wiadomo - co - ale - niezbędne - do - jazdy.
Zatrzasnąłem okna, bo zrobiło się już trochę za zimno. Potem zjechałem po poręczy na parter. Piętrowy dom, pięć pokoi, na cholerę taka landara samotnemu kawalerowi?
- Spodoba ci się, to o chłopaku, który miał pirackie radio.
- Hej, pamiętam! To było w kinach. . . tak z szesnaście lat temu. On walił konia do mikrofonu.
- Oj, no, nie całkiem. Dlaczego ty zawsze pamiętasz takie rzeczy? - wykrzywiła się z niesmakiem.
Muszę przyznać, że film naprawdę był niezły. Choć to rzeczywiście było nie całkiem. Taki był początek. Nie zdając sobie z tego sprawy, Alexie rozpętała coś niezwykłego.

*

Promienie słońca wpadały przez szeroko rozsunięte żaluzje i układały się pasami na łysinie Richa.
- Brawo, jak tak dalej pójdzie, to za miesiąc twoja nowa powieść pobije zyski z "Maszkaronów".
- Nie po to ją pisałem przez sześć lat, żeby była knotem - wzniosłem ręce kapłańskim gestem.
- Uwielbiam, gdy mówisz mi takie słodkie rzeczy, Richie - zakwiliłem - Dobra, dawaj to moje 5% z egzemplarza.
Podał mi kopertę formatu A - 4 wypchaną banknotami. Zawsze tak kazałem mu dawać pieniądze. Żadnych czeków, żadnych przelewów, innych bzdur. Żywa gotówka.
- Nie liczę, ufam ci - Uśmiechnąłem się - Jeżeli "Ja, nikt" przeskoczy "Maszkarony", to dostaniesz podwyżkę. Na razie, hm, zadysponuj coś na reklamę. Polegam na tobie.
- Spokojna głowa - Richie puścił oko. Co by nie powiedzieć na temat jego łysiny, to agent był z niego niezły.
"Ja, nikt" rzeczywiście pisałem przez sześć lat. Historia dzieciaka, który trafia na dworzec, wychowuje się tam, żyje. Potem spotyka kobietę, wyłazi z bagna, ale ich dzieci i tak trafiają z powrotem na dworzec. Odkąd rząd zajął się pustynią Gibson, bezdomni prawie zupełnie zniknęli, więc temat chwycił. A zresztą, zarówno stare jak i nowe pokolenie żywiło niezwykły wprost sentyment do realiów XX wieku, kiedy rozgrywała się akcja.
Szedłem ulicą, z kopertą zatkniętą za pasek spodni pod wytartym, starym płaszczem. Odkąd Alexie pokazała mi ten film, coś dziwnego tłukło mi się po głowie. To samo uczucie kazało mi pisać, rysować, kręcić filmy i pilotować wycieczki zagraniczne. Zwykle oznaczało to niezłą zabawę. Pierwsze i ostatnie oznaczało także niezłą kasę. Przez ostatnie dwadzieścia siedem lat zabawy miałem sporo.
Rozmyślając o radiu, przypomniałem sobie, jak wprowadzałem się do swojego domu na przedmieściach. Nie miałem wtedy telefonu, bo poprzedniego właściciela ścignął sąd, zabierając mu po drodze parę rzeczy. Wieczorami miałem zwyczaj siadać w oknie i rozmawiać z Alison przez CB. Inni krótkofalowcy wściekali się na mnie, bo puszczałem jej muzykę. Klęli mnie nieprzytomnie.
Idąc tak ulicą, bezwiednie zatrzymałem się przed witryną sklepu elektronicznego. Lubiłem sobie czasem zaglądać do takich rzeczy, choć odkąd wypuścili w 1996 głośniki na plazmę tlenową i czytniki DVD niczego nowego się nie spodziewałem. Mimo to wstąpiłem. Bingo!
W dziale dla zawodowców moją uwagę przykuło dziwne urządzenie.
- Przepraszam, co to jest? - spytałem sprzedawcę.
- To? Nadajnik UKF, używany w lokalnych stacjach. . .
- Radio?! Nadajnik radiowy?! - wytrzeszczyłem oczy.
- Tak, proszę pana. Jak najbardziej. Zasięg, przy odpowiednim wyregulowaniu, nawet do stu kilometrów.
- Pal diabli kilometry! Ile to cudo kosztuje?
Pieniądze od Richiego wystarczyły akurat na pierwszą ratę.
Miesiąc później siedziałem w piwnicy, przyglądając się jak Matt lutuje zwój kabli do wybebeszonego stołu mikserskiego. Richie załatwił mi pożyczkę i teraz w piwnicy miałem studio radiowe, zastawione podstawowym sprzętem. Był CD, czytnik laserowy, deck, komputerowy serwer i mikrofony. Wszystko zbiegało się w mikserze, skąd zwojami poskręcanych kabli wędrowało do szopy na podwórzu, do nadajnika. Stamtąd koncentrycznym kablem biegło do starego, nadrdzewiałego i opuszczonego słupa elektrycznego, gdzie sterczał nowiutki, lśniący bęben nadawczy.
- Yo! - powiedział Matt - Gotowe. Jak szlag nie trafi, to zadziała.
- Dzięki! Wiszę ci piwo! - uścisnęliśmy sobie dłonie.
W studiu rozwinąłem stary dywan, powiesiłem maty na ścianach i wstawiłem małe lampki. Nad mikserem powiesiłem reprodukcję Jovana Mitisa. Było pięknie. I zupełnie miałem gdzieś, że nie miałem licencji na program.
- Alexie, siostro, wpadnij do mnie, mam niespodziankę - rzuciłem w słuchawkę. Ostatnim udogodnieniem jakiego dokonał Matt było podłączenie telefonu do miksera, aby można było puszczać w eter rozmówców.
- Będę za godzinę, strasznie czekam na niespodziankę!
- Pa! - odwiesiłem słuchawkę. Potem przewertowałem laserówki i wyciągnąłem antologię muzyki filmowej lat '90. Uruchomiłem wewnętrzne głośniki studia i odjechałem.
Lexie była za godzinę, tak jak obiecała. Zaprowadziłem ją najpierw do szopy, gdzie pokazałem jej pudło nadajnika.
- Wybacz ignorancję, ale nie wiem, co to jest. Radar? Taka duża mikrofalówka?
- Chodź do domu, coś jeszcze ci pokażę.
Zeszliśmy po schodach do ciemnej piwnicy. Zapaliłem światło.
- Ja cię walę! - wyrwało się jej - Masz radio. . !
- Szukam kogoś do pracy - uśmiechnąłem się.
- Już znalazłeś! ! ! Rety, odbiło ci, odbiło, odbiło, o! ! ! - zakryła usta dłonią.
- Radio AB FM zaprasza na nowy program, pod nazwą "Jazda bez trzymanki".

*

Był pierwszy września, kiedy zasiedliśmy do debiutanckiej audycji. W rogu pokoju Matt siedział z radiem i sporym pudełkiem, które podłączył do nadajnika. Przez okno w piwnicy wybiegał cienki kabel sterujący.
- Yo, człowiek, zaczynamy - rzucił. Powoli i metodycznie przeszukiwał skalę radia, wsłuchując się w zmieniające się odgłosy.
- Mam - stwierdził w okolicach "Holly Virgin Radio" - Tu jest kawałek czystego pasma. Lecim z tym koksem - zaczął kalibrować nadajnik, próbując dostroić go do znalezionej częstotliwości.
- Chyba. . . Spróbuj - stwierdził.
- Alexie - uśmiechnąłem się.
- Bart - uśmiechnęła się. Wcisnęła przycisk serwera i w słuchawkach rozległ się nasz specjalny jingle. Matt poderwał kciuk w górę - było nas słychać!
- Hej - rzuciłem w mikrofon, kiedy ucichł sygnał - Tu najnowsza lokalna stacja o nazwie AB FM.
- Cześć - rzuciła Alexie - Wita was DJ A. . .
- . . . i DJ B. Stacja AB FM to maksymalna, muzyczna jazda dla odważnych.
- Na dobry początek posłuchajcie "Song for John" Johny'ego Silverhanda - moja siostra puściła płytę i w słuchawkach rozległ się dźwięk. Na wyświetlaczu migotał czas utworu. Byliśmy w eterze.

*

- Hej, hej, hej, witamy was trzydziestego trzeciego sierpnia 2006 w stacji AB FM. Oto jak nas znaleźć: ustawiacie "Holly Virgin Radio" i kopiecie swoje radio lekko w lewy bok. I już tam jesteśmy. Codziennie - powiedziałem następnego dnia.
- Tu DJ A. Od dziś zaczynamy regularne audycje. Właśnie mamy zamiar spędzić razem trzy godziny, słuchając czegoś, czego raczej słuchali nasi rodzice. Lata siedemdziesiąte wieku ubiegłego.
- Na początek znany i lubiany, do dziś legendarny wykonawca. Eric Clapton i ze swoim przebojem z '77.
- "Wonderfull Tonight".
Ballada wypełniła słuchawki. Ściągnąłem jej i spojrzałem na Alexie. Mieliśmy za sobą nieprzespaną noc. Poprzedniego dnia przez dwie godziny ładowaliśmy w eter wszystko co podeszło pod rękę. Postanowiliśmy, że trzygodzinne audycje to w sam raz. Prędzej czy później prokuratura musiała zainteresować się nową stacją, więc byliśmy przygotowani na zwinięcie się w każdej chwili. Póki co, jednak, było pięknie.
- Lex, co jest potem? - zapytałem, zapalając papierosa. Rzuciła okiem na kartkę.
- The Doors. Potem Beatlesi, Collins, Cohen, Dire Straits. To jest ustawione na płytach. Potem musisz przeprogramować czytnik.
- Jeszcze minuta - spojrzałem na licznik - Kawy? - nalałem sobie do kubka, potem jej. Na moim było zdjęcie Betty, wyblakłe od upływu czasu. Chodziłem z nią chyba z dziesięć lat temu. Alexie miała nowszy kubek, ze zdjęciem Ace'a. Ace był jej facetem od czasów college'u, a ze mną znał się od podstawówki. Porządny facet. Nałożyłem słuchawki. Poczekaliśmy aż ballada się skończy.
- Hej, hej, to był Eric. Było cudownie, ale się właśnie skończyło.
- The Doors, "The End". Piosenka starsza ode mnie - rzuciła moja siostra. Wyregulowałem mikser, bo nagranie nie było najlepsze. Sięgnąłem na półkę, po CD. Niedawno skopiowałem go z płyty analogowej.
- Co ty na to? - pokazałem jej.
- Kommunisticzieskaja Partija Sowietskogo Sojuza? - odczytała - Tak jakby, co to?
- Pieśni polityczne i patriotyczne dawnego USSR.
Uderzyła się dłonią w czoło.
- I co to ma być?
- Marsz wojskowy pod tytułem. . . hm. . . "Krasnoj Armii Sława". Tak się to czyta, o ile pamiętam mój rosyjski.
- Jesteś kompletnym świrem. Ha, ha - ramiona zatrzęsły się jej od śmiechu.
- To też są lata siedemdziesiąte, no co? - wzruszyłem ramionami.
- Pal sześć, masz rację.
I tak marsz krasnoarmiejców poszedł w eter. Wydawać by się mogło, że trzy godziny, to sporo czasu, ale minuty leciały bardzo szybko i kiedy Lexie puściła melodyjkę końcową, zostało nam jeszcze kilka nie puszczonych kawałków.
- Ojej - potrząsnęła głową, ściągając słuchawki. Dopiła resztki kawy.
- Nie podejrzewałam, że to może być takie męczące. Ale zabawa jest świetna.
- Zawsze się razem świetnie bawiliśmy - powiedziałem.
- W końcu jesteśmy rodzeństwem, no nie?
- Zakład? - uderzyliśmy nawzajem otwartymi dłońmi.
Tego wieczora zadzwonił telefon.
- Hej, tu Tomas. Masz dziś trochę czasu? - spytał. Miałem.
- Mam, wpadnij, a co?
- Tak sobie chciałem pogadać. Jak za dawnych dobrych czasów.
Za dawnych czasów, znaczyło - jak na studiach. Potrafiliśmy przesiedzieć całą noc przy piwie i pizzy, gadając o samochodach, wakacjach i przeszłych i przyszłych panienkach. Czasem siedzieliśmy i oglądaliśmy nasze filmy wideo, których miałem całą półkę, wszystkie własnoręcznie nakręcone.
Tak więc Tomas przyjechał, cisnął kurtkę na łóżko i usiadł na biurku.
- Masz coś do picia? - zapytał. Miałem. Po trzecim piwie stwierdził:
- Jest coś, co cię może zainteresować. Jakieś nowe radio się pojawiło. Słuchałem dzisiaj. Cały czas walą muzę. Nie wiem, czy tak jest zawsze, ale dziś były lata siedemdziesiąte. Niezłe.
- O? - zainteresowałem się - Na jakim zakresie?
- Obok "Hole of Virgin" - wykręcił specjalnie nazwę - Nie pamiętam ile dokładnie. Nieźli są. Facet z panienką. Ale powinni mieć telefon, żeby można sobie było zamawiać piosenki. Albo żeby przynajmniej mieli skrytkę pocztową. No, spadam odstawił na biurko pustą butelkę.

*

Następnego dnia z rana poszedłem na pocztę. W okienku stała jakaś młoda, miło wyglądająca urzędniczka. Nie jakaś stara raszpla, jak to się zwykle zdarza.
- Hej - uśmiechnąłem się - Chciałem wynająć skrytkę pocztową.
- Rozmiar?
- Chyba średni. . . Mam pytanie, nazwisko wynajmującego jest zastrzeżone?
- Oczywiście. To jest w kosztach usługi.
- Aha. . . A jak z policją?
- To znaczy? - chyba nie do końca zrozumiała moje pytanie.
- Czy policja może uzyskać nazwisko wynajmującego skrzynkę i przeszukać ją?
- Tylko, jeżeli ma nakaz z prokuratury.
- Rozumiem. Wezmę tę skrytkę.
- Pana nazwisko, ma pan może dokument?
- Może być legitymacja związku wędkarskiego, bo zostawiłem prawo jazdy w wozie?
- Ze zdjęciem? - spytała. Potwierdziłem.
- OK. - uśmiechnęła się.
- Nickolas Blossom, 35 Harbour Street, Melbourne - wklepała do komputera.
- O! Co pan robi w Brisbane? - zdziwiła się.
- Mieszkam tymczasowo. Mam tu pracę. Wie pani, zawsze to przyjemniej mieć swoją skrzynkę, niż odbierać pocztę w hotelu.
- Rozumiem - uśmiechnęła się - Na jak długo?
- Na razie na dziesięć dni. Potem pewnie przedłużę.
- Oto klucz - podała mi - Skrytka 3052. Mam nadzieję, że będzie pan zadowolony.
- Dzięki.
Nickolas Blossom z Melbourne podpadł kiedyś mnie i Tomasowi na jakichś wakacjach. Tomas wziął kurtkę i buty, ja dokumenty i zegarek. Nigdy nie wiesz, co może się przydać.
Obejrzałem skrytkę, zapisałem sobie jej numer i adres urzędu i wróciłem do domu.
Lexie siedziała w piwnicy i przeszukiwała nagrania.
- Znów zostawiłeś otwarte drzwi - powiedziała - Mam trochę nowych płyt, pożyczyłam od Larry'ego.
- Ekstra! Wiesz, mamy adres.
- TZN?!
- Wykupiłem skrytkę pocztową, tu jest numer - podałem jej.
- Tomas wczoraj wpadł i mówił, że nas słuchał. Nie domyślał się niczego, ale poddał mi pomysł ze skrzynką i powiedział, żeby zrobić koncert życzeń albo coś na kształt.
- Pewnie, świetny pomysł.
Dlatego też tego popołudnia, pod koniec pierwszej godziny nadawania ogłosiliśmy, że przez najbliższe dziesięć dni można do nas pisać na podany adres.

*

Ilość listów przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Ludzie pisali najróżniejsi.
"Siemano A i B! Jesteście najbardziej pałerową stacyją w okolicy! Czy moglibyście nadawać dłużej? Nareszcie każdy małolat ma to, co chciał! "
"Szanowni DJ A i DJ B! Jestem już zdrowo po pięćdziesiątce, ale kiedy zupełnie przypadkiem usłyszałem w Waszym radiu Animalsów i Eaglesów, to przypomniały mi się moja studenckie czasy. Doszło do tego, że wyciągnąłem na strychu moje stare rollingstonki. Nie ważne, że wnuczęta się ze mnie śmieją. Rock on! "
"Miałam straszny dół, bo rzucił mnie facet. Mam straszną, ogromniastą, potwornie wielką prośbę - powiedzcie mu, że jest mi przykro i że chcę, żeby wrócił.
Tu jest jego telefon. . . "
"Puśćcie jakiś Toy Dolls, dla mojej starej siostry, może przestanie być taka zesztywniała?"
I tak dalej, kartki papieru walały się po całym studiu, a my w miarę możliwości próbowaliśmy spełniać prośby słuchaczy. Ze względu na brak czasu i nagrań nie zawsze się to udawało.
Po kilku tygodniach obraz audycji mieliśmy wykrystalizowany. Pierwsze czterdzieści minut poświęcone było na nowości, potem półtorej godziny koncertu życzeń i listów od słuchaczy, wreszcie audycja na temat konkretnego wykonawcy, okresu albo gatunku. Słuchali nas uczniowie, studenci, rodzice. Byliśmy na topie. Codziennie do skrytki Nicka Blossoma przychodziły sterty listów i na razie wszystko było świetnie.

*

- Mam propozycję, ale nie wiem, czy się na to zgodzisz - powiedziała Alexie tego ranka. Właśnie zgrywaliśmy audycję na dysk. Czasem, gdy jedno z nas nie miało czasu, przygotowywaliśmy audycję wcześniej i odtwarzaliśmy ją potem z płyty. Wystarczała jedna osoba, albo nawet zegar elektroniczny, do uruchomienia urządzeń. Dzięki temu wyrobiłem sobie alibi, pośród znajomych, którzy zaczynali trochę łączyć mnie z DJ - em B. Poza tym, to była niezwykła frajda, usłyszeć samego siebie, gadającego przez radio. A w szafce leżały stosy trzygodzinnych dysków dźwiękowych ze starymi audycjami.
- Tak? - spytałem - Co wymyśliłaś, mały draniu?
- Ace miał kiedyś zespół. . .
- No, sam im napisałem kilka tekstów.
- Mógłby przyjść i zagrać na żywo, co ty na to?
- Pewnie. Ace jest spoko, możemy mu powiedzieć o AB FM.
- Tak, tak. Zresztą, chyba się i tak domyśla, bo codziennie znikam gdzieś na trzy godziny, a on już nie wieży, że oglądam z tobą anime.
- OK, niech wpadnie pojutrze, co ty na to?
- Wezmę go ze sobą. Sztama, bracie! - uścisnęliśmy sobie dłonie.
Tego dnia, jadąc samochodem, usłyszałem, jak DJ B zapowiadał za dwa dni wizytę lidera słynnego undergroundowego zespołu Rotkäppchen. Lexie obsługiwała w piwnicy odtwarzacz, a ja jechałem do Ace'a, żeby mu o tym powiedzieć. Byłoby nawet pięknie, ale nie powiedziałem Alexie, że tydzień wcześniej przyszło zawiadomienie z prokuratury, że mamy się stawić do rejestracji.

*

- Cześć, jest siedemnasta, piąty listopada 2006. Dziś, zgodnie z naszą obietnicą, będziemy mieli dla was gościa specjalnego. Najpierw jednak jak zwykle trochę nowości. Dziś fragmenty ostatniego LP Kerry'ego Eurodyne i muzyka z filmu "Rockers". Po koncercie życzeń natomiast wystąpi na żywo człowiek znany jako Adams. Założę się, że wszyscy ex - studenci pamiętają czterech facetów, którzy w latach 2000 - 2004 grywali w akademikach i w szatniach na stadionach. Czeka nas dzisiaj niezła jazda!
- No, a teraz Kerry i "You ate my brain (and didn't say thanks)" - Lexie uruchomiła odtwarzacz.
- No, jak? - spytałem Ace'a. Siedział przy konsoli i stroił gitarę. obok ustawiłem dla niego dodatkowy mikrofon.
- Masz czwarty kanał na podłączenie wiosła - powiedziała Alex, przytulając się do niego.
- Taak - stwierdził - Co zagrać? Chciałem "My Little Spadel", "Red Hood", "Paradise" i ten instrumentalny, bez nazwy.
- "My Little Spadel" musi być obowiązkowo! - stwierdziłem - Bez tego nie ma mowy o tym zespole.
- Nigdy wam nie wybaczę tego, jak kazaliście mi na wakacjach grać to co wieczór, po kilkanaście razy z rzędu - roześmiał się.
Dwie godziny później, Ace śpiewał:
"I was playing in the sand,
mother was taking care of me.
Suddenly I got fuckily angry -
I lost my spadel; where can it be?! "
Refren śpiewaliśmy wszyscy troje. Dobrze, że tym razem wynająłem na poczcie większą skrytkę, bo listy nie zmieściłyby się w standardowej. Przyszło ich jakieś pięćset. Tego żadne z nas nawet nie wyśniło.
Pirackie kopie kasety "Rotkäppchen" i koncertu w AB FM osiągnęły na giełdzie dzikie ceny. A miesiąc później do drzwi Ace'a zapukał agent z propozycją sesji nagraniowej.

*

Tydzień później wybieraliśmy listy do koncertu życzeń.
- Ja cię kręcę! - zawołała Lexie.
- Co?! - przerwałem lekturę listu.
- Eeee. . . Nic, nic, nie, nic, ja tak sobie. . . No, wiesz. . . - stwierdziła szybko.
- Lacha, no dobra.
Po południu zasiedliśmy do sterów.
- Tak, powiedziała moja siostra, kiedy skończyła się piosenka. To był zespół Falling Sand, dla Billy'ego. Teraz kolej na następny list.
"Piszę do was w trudnej sprawie. Mam na imię Betty i miesiąc temu przeprowadziłam się tu z USA, jeszcze mało kogo znam. Słucham was co dzień i pomyślałam sobie, że moglibyście mi pomóc. Kilka lat temu spotkałam na wakacjach faceta, miał na imię Bart. . . "
Jak ogłupiały wpatrywałem się w zdjęcie na kubku. Lexie czytała dalej.
"Wiem, że mieszka gdzieś w Brisbane, ale przeprowadził się, a ja nie ma jego obecnego adresu. Jeżeli was słucha i może mnie jeszcze pamięta, proszę, niech da znać. Jeżeli możecie, to puśćcie "The Bed In Red ", to wtedy była nasza piosenka. "
- No, Bart - rzuciła Lexie do mikrofonu - Jeżeli pamiętasz taką niezłą, amerykańską laskę, to zgłoś się do nas po jej adres, Betty czeka.
- A to "Bed. . . ", dla was obojga - puściłem płytę i bez słowa wyciągnąłem rękę po list. Zapaliłem, wzbudzając protest Lexie i zamyśliłem się. W pamięci dobrze tkwił jasny uśmiech blondwłosej dziewczyny i jej wiecznie za krótkie spodnie.
- Hej - powiedziałem, kiedy skończyła się piosenka. A teraz coś dla Alison, która. . . - spojrzałem na Lexie. Trzymała w dłoni słuchawkę i pokiwała głową.
- . . . która jest teraz z nami. Hej - rzuciłem do mikrofonu.
- Cześć - rozległ się znajomy głos, dobiegający z połączonego z mikserem aparatu.
- Pewien facet dał nam ten numer, żebyśmy do ciebie zadzwonili. Czy słuchasz teraz AB FM?
- Tak, czy ten facet czegoś chciał?
- Oczywiście. Kazał nam pożegnać cię od niego i puścić ci "Lullaby for the unknown". Czy to coś ci mówi?
- Boże, pewnie. To była nasza piosenka. Zerwaliśmy kilka miesięcy temu, od tej pory go nie widziałam.
- Napisał, że to na pożegnanie. Dla ciebie - uruchomiłem deck, bo nagranie było stare jak świat, jeszcze na kasecie.
"When you want t'play no more toys, that're mechanical,
when you suffer a pain, non - physical,
instead of listening to shit,
stupid fairies phoning from the seveth sea. . . "
Nie było żadnego listu. Po prostu ja chciałem się na zawsze pożegnać z Alison. Szkoda mi było tego półtora roku razem. Wokalista śpiewał refren.
"Fall for me,
fall for me,
fall for me, so franticly.
Like the lighter falls for fire,
like the dry well falls for sea. "
Cholera!
". . . and in that moment you will know,
what are you living for. "
Muzyka się skończyła.
- A teraz, w ostatniej części naszej audycji, krótka historia grupy "Fortune Tellers" - Lexie spojrzała na mnie - Ale najpierw ich ostatni single! - puściła go szybko. Rozpłakałem się jej w ramionach.

*

Siedzieliśmy w studiu. Był początek grudnia. Zaczynał się czwarty miesiąc naszego piractwa fonograficznego.
- W dzisiejszej części programowej czas na kwas, zbadamy mianowicie zjawisko, potocznie nazywane australo - disco, muzyka dla wieśniaków. Najpierw posłuchamy czołowej wykonawczyni tego zajebistego stylu, imieniem Shickssa i jej przeboju pt. "Take what you want".
"Take, what you want,
all that I have,
even the rain,
wind in my hair! " - śpiewała Shickssa.
- To jest koszmarne - Lexie wykrzywiła usta.
- Mamy większy problem, jest coś, czego ci nie powiedziałem. Przyszło drugie wezwanie do stawienia się na komisję radiofonii. Mamy się zarejestrować, albo zaprzestać nadawania.
- Jak to drugie? I ile mamy czasu?
- Dali dwa miesiące. Potem, zgodnie z procedurą, w ciągu miesiąca zawiadomią prokuraturę.
- Czyli, że mamy czas do marca.
- Niestety tak.
- Cholera. Puść następny kawałek.
- Ale poza tym - mówiłem, puszczając Jamesa Forestsa - nie jest tak źle. Napisałem do Betsy. Jak dobrze pójdzie, to za kilka dni zadzwoni.
- Brawo! Jest yo!
- Jest yo!

*

I rzeczywiście, Betty zadzwoniła. Następnego dnia nagraliśmy rano audycję, a ja wsiadłem w samochód.
Znalazłem podany adres i stanąłem pod drzwiami parterowego domku. Chwilę się wahałem, nim zadzwoniłem.
- Boże, obciąłeś włosy, jak mogłeś - to były jej pierwsze słowa.
- Cześć, piękna - rzuciła mi się na szyję.
- Chodź do domu - pociągnęła mnie za rękę - Och, zaraz będzie AB FM. Muszę napisać do nich i podziękować im, że mi cię znaleźli.
- Oni już o tym wiedzą, zresztą, zobaczysz. A teraz opowiadaj, co się z tobą działo przez te lata.
Opowiadała tak bez przerwy kilka godzin. Zjadłem u niej kolację, potem śniadanie. Stara miłość nie rdzewieje, tak się to chyba mówiło?
Drugi raz dla niej oszalałem. Radio to cudowny wynalazek.

*

- Uwaga, uwaga, dziś komunikat specjalny. Nadchodzi Nowy Rok - powiedziała Lexie na zakończenie programu ze dwa tygodnie później.
- Napisał do nas w związku z tym Flapmug z przedmieścia i poprosił, żebyśmy wpadli jako DJ - e na jego imprezę. Sorry, stary, ale nie.
- Jednak, żeby choć częściowo zrealizować jego prośbę, postanowiliśmy, że w sobotę, trzydziestego pierwszego grudnia, zamiast jak zwykle o piątej, będziecie mogli słuchać nas od dziesiątej do trzeciej rano. Dla was AB FM Night Special, czyli pełne pięć godzin muzycznego czadu, na każdą sylwestrową balangę w Brisbane i najbliższej okolicy. Przypominany, Sylwester 2006 od dziesiątej do trzeciej rano.
- Pełen odlot! Przegląd najnowszych i najstarszych hitów, jakie kiedykolwiek pojawiły się w AB FM na przestrzeni ostatnich trzech i pół miesiąca!
- Tylko jedna taka noc, niepowtarzalna i odlotowa. A na dziś już koniec.
- Żegnają was DJ A. . .
- . . . i DJ B. Do usłyszenia jutro o zwykłej porze.
Wyłączyłem wzmacniacz, potem po kolei odłączałem urządzenia. Lexie wyłączyła zasilanie nadajnika.
- Uff, zdajesz sobie sprawę, że to będzie ciężka noc? - spytała.
- Jeszcze jak! Ale zabawa będzie jeszcze lepsza! Zobaczysz!
- Nie wątpię.
Od samego rana w sobotę siedzieliśmy w piwnicy. Wpadł Ace z gitarą i obiecał, że znowu zagra na żywo. Kończyliśmy właśnie rozpisywać trzecią godzinę, kiedy zadzwonił dzwonek u drzwi. Poszedłem na górę, żeby otworzyć.
- Cześć! - w drzwiach stała Betty. Nie spodziewałem się jej, wstyd przyznać.
- Cześć! - nie wiedziałem, czy się ucieszyć.
Siedliśmy na piętrze, w pracowni. Lexie i Ace składali audycję w piwnicy.
- Słuchaj, masz dziś czas w nocy? - spytała.
- Właściwie, to średnio, mam robotę. . .
- Dziś jest nocna audycja AB FM. Moglibyśmy jej posłuchać, tak ja wieki temu słuchaliśmy razem City 107, co ty na to?
- Widzisz. . . - zacząłem, ale mi przerwała.
- Myślisz, że DJ A i DJ B są parą?
- Nie, są rodzeństwem - wyrwało mi się.
- Czemu tak myślisz. . . - Betty urwała, bo w drzwiach stanęła Lexie, ubrana tylko w spodnie i podkoszulek. Skarpet nie miała. Myślałem, że Betty zabije mnie zaraz wzrokiem i wyjdzie, ale zachowała się spokojnie.
- Myślę, tak, bo to jest moja siostra, Lexie - przedstawiłem ją - To jest DJ A.
Betty otworzyła szeroko usta ze zdumienia.
- Chcesz wziąć udział w AB FM Nigh Special? - spytałem - Chodź, skarbie. Pokażę ci studio.
I w taki sposób, o dziewiątej zasiadły do sterów cztery osoby. Czytnik laserowy, CD i serwer zostały zaprogramowane. Stosu płyt i dysków leżały wszędzie gdzie popadło. Program miał być naprawdę odlotowy.
Za pięć dziesiąta zadzwoniłem pod numer, jaki dał w swoim liście Flapmug.
- Halo? - odezwał się głos w słuchawce.
- Flapmug, tu DJ B. Zaraz zaczynamy waszą imprezę. Uwaga!
- Raz, dwa, trzy! Tu wasze ulubione radio AB FM. Mówi do was DJ A. Razem ze mną jest jak zwykle DJ B, który zaraz będzie rozmawiał z Flapmugiem, człowiekiem, któremu zawdzięczacie dzisiejszą audycję. Oprócz tego jest z nami w studiu ponownie Adams z Rotkäppchen, który znów dla nas zagra na żywo stare i nowe kawałki zespołu oraz nasza przyjaciółka, DJ America.
- Hej, hej, hej, tu DJ B! Flapmug, jesteś na linii, czy chcesz powiedzieć coś
naszym wspaniałym słuchaczom?
- Yo, ludzie! Jest impreza, wielka chata, żarcie, panienki, chłopcy i cokolwiek inne chcecie! Kto chce, ten niech nie zwleka, tylko wali do mnie jak w dym! To będzie największa impreza, jaką Brisbane kiedykolwiek przeżyło!
- Jaki jest adres?
- Przedmieście Overdrive, 56 Western Lane. Wielka chałupa z ogrodem, łatwo tam trafić! Bawimy się przy AB FM!
- Do trzeciej. . . - wtrąciłem.
- Do rana! Mam nagrane stare audycje! Jeszcze raz zapraszam wszystkich!
- Dzięki, dzięki! To był Flapmug. DJ A, co mamy na początek w naszym magicznym studiu?
- Ha! Na pierwszy ogień najpopularniejszy ostatnio zespół, czyli Black Tower z ich ostatnim singlem "Enter the Sandwoman"! Lecimy z tym koksem - Lexie uruchomiła czytnik. Eter oszalał. I tak to poszło.
Kiedy o północy ponownie zadzwoniłem do Flapmuga, twierdził, że na imprezie bawi się pół tysiąca osób i wszyscy szaleją.
- No to uważajcie - powiedziałem - bo teraz będzie Adams i przeboje Rotkäppchen! Najpierw "Paradise"!
Ace poprawił gitarę i zaczął grać. Odłożyłem słuchawkę. Parę minut później razem z Ace'm śpiewałem na dwa głosy "My Little Spadel", a dziewczyny robiły chórki w refrenie. Trochę żałowałem, że nie mogę być na imprezie u Flapmuga.
- No, no, no, to było niezłe! - stwierdziła Lexie o trzeciej nad ranem.
- To już z naszej strony wszystko, pora kończyć. Tym, którzy są nadal na imprezie, życzymy dobrej zabawy, resztę słuchaczy serdecznie pozdrawiamy. Na zakończenie "Song for John". Pa. I nie zapomnijcie, że mamy już 2007!
Zdjąłem słuchawki. Reszta zrobiła to samo. Zapaliłem papierosa i dopiłem resztkę szampana z butelki.
- Jak do ciebie przemawia AB FM od tyłu? - spytałem Betty.
- Jesteście po prostu niesamowici.
- Zawsze mówiłem, że ona jest świetna - Ace poklepał Lexie po plecach i pocałował ją. Roześmieliśmy się.

*

Nadszedł w ten sposób styczeń. Poprzestawialiśmy trochę układ audycji, tak, że teraz koncert życzeń był krótszy, za to więcej było przebojów. Nadal przychodziły setki listów. Przyszło też ponaglenie z Komisji Radiofonii.
- No, za miesiąc napiszą do prokuratury - stwierdziłem, rzucając kopertę do kubła na śmiecie.
- Ile kosztuje licencja i rejestracja? - spytała Betty. Siedziała na blacie koło miksera i piła sok pomarańczowy.
- Dużo za dużo. Nie mam już kasy. Poza tym, trzeba płacić podatki, no i wreszcie kiedyś znudzi mi się prowadzenie radia. A zatrudniać pracowników nie będę. Zresztą, to już byłaby komercja, a tego nie lubię.
- I kto to mówi? - zainteresowała się Lexie - A co na to twój agent?
- Wiesz dobrze, że nie sprzedam książki na ulicy.
- Oj, czuję szczura. Coś chrzanisz jak struty - roześmiała się Lexie.
- Dobra, koniec tego gadania. Nagrywajmy, bo czas leci - składaliśmy właśnie audycje na kilkanaście sesji, bo za trzy dni miałem lecieć do Azji jako przewodnik. W moim dawnym biurze wypadł pilot i szef zadzwonił do mnie. Zawsze były to pieniądze, a z tym ostatnio było kiepsko, bo zyski z "Ja, nikt" szły jeszcze na spłatę pożyczki. Na szczęście książka szła jak świeże bułeczki. Trzy tygodnie wcześniej przeskoczyła zyski z "Maszkaronów". Richie rozkręcił wokół tego profesjonalną reklamę. Teraz trzeba mu było dać obiecaną podwyżkę. Należała mu się, bądź co bądź.

*

- Na co ty wydajesz te pieniądze? - spytał Richie, kiedy pojawiłem się u niego w połowie lutego i jak zwykle zgarnąłem kopertę z gotówką.
- Robię sobie łódeczki i puszczam w bidecie - zażartowałem - Wziąłeś sobie podwyżkę?
- Czekałem na ciebie.
- OK. Na ile się oceniasz? 10%? 15%? - spytałem.
- Dziesięć będzie w porządku - odparł. Kiwnąłem głową.
- Wiesz - dodał - Mój dzieciak ciągle słucha radia. . . AB FM, czy jakoś tak. No, powiem ci, że słuchałem ostatnio ich audycji i rzeczywiście, była niezła. Ta para, która prowadzi, ma niezły gust. Minęły wieki, odkąd słyszałem w radiu Cockera czy Claptona, a oni to puszczają.
- Pewnie im się podoba - wyraziłem przypuszczenie - Trzym się, Richie!
Nie było jednak tak dobrze, bo dwa tygodnie później przyszło napomnienie z prokuratury o wszczęciu postępowania. Mieliśmy dwa miesiące na zaprzestanie nadawania i złożenie wyjaśnień. Mieliśmy więc czas do końca kwietnia, tym razem decyzja była nieodwołalna. Stacja pelengacyjna mogła nas wyśledzić na każdej audycji. Mimo to nie zrezygnowaliśmy na razie.

*

Pierwszego maja zasiedliśmy w studiu. Na ten dzień przygotowaliśmy nasze ulubione ballady.
- Cześć, tu DJ B - powiedziałem o siedemnastej.
- Cześć, DJ A. Mamy dla was bardzo złe wiadomości.
- Niestety, radio AB FM zostało zmuszone do odejścia. Prokuratura siedzi nam na karku.
- Jesteśmy zmuszeni zaprzestać nadawania. Chyba na zawsze.
- Dziś, na pożegnanie, posłuchamy trochę spokojniejszej muzyki. Najpierw coś, od czego zaczynaliśmy we wrześniu. Eric Clapton i "Wonderful Tonight" z roku 1977. A dziś pierwszy maja 2007. Czterdzieści lat temu. . .
Uruchomiłem czytnik.
Cała audycja była dosyć smutna, choć staraliśmy się temu zapobiec. Na koniec puściliśmy "We'll meet again" Dead'a Fireman'a.
- I to już wszystko z naszej strony. Strasznie dziękujemy tu wszystkim naszym słuchaczom, naszym przyjaciołom, DJ Americe, Adamsowi i Mattowi, którzy wiele dla nas zrobili.
- Żegna was DJ A.
- I żegna was DJ B - wyłączyłem mikser. Zapadła cisza. Popatrzyliśmy na siebie.
- Głowa do góry, bracie.
- Daj łapkę - wyciągnąłem rękę. Chwyciła moją dłoń i poszliśmy na górę.
- Muszę zdemontować dziś nadajnik. Zadzwonię zaraz do Matta.
Zabrzęczał dzwonek u drzwi wejściowych. Otworzyłem. Stał za nimi wysoki mężczyzna w szarej marynarce. Palił papierosa.
- Bart i Aleksandra Rubber? - spytał.
- Tak. Co pan tu. . . - zacząłem.
- DJ A i DJ B? - przerwał mi.
- To jest teren prywatny, nie ma pan prawa. . .
- Przykro mi, ale mam nakaz od sędziego. - wyciągnął dokument. Przy furtce stało kilku mundurowych.
- To będzie jazda bez trzymanki - zakpił i zgasił papierosa o obcas.

*

Dwa tygodnie później oplombowali nam studio. Był mroźny, ciemny poranek siedemnastego maja 2007, kiedy urzędnik założył na drzwi od piwnicy stalowy łańcuch. Zamknął go na wielką kłódkę, a następnie przymocował ołowiane plomby, na których wycisnął pieczęcie. Całe studio zostało zarekwirowane na mocy nakazu prokuratury. Koniec, over.
Trzy dni później zapadł wyrok.
- Za piracką działalność fonograficzną w okresie od drugiego września do pierwszego maja 2007, czyli za dziesięć miesięcy nadawania programu radiowego bez licencji, a także za dokonane z premedytacją uchylanie się od prawnej powinności, niniejszym skazuje się oskarżonych Aleksandrę Rubber i Barta Rubbera na karę sześciu miesięcy pozbawienia wolności z zawieszeniem na dwa lata i na karę grzywny na ogólną sumę stu tysięcy dolarów australijskich. Apelacja może być złożona w terminie do trzydziestego czerwca bieżącego roku. Czy oskarżeni mają coś do dodania?
- Tak - wstałem - Możecie się założyć o swoje sznurowadła, że napiszę o tym książkę! - wycelowałem palcem w sędziego.
- Rozprawa zakończona! - walnął młotkiem w podkładkę.

*

Siódmego lipca 2007 odbyła się rozprawa apelacyjna. Adwokat, którego wynajął Richie, dał z siebie wszystko. Był niesamowity. Udało mu się obniżyć karę do trzech miesięcy w zawieszeniu i dwudziestu tysięcy grzywny. To było już OK.
Dwa dni później udałem się do prokuratury, żeby zapłacić. Dokonałem wpłaty i czekałem na korytarzu na potwierdzenie.
- Panie Rubber! Dzień dobry! - usłyszałem. Uniosłem głowę.
- Ach, witam! - ucieszyłem się. To był mój adwokat. Miał wpaść po południu po zapłatę.
- Jeszcze raz dziękuję - uścisnąłem mu dłoń.
- Nie ma sprawy! Tylko. . . Mam taką prośbę - zaczął nieśmiało.
- Tak?
- Widzi pan, mój syn, on was ciągle słuchał. Czy nie ma pan gdzieś nagrań z waszych audycji? - spytał.
- Pewnie. Jak pan dziś zajrzy do Richiego, to panu podrzucę.
- Dziękuję - jeszcze raz uścisnęliśmy sobie dłonie.

*

Zadzwonił telefon.
- Hej, jak się masz braciszku? - usłyszałem głos Lexie.
- Cześć, skarbie. Właśnie sprzątam - odparłem niemrawo.
- Wiesz, mam coś, co poprawi ci humor! Znalazłam ostatnio taki świetny film. . .
- O Boże ! ! !
- Mimo to wpadnę do ciebie! - stwierdziła.

****************************************************************************