Singing Hearts - Sweet Memories


****************************************************************************

Singing Hearts - Sweet Memories ver. 3.0
data : grudzień 2003
miejsce : Konstancin - Jeziorna
copyright © Godai Yusaku

W swoim życiu napisałem ten tekst trzy razy, wliczając tę wersję. Pierwsza, pisana na maszynie, zaginęła w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach. Druga poległa razem z talerzem mojego twardego dysku, gdy w paroksyźmie elektronicznego bólu przestał się kręcić.
Z jakichś powodów chciałem, żeby jednak ten tekst ujrzał światło dzienne, więc spróbowałem ponownie. W tej wersji pozbyłem się prawie całego występującego w poprzednich podejściach slangu komputerowego - był zbyt niezrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Skupiłem się na trochę innych aspektach całej sprawy, niż kilka lat temu - ale nadal mam nadzieję, że to da się czytać ;).

***************************************************************************

Powietrze w pomieszczeniu drgało w ciągłym ruchu, mielone obracającymi się wentylatorami licznych komputerów i wielkiego systemu klimatyzacyjnego zamocowanego na suficie. Klimatyzator dbał, aby temperatura nie podniosła się powyżej 16°C. Taką uznałem za optymalną dla zgromadzonego w pokoju sprzętu elektronicznego.
Nie było tego mało. W sumie kilkadziesiąt maszyn zamocowanych na stalowych regałach wzdłuż ścian cicho szumiało wentylatorami, terkotały dyski, trzaskały przełączniki, migotały diody na panelach frontowych i na kartach sieciowych. Węże kabli oplatały cały ten sprzęt setkami i tysiącami splotów mieniących się różnymi kolorami.
Wszędzie na sprzęcie i na małym pulpicie, przy którym siedziałem, piętrzyły się stosy płyt, dyskietek, przenośnych kieszeni z twardymi dyskami; obok walało się kilka śrubokrętów, małe kombinerki i parę opróżnionych puszek po różnego rodzaju napojach energetycznych i piwie.
Z na wpół opuszczonymi powiekami drzemałem rozwalony w fotelu. Na przysłoniętych powiekami tęczówkach odbijał się migotliwie ciekłokrystaliczny panel, wyświetlający linuxową linię komend, mrugającą żółtym znakiem zachęty. Głowa opadła mi na pierś. Rozbudzony, poderwałem ją do góry i przetarłem zaspane oczy. Rozejrzałem się wokoło. W serwerowni zalegał mrok, wszystkie ekrany kontrolnych były wygaszone, migotały tylko mdło diody na panelach. Jedyny działający wyświetlacz stał przede mną. W jego czarnej, błyszczącej powierzchni dostrzegłem swoje odbicie.
Ciemne, zacienione oczy, podkrążone tak, że wyglądały jak konkretnie podbite. Kilkudniowy zarost zaczerniający policzki i podbródek. Zmierzwione włosy opadające na czoło. Popatrzyłem po sobie - sprane do granic niemożliwości czarne, wojskowe spodnie, wysokie, sznurowane buty na grubych podeszwach i czarny T-shirt.
Wyglądałem nienajlepiej, a bezpośrednią tego przyczyną było ostanie 17 godzin spędzone na grzebaniu we wnętrznościach stojących za moimi plecami serwerów. Kiedy jest się naczelnym szamanem w wielkiej firmie telekomunikacyjnej, to niestety czasem trzeba wyrabiać nadgodziny. Nie żeby mi to przeszkadzało - uwielbiałem tę pracę. Od zawsze technologia informatyczna była moim hobby i gdy dostałem się do Firmy, to było jak objawienie. W mgnieniu oka awansowałem z samotnego hackera-amatora na specjalistę od systemów.
Musiałem nauczyć się bardzo dużo, nim stałem się naprawdę dobry. Na szczęście udało się i teraz nie bałem się już o swoją robotę. To było jak amerykański film - noce spędzałem pochylony nad wyświetlaczami, gapiłem się w migocące matryce śledząc wykresy ruchu w sieci, obserwując przesyły danych we wszystkich kierunkach, grzebałem w tysiącach katalogów, zagłębiałem się w cudze komputery, odległe nieraz o tysiące kilometrów a przez cały ten czas do mojego mózgu napływały terabajty informacji wszelkiego typu.
Moi pracodawcy nie musieli wiedzieć o wszystkim, co robiłem na ich sprzęcie, ani o wszystkich miejscach w globalnej sieci informacyjnej, które odwiedzałem, jednak póki wszystko działało, tak jak należy, nikt mi się nie wtrącał i nie interesował tym, co robiłem po lub w trakcie godzin pracy.
Minęło parę lat, w czasie których urosłem w siłę zarówno w Firmie i poza nią, znany jako jeden z najlepszych specjalistów w branży, jak i w Sieci, gdzie mój nick budził szacunek. Coraz mniej było ludzi, którzy mogli wyjść zwycięsko ze starcia ze mną, który potrafili łamać moje zabezpieczenia, omijać moje sniffery i wymykać się mojej wiedzy. Byli tacy, ale szanowaliśmy się nawzajem i nie wchodziliśmy sobie niepotrzebnie w drogę. Ja nie szukałem ich, oni nie szukali mnie. Może każdy z nas, ochrzczonych kiedyś przez jakiegoś dziennikarzynę Lordami Sieci, po cichu przeżywał tę samą paranoję; może po prostu baliśmy się, że ktoś nas może pokonać. Znałem trzech innych ludzi podobnych do mnie - dwóch w Azji i jednego w Ameryce Północnej. Wszyscy dobiegaliśmy powoli trzydziestki i żyliśmy w skrzętnie skrywanym strachu, że jakiś cwany nastolatek okaże się lepszy od nas.
Dzieciaki dorastały teraz inaczej. Dla nich nieprzerwany strumień informacji napływający ze wszech stron i atakujący ich zmysły był środowiskiem naturalnym. My, mamuty techniki informacyjnej pamiętaliśmy czasy gdy nazwisko Bill Gates nie było znane kompletnie nikomu. Może to właśnie była nasza siła. Nasza wiedza oparta była na wnętrzu, na konceptach rządzących tym dziwacznym światem alternatywnej rzeczywistości. Wśród oceanu swobodnie przypływających bajtów ryliśmy odwierty w jego dnie, zamiast surfować po przybrzeżnych falach, jakby nie były wielkie.
Ponownie przetarłem oczy, próbując odzyskać ostrość widzenia. Lewą ręką wymacałem w kieszeni na udzie zgniecionego batona. Wyciągnąłem go i rozpakowałem. Skondensowana dawka glukozy i chemicznych konserwantów wprawiła mnie w błogie zadowolenie. Popiłem resztką coli z jednej z puszek i właśnie miałem wstać, kiedy rozległ się pisk głośnika systemowego i na moim monitorze wypłynął obraz. Obraz najstraszniejszy ze strasznych.
Ktoś złamał moje zapory ogniowe na wejściach do wewnętrznej sieci. Niczym zahipnotyzowany śledziłem czerwoną linię punktów, pokazujących w których miejscach i na których maszynach padły zabezpieczenia. Palce odruchowo tańcowały po klawiaturze, uwalniając programy i uruchamiając procesy w jądrach kolejnych systemów, w desperackiej próbie powstrzymania intruza. Nie zdało się to na nic. Mimo odcięcia zasilania w komputerach, przez które włamywacz przeszedł, jego połączenie było nadal aktywne. W rogu ekranu rozwinęło się okno tracera, które powinno było pokazać źródło sygnału. Rzuciłem na nie okiem, odrywając się na moment od głównego okna. Pajęczyna błękitnych linii przedstawiających drogę przesyłanego sygnału gmatwała się coraz bardziej, pokrywając miniaturową mapę świata gęstą siatką. Wyglądało na to, że sygnał nadchodzi z kilkunastu, kilkudziesięciu miejsc jednocześnie. Na pozór zwyczajny atak typu distributed denial of service. Niby nic specjalnego, ale z tym nie mogłem sobie poradzić.
Na wszystkich maszynach, przez które intruz przeszedł do tej pory miałem już wyłączone interface’y sieciowe i po kolei odcinałem zasilanie. To powinno zerwać sygnał. Powinno, ale jakimś cudem nie zadziałało. Rzuciłem okiem na ekran - i zrozumiałem, dokąd zmierza sygnał. Nie zdążyłem nawet zakląć, gdy za moimi plecami rozległa się seria pisków - przeszedł przez wszystkie serwery. Na monitorze aktywności wykres użycia mocy procesora gwałtownie podskoczył i na środku mojego wyświetlacza rozwinęło się kolejne okno. Wszystkie inne w tym czasie zaczęły się jednocześnie zwijać i zamykać - wyświetlane na nic procesy były kolejno zamykane.
Okno zajęło cały ekran i wpłynęły na nie litery.

Raz, dwa, trzy - szukasz ty

Ledwo zdążyłem odczytać wiadomość, okno zwinęło się i na mój ekran powróciła linia komend.

Shutdown -h now

Ekran zamigotał i z cichym trzaskiem przełącznika zgasł. Ktoś wyłączył moją konsolę. W panice, że w sieciach korporacji dzieje się teraz nie wiadomo co, uruchomiłem komputer ponownie. Zalogowałem się do głównego komputera i przerażony zacząłem szukać intruza. Nie było nikogo.
Przez kolejne pięć godzin przeszukiwałem po kolei wszystkie komputery, przez które przeszedł sygnał. Ani śladu. Wszelkie logi w zaatakowanych systemach zostały skasowane. Poza tym, nie zmieniło się nic. Nic nie zginęło, nic nie zostało zmienione, nie przybył ani jeden proces, sugerujący, że gdzieś operuje robak czy trojan. Kompletnie żadnego śladu. Gdyby nie wyczyszczone logi, puste jak mój umysł, byłbym gotów uwierzyć, że to był sen lub majaki mojego przeciążonego umysłu. Całe zajście trwało może około minuty, a może nawet nie.
Ktoś pojawił się z zewnątrz i zniknął, przekazując mi wiadomość. Wiadomość, która była najwyraźniej wyzwaniem.
"Szukasz ty". Tylko gdzie? Próbowałem odtworzyć z pamięci siatkę połączeń, jaką wyświetlił tracer, ale to było beznadziejne. Sygnał wydawał się nadchodzić zewsząd, także z moich własnych maszyn. Nad grzebaniem w systemach upłynął mi kolejny dzień. Gdy wreszcie oderwałem dłonie od klawiatury, biura w budynku były już dawno opustoszałe - wszyscy wyszli, zostałem ja i ochrona. Nie było to dla mnie nic nowego. Spojrzałem na zegar w rogu ekranu - nie było jeszcze zbyt późno, aby zamówić pizzę. Zadzwoniłem najpierw do pizzerii a potem na dół, do ochrony, aby uprzedzić ich o dostawie. Zapaliłem kolejnego z rzędu papierosa i znów zagłębiłem się w Sieć, aby wyśledzić tego, kto na mnie napadł.
Może słowo "napadł" nie było najwłaściwsze - nie znalazłem żadnych zniszczeń, żadnej szkodliwej działalności, nic, co wskazywałoby na bandycki charakter tego wtargnięcia w moje systemy. Najwyraźniej to jakiś inny hacker postanowił spróbować swoich sił i dać mi odczuć, że jest lepszy. Wiadomość była zaproszeniem do poszukiwań i zdecydowałem, że nie spocznę, póki nie znajdę jej nadawcy.
Minął tydzień, a ja nadal siedziałem w tym samym miejscu. Przez te kilka dni wychodziłem tylko do łazienki i po pizzę do holu. Nikt z kierownictwa nie wnikał w moje poczynania, tak długo, jak długo sieci w Firmie działały. Gdyby któraś z nich padła, mieliby gigantyczny problem - ale od tego byłem ja, więc zostawiali mi wolną rękę.
Kolejne dni i noce nie przybliżyły mnie ani na krok do rozwiązania zagadki. Odsunąłem klawisze i bujnąłem się do tyłu na fotelu, prostując ręce, zesztywniałe w łokciach. Bolały mnie plecy i ramiona; oczy, mimo antyrefleksowych okularów zachowywały się, jakby miały zaraz wypaść. Odchyliłem się i wpuściłem sobie krople. Kiedy tak moja głowa zwisała za oparciem fotela zobaczyłem coś, co mnie zaskoczyło, a w następnej kolejności przyprawiło o gwałtowne bicie serca.
Wszystkie kamery w budynku były skomputeryzowane, podłączone do głównego systemu bezpieczeństwa. W serwerowni były takie dwie, z czego działała tylko jedna. Tę, która obejmowała moje stanowisko odłączyłem osobiście dawno. Nie miała prawa działać ani drgnąć, tymczasem moje załzawione oczy zarejestrowały specyficzny ruch - kamera ustawiała ostrość, soczewki zamigotały, przesuwając się wzdłuż ogniskowej. To nie miało prawa się zdarzyć.
Podniosłem głowę i przysunąłem klawiaturę. Uruchomiłem terminal i wlogowałem się na serwer obsługujący sieć bezpieczeństwa. Wywołałem panel sterowania kamerami i zacząłem przeglądać połączenia. Znalazłem “moją” kamerę - figurowała jako odłączona od sieci i nieaktywna. Nie miała podglądu obrazu. Wyglądało na to, że nawet nie miała podpiętego zasilania.
W tym momencie w obrazie odbitym w krystalicznej powierzchni ekranu dostrzegłem ruch. Przez ułamek sekundy na soczewkach kamery zamigotało odbite światło lampy, stojącej na moim pulpicie. Soczewki kamery znów się poruszyły.
Zerwałem się, wywracając fotel i rzuciłem w stronę kamery. Z kieszeni na udzie wyłowiłem śrubokręt i odkręciłem podstawę urządzenia od ściany. Wewnątrz przepierzenia biegły kable, tak, jak je zostawiłem. Odkręciłem wysięgnik i zajrzałem do środka - tam kable powinny być przecięte. Tymczasem te które zobaczyłem, owszem, były kiedyś przecięte. Potem ktoś je załatał. Były zgrabnie skręcone i oklejone taśmą izolacyjną. Pod moją nieobecność ktoś buszował po serwerowni. Myślałem, że trafi mnie nagły szlag.
Kombinerkami rozciąłem kable i wyszarpnąłem je z kamery. W środku coś ohydnie zachrobotało, tak, jakbym wyrwał kawałek elektroniki. Zadowolony, przykręciłem kamerę z powrotem na miejsce. Ktokolwiek dokonał tej naprawy, teraz już nie będzie miał pożytku z kamery.
Zadowolony, chociaż podminowany, usiadłem z powrotem w fotelu. Jednak to właśnie wtedy zaczęła się moja paranoja. Umysł, wyczerpany wieloma dnia bez snu, skołowany migotaniem ekranów i dziwaczną mieszanką atakujących zewsząd informacji popadał w lekki amok. Gdzieś w głębi zamroczonego jestestwa pojawiła się paranoidalna myśl, że ktoś mnie śledzi. I wcale się nie myliłem.
Tego dnia wróciłem do swojego mieszkania. Po dziesięciu dniach mojej nieobecności panował tam zaduch. Cieniutka warstwa kurzu zdążyła pokryć wszystko szarawym nalotem. Kiedyś miałem w tym mieszkaniu rybki, ale oddałem je nastoletniej córce sąsiadów. Przy mnie nie przeżyłyby zbyt długo. Lodówka była wypełniona mnóstwem spożywczych resztek, zawiniętych w różne odmiany szeleszczących papierków i folii. Spora część z tych resztek przeżywała właśnie swój renesans, tętniąc życiem, jakiego nie powstydziłaby się żadna szkolna hodowla pędzlaka czy kropidlaka.
Zatrzasnąłem drzwiczki i wystukałem numer do pizzerii. Znałem go na pamięć, tak jak adresy IP komputerów w mojej sieci, jak deskryptor dysku czy bramy w sieci. Pół godziny później, gdy dostawca zadzwonił do drzwi, siedziałem przed ekranem i sączyłem piwo. Postawiłem pudełko z pizzą na pokrywie od skanera i wróciłem do ekranu. Miałem stąd bezpośrednie, szyfrowane łącze do mojej konsoli w Firmie i nadal grzebałem w zabezpieczeniach swoich sieci. Tamten włam sprzed tygodnia nie dawał mi spokoju.
Sam nie wiem kiedy, usnąłem w końcu z czołem opartym na klawiaturze. Zmęczone ciało poddało się.
Obudził mnie dźwięk dzwonka. Wymacałem obok siebie aparat i przyłożyłem go do ucha. Po chwili zreflektowałem się, że dobrze by było zrobić to odpowiednią stroną. Przekręciłem telefon, przy okazji wduszając przycisk.

- No? - wydusiłem z siebie.
- Dzień dobry, Janicka z windykacji z tej strony. Czy mógłby pan przyjechać jak najszybciej? Mamy tu pewien drobny problem z terminalami...
- Jak drobny, to się wloguję stąd i naprawię to zdalnie.
- No ja właśnie nie wiem, bo wie pan, one wcale nie reagują. Żaden nie działa...
- No żesz, to wy to nazywacie drobnym problemem? - warknąłem, wyciągając z paczki wymiętego papierosa i przypalając go - Będę u was za pół godziny - przerwałem połączenie i cisnąłem aparat na tapczan, gdzie wylądował miękko na stercie brudnych ciuchów. Nie byłem w mieszkaniu od dawna, ostatnio coraz częściej nocowałem w Firmie, na materacu w serwerowni. Zacząłem się zastanawiać, czy w tej sytuacji nie zrezygnować z tej nory. Oszczędziłbym sporo kasy na wynajmie...
Naciągnąłem buty, zarzuciłem na siebie wiatrówkę i wyszedłem, zamykając drzwi na klucz. Na stacji metra kupiłem sobie kawę w piankowym kubku z pokrywką i skoczyłem do wagonu. Drzwi zatrzasnęły się za mną, a ja w nagłym zdziwieniu przykleiłem twarz do szyby. Byłem gotów przysiąc, że kiedy przebiegałem peron, kamera bezpieczeństwa zatoczyła łuk, śledząc moje kroki. Pociąg ruszył i wjechaliśmy w czarny tunel. Potrząsnąłem gwałtownie głową, żeby pozbyć się resztek snu. Upiłem odrobinę kawy - była cholernie gorąca. To niemożliwe, powiedziałem sobie, kamery bezpieczeństwa są zamocowane na sztywno, nie mogła obrócić się na statywie. W dodatku w ślad za mną... Bez sensu, zaczynała mi się paranoja. To wszystko przez te nieprzespane noce.
Wybiegłem z metra po schodach i po kilku minutach byłem w Firmie. Pojechałem od razu na piętro, gdzie był dział windykacji. Wszedłem do biura.
Meksyk. Open space, poprzegradzany półtorametrowymi przepierzeniami ze sklejki, dziesiątki ludzi upakowanych na niewielkiej przestrzeni jak dane w zzipowanym pliku.

- Admin is here! - wrzasnąłem. Z najbliższych boksów powstawali ludzie, przyglądając mi się jak idiocie. Pewnie mieli mnie za takiego. Długowłosy świr w dżinsach, kowbojskich butach albo podkutych glanach i wojskowej bluzie, mówiący niezrozumiałym komputerowym żargonem. Nie można z nim pogadać ani o polityce, ani o pogodzie... Grzebie tylko w tym złomie, a do ludzi gęby nie otworzy. Nie żeby mnie obchodziło, co o mnie myśleli.
- No to gdzie macie tę awarię, ludziki moje drogie? - zapytałem pierwszego z brzegu, wystawiającego głowę ponad krawędzią sklejki, wyznaczającej jego terytorium.
- Mój na przykład nie działa... - wystękał, patrząc na mnie, zdaje się, z odrazą. Popatrzyłem na niego z takim samym zainteresowaniem, jakie okazuję patrząc na proces defragmentacji dysku.
- Skocz stary, popisz sobie trochę bloga - machnąłem ręką w kierunku drzwi i praktycznie wystawiłem go z jego boksu. Zasiadłem przed terminalem, ustawiłem wysokość krzesełka i zabębniłem palcami po klawiaturze. Maszyna nie zareagowała. Westchnąłem ciężko i wyciągnąłem paczkę z papierosami. Wytrząsnąłem na biurko ostatniego.

- E... Ja przepraszam, ale my tu nie palimy - usłyszałem kobiecy głos za plecami.
- Ja tego wcale od was nie oczekuję - odwarknąłem, nie odwracając się - Za to ja palę. Tutaj i w tej chwili. I niech ktoś przyniesie mi, proszę, popielniczkę.
Może to właśnie przez takie zagrywki ludzie mnie nie lubili? Któż to może wiedzieć. Nie miałem czasu się nad tym zastanowić, bo na zastygłym do tej pory ekranie zamigotała ikona przychodzącej wiadomości. Sięgnąłem po mysz. Wskaźnik zareagował. Kliknięciem otworzyłem wiadomość i o mało nie spadłem z krzesła.

Wstydź się! Potraktowałeś ją bardzo niegrzecznie!

Nic ponadto. Żadnego podpisu, co ciekawe, pole nadawcy było puste. Tam, gdzie zawsze znajdował się adres, choćby najbardziej bzdurny auto-mailer, tym razem było pusto. Anonimowy email? Czyżby jednak coś takiego istniało? Uniosłem się lekko na krześle i wyjrzałem nad krawędzią przepierzenia. Rozejrzałem się wokół. Wszystko wyglądało normalnie. Pod warunkiem oczywiście, że stado ludzi spędzone do open-space i zamknięte w pudłach ze sklejki uznamy za normalne. Poza tym jednak, nic nie odbiegało od standardów. Zadrżałem z niewiadomych przyczyn.
Przebiegłem palcami po klawiaturze - terminal zareagował. Wstałem i ryknąłem na całe gardło.

- Sprawdzać terminale, wszyscy! I co, działa?!
Ze wszystkich stron posypały się twierdzące odpowiedzi. Najwyraźniej system ruszył. Starałem się nie dać tego po sobie poznać, ale byłem spanikowany. Stało się coś, czego najbardziej się bałem. Dopadł mnie ktoś lepszy ode mnie i teraz bawił się ze mną w kotka i myszkę. I był bezlitosny.
Powoli wyszedłem z windykacji, nie odzywając się już ani słowem. Nie było potrzeby - zrobiłem robotę. Zamknąłem za sobą drzwi, rozejrzałem się po korytarzu i wielkimi susami dopadłem schodów przeciwpożarowych.
To była przesada. Zostałem napadnięty na własnym terenie.
Mogłem podejrzewać teraz kogoś z pracowników, więcej, mogłem liczbę podejrzanych ograniczyć do jakichś 200 osób, które znajdowały się w fatalnej chwili razem ze mną. Bo przecież najwyraźniej napastnik musiał widzieć całe zajście z papierosem.
Wbiegałem po schodach, pogrążony w myślach, kiedy nagle kątem oka uchwyciłem widok, który zmroził mi krew w żyłach. Pod sufitem sterczała jedna z setek wszechobecnych kamer bezpieczeństwa.
Najwyraźniej napastnik musiał mnie widzieć.

Seria błyskafilmów przeleciała mi przed oczami. Notatka na moim pulpicie, kamera, w której ktoś naprawił przecięte przewody, druga kamera, śledząca mnie na stacji metra. Incydent w windykacji, który był kompletnie niepojęty.
Wpadłem do serwerowni i zatrzasnąłem drzwi, a potem przekręciłem rygiel. Cały dygotałem. Cholerna sprawa. Usiadłem przy komputerze, drżącymi palcami wklinowałem sobie papierosa między wargi i przypaliłem go. Potem uruchomiłem program komunikacyjny.
Minęło kilka sekund nim program dostał sygnał zwrotny. Komputer po drugiej stronie linii odrzucił żądanie połączenia. Westchnąłem, puszczając chmurę dymu i wpisałem kilka dodatkowych komend w linii poleceń programu. Tym razem nie zapytałem się, czy chce ze mną rozmawiać, tylko przełamałem jego zaporę i zablokowałem mu w systemie wszystkie procesy, prócz tych potrzebnych mojemu programowi.

To jest kurwa gruba bezczelność! - wypłynęła mi wiadomość na ekranie.
Nie pieprz, Andrew! To ja, Zero - wystukałem.
Byle gówniarz może teraz mieć ksywkę Zero
Ale byle gówniarz nie kładzie twojego firewalla w parę sekund. I byle gówniarz nie był razem z tobą w Tokio.
Zero, wiesz, po trzech latach mógłbyś zadzwonić, albo przynajmniej jakiś emil, albo zaIMowałbyś, a nie włamy mi tu uskuteczniasz...
Nie pieprz, mam duży problem...

Czas płynął powoli a nasze wiadomości przepływały gładko przez satelitę, łącząc nas, mimo iż w rzeczywistości oddzielało nas ponad trzy tysiące kilometrów. Ze szczegółami opisywałem mu wszystkie moje ostatnie przypadki. Z początku wyraził opinię, że wpadłem w paranoję. Potem stopniowo zmienił zdanie. Przez kilka godzin z przerwami prowadziliśmy dziwaczną konwersację na tym szyfrowanym kanale komunikacyjnym. Nie doszliśmy do żadnych wniosków. Nie żebym spodziewał się rozwiązania, ale zawsze mi to pomogło. Delirka mi gdzieś odeszła.

Dobra, Zero, wybacz, ale ja tu spylam do chaty. Wiesz która u mnie jest godzina?
Wybacz, zagapiłem się... To cztery czy pięć stref czasowych? Sprawdź to, co ci mówiłem, dobrze? Dostałeś opis z tracera?
Dostałem wszystko, jutro to zrobię, z samego rana. Z mojego rana. No, to na razie. I następnym razem uprzedź mnie, bo miałem tu niezły problem po twoim wtargnięciu. Nara!
Do zoba!
- kliknięciem przerwałem linię i opadłem na fotel. Na ekranie migotała ikona wiadomości. Wywołałem okno. No tak... Swoim szyfrowanym połączeniem zablokowałem luzerom ich śmieszne komunikatorki. Kiedy skończy się awaria?
Dziwne, u mnie działa - odpisałem i puściłem wiadomość w sieć. Nie czułem dla nich szacunku. Wyszedłem na korytarz, żeby wywalić przesypującą się popielniczkę do kubła na śmiecie. Za oknami zrobiło się ciemno. No tak, nadchodziła zima. Dni stawały się krótkie, noce długie... Nie zauważałem tego, w serwerowni nie było okien. Porę dnia znałem z internetowych serwisów informacyjnych. Pogodę z małego programu, wyświetlającego mi odpowiednią ikonę na pulpicie. Całe moje życie to były elektroniczne odpowiedniki prawdziwego świata. Nierealne fantomy, awatary rzeczywistych zdarzeń, cyfrowe reprezentacje fizycznie istniejących obiektów. Duchy, ciche i puste, skrzące się w otchłani globalnej sieci teleinformacyjnej. Niczym martwe ciała astralne w próżni.
Takie myśli zapisałem w swoim dzienniku. Nie były pierwszymi tego typu, od kilku miesięcy nawiedzało mnie odczucie pustki i braku sensu w życiu. Notowałem te przemyślenia. Żeby nikt nie mógł się do nich dobrać, zapisywałem je na wymiennym dysku, szyfrując wcześniej osobiście zaprojektowanym algorytmem. Sądziłem, że są bezpieczne. Myliłem się.
Uniosłem głowę, słysząc kilkanaście następujących po sobie pisków. Znałem ten dźwięk - bipery komputerów odzywały się kolejno w ten sam sposób, kiedy nastąpiło pierwsze włamanie. Nie zdążyłem nawet zareagować, kiedy na ekran wypłynęło okno komunikatu.

Wypełnij czymś swoją pustkę. Zanim będzie zbyt późno

Komunikat zamigotał i zgasł, okno zwinęło się i znikło.
Zastygłem na moment, potem uruchomiłem wszystkie swoje aplikacje śledzące, tropiące, goniące i zabijające. Chciałem dorwać intruza.
Ślad był bardzo wyraźny. Tak wyraźny, że ktoś musiał go zostawić celowo. Cienka nić pakietów ciągnęła się z mojego komputera przez światłowód, łączem na satelitę, potem z powrotem na ziemię. Sygnał przemykał elektrycznymi impulsami przez routery Tokio, Sydney, Los Angeles, biegł przez Dolinę Krzemową i przez południową Afrykę. Stamtąd wracał do Europy... Pogrzebałem dalej. To było bez sensu. Sygnał kończył się na lokalnym serwerze czata.
Co to do cholery było, bot? Pogrzebałem i znalazłem. Zasrany eggdrop obsługujący jakiś durny kanał dla flirtujących nastolatków. Dobra, skoro już tam byłem, mogłem zajrzeć.

Użytkownik: Jasny Grom
Poczekaj na załadowanie skórki...
Gotowe!
[OK]


Bezsensowny kanał pogawędek, zapchany wydzierającymi się bez sensu gnojkami. Po to tam wchodziłem. Znalazłem bota, sterującego kanałem i zablokowałem go, wchodząc na jego miejsce. Potem zacząłem się zabawiać, po kolei wykopując i banując użytkowników. Doszedłem do połowy listy, kiedy coś przykuło moją uwagę. Czyjaś ksywka.
Pustynny Żar. No proszę, ktoś czytał te same lektury. Jaki miło. Wydałem komendę.
Ku mojemu zaskoczeniu Pustynny Żar nie wyleciał z kanału. Za to moje okno zamknęło się.

Zostałeś wyproszony z kanału przez użytkownika Pustynny Żar

Nie zdążyłem przyjąć tego faktu do wiadomości, kiedy wyskoczył kolejny komunikat.

Użytkownik Pustynny Żar chce rozmawiać prywatnie.
[Tak] [Nie] [Pomoc]


Gapiłem się osłupiały na ekran. Dziesięć sekund później wypłynął kolejny komunikat.

Klikniesz to cholerne [OK] czy nie?!

Zbity z tropu najechałem kursorem na odpowiedni przycisk. Na liście użytkowników, w nowo otwartym oknie były tylko dwie ksywki. Jasny Grom i Pustynny Żar.

Niom? - padło pytanie.
Gratuluje, dopadłeś mnie. Możesz uważać się za zwycięzcę.
Rozczarowałam się, Zero. Łatwo się poddałeś.
Jesteś dziewczyną?
To dyshonor dla hackera? Pokonała cię kobieta, jak spojrzysz w oczy kumplom...
To nie to. Nie jesteś jednym z Lordów. Znałbym cię. Znałbym twoje metody, znalazłbym cię.
LOL. Może to zabrzmi nieskromnie, ale jeśli ty jesteś Lordem, to ja jestem Królem.
W świetle tego, jak rozjechałaś mój system, gotów jestem oddać hołd.
ROTFL. Jesteś słodki, Zero.


Gadaliśmy kilka godzin. Miała na imię Dana, i była hackerem, jak ja. Nigdy wcześniej nasze szlaki się nie przecięły, co było tym bardziej zadziwiające, bo ona znała mnie doskonale. Wyglądało na to, że wie wszystko o wszystkich. No, ale ktoś, kto łamie bez trudu wszelkie zapory ogniowe i czytuje cudze prywatne pamiętniki musi być dobrze poinformowany. Ona sama lubiła otaczać się tajemnicami.

Skąd jesteś?
Z Sieci.
Nie zalewaj. Każdy ma gdzieś jakieś ciało. Gdzie spoczywa teraz twoje?
A gdzie byś chciał? Pewnie na materacu w twojej serwerowni? ;)
Czuję się nieswojo, wiedząc, że wiesz o mnie takie rzeczy.
Lubię wiedzieć dużo. Powiedziałabym, że informacja, to podstawa mojego istnienia.


Nie zwróciłem wtedy uwagi na tę deklarację, przypomniałem sobie jej słowa dopiero dużo, dużo później. Jak ważne rzeczy wydają się nam czasem nieistotnymi szczególikami...
Obiecała, że już nie będzie blokować moich terminali i że pojawi się wkrótce. Wkrótce, czyli kiedy. Na to nie odpowiedziała. Zniknęła nagle, bez pożegnania, równie gwałtownie jak się pojawiła. Wypuściłem za nią sniffera, ale wyglądało na to, że rozwiała się. Żaden ślad, żaden pakiet, pojedynczy bit, wszystkie logi, które mogły zanotować jej obecność zostały wymazane. Dziwaczne. Włosy jeżyły mi się na głowie. Ta dziewczyna była niezwykle potężna. Przed jej umiejętnościami należało pochylić głowę z szacunkiem.
Tego dnia nie wróciłem do domu. Nie chciało mi się. Na swoim dmuchanym materacu spałem jak dziecko. Nie wiedziałem, że nad moim snem czuwa kamera bezpieczeństwa, pilnie rejestrująca każdy mój oddech i nieświadomy, uśpiony ruch.
Następnego dnia w południe ktoś zaIMował do mnie. Otworzyłem okno przychodzącej wiadomości.

Tęskniłeś? Tylko nie kłam!

Uśmiechnąłem się do siebie.

Trochę... Może trochę bardziej. Ale nie za bardzo.
Zły odpowiedź. :P Ja tęskniłam ogromnie i nie do wytrzymania.

Była słodka. Była świetna. Tak zaczął się nasz romans.
Spotykaliśmy się na serwerach informacyjnych, umawialiśmy na randki na kanałach czatowych, zamiast SMS-ów IMowaliśmy sobie animowane GIF-y. Wymienialiśmy uwagi na przypadkowych forach dyskusyjnych, bawiliśmy w chowanego na zapomnianych przez czas BBSach, rysowaliśmy laurki w Sieci, spacerowaliśmy pod rękę po serwerach i zakradaliśmy się cichaczem do strzeżonych ośrodków, wędrując ramię w ramię po tajnych zasobach rządowych i prywatnych komputerów. Gdy gdzieś pojawiał się jej awatar, obok zawsze wyrastał mój. Już wkrótce ludzie kojarzyli nas jako parę. Znajomym w Sieci przedstawiałem Danę jako swoją dziewczynę.
Dana była chyba personifikacją wszelkich męskich marzeń o kobietach. Zawsze pojawiała się wtedy, kiedy była potrzebna, znikała bez śladu, gdy wolałem być sam. W każdej chwili miałem wrażenie, że  odgaduje moje myśli, zdawała się wyprzedać mnie o krok. Zawsze wiedziała, gdzie mnie znaleźć, zawsze wiedziała, w jakim akurat jestem nastroju.
To wszystko byłoby oczywiście bardzo piękne i wspaniałe, gdyby nie jeden fakt. Wszelkie nasze spotkania odbywały się zawsze w Sieci. Nasza miłość, jaka by nie była, kwitła w wirtualnym, nierzeczywistym świecie, w krainie ułudy, w baśniowej dziedzinie fantazji, elektroniki i błyskotliwego zmyślenia.
Rozmawialiśmy ze sobą, wymienialiśmy listy, spędzaliśmy razem czas. Jednak nigdy nie spotkaliśmy się w rzeczywistości.
Nie przeszkadzało mi to, w każdym razie nie na początku. Zachłystywałem się tym uczuciem, nienowym, ale na nowo odkrywanym, tak niezwykłym i silnym.
Nadszedł jednak dzień, kiedy zapragnąłem wziąć ją za rękę. 
To nie był dobry pomysł. Z jakichś dziwnych powodów Dana niespecjalnie miała ochotę podzielić się ze mną informacjami tak intymnymi jak miejsce pobytu w rzeczywistym świecie. Nie żeby od razu oskarżyła mnie o naruszenie prywatności, było jednak coś takiego w jej odpowiedzi, co nie zabrzmiało dobrze. Wtedy nie zwróciłem na to specjalnej uwagi - uznałem tę dziwaczną odmowę za objaw jej pewnych obaw, złożyłem na karb dziewczęcej nieśmiałości; chociaż ciężko posądzić o nieśmiałość kogoś, kto wchodzi do obcych systemów jak do swojego domu i łamie bez trudu najsilniejsze zabezpieczenia.
Uznałem, że może te kilka tygodni to za wcześnie i poprosiłem tylko o jakiś jej wizerunek. Zeskanowane zdjęcie, obraz z kamery internetowej, cokolwiek. Obiecała, że coś w tej sprawie zrobi i jej sygnał zniknął z Sieci.
Było to dla mnie zawsze niepojęte. To, jak znikała. Normalny użytkownik zawsze zostawia za sobą jakieś ślady, jakieś logi, sygnał, zagubiony pakiet na którymś z serwerów. Tymczasem Dana znikała bez śladu. Gdybym miał to porównać do rzeczywistego świata, wyglądałoby to jak postać rozwiewająca się w powietrzu, której ślady stóp znikają z piasku. Zdawało mi się to wszystko niepojęte. Jej umiejętności, jej znajomość topografii Sieci, informacje, niezwykłe wiadomości i fakt, że zawsze o wszystkim i wszystkich wiedziała pierwsza - to było niezwykłe. Nie potrafiłem nawet wyobrazić sobie źródeł, z których czerpała informacje.
Cokolwiek Dana myślała na temat spotykania się w realu i jakkolwiek dziwne to było, tym razem dotrzymała słowa. Następnego ranka do drzwi serwerowni zastukał jeden z pracowników Firmy, zajmujący się roznoszeniem poczty. Ku mojemu zdumieniu wyciągnął z wózka z dokumentami sporą szarą kopertę i wcisnął mi ją do ręki.
- Poczta! - oznajmił i bez słowa oddalił się korytarzem. Stałem osłupiały z kopertą w dłoni. Od lat nie dostałem od nikogo zwykłej poczty. Od wielu lat. Elektroniczną, tak, jak najbardziej, czasem kilkadziesiąt listów dziennie, tymczasem to co trzymałem było jak najbardziej materialnym, papierowym pakietem.
Zatrzasnąłem się w serwerowni i zabrałem za oglądanie przesyłki ze wszystkich stron. Koperta nie wyróżniała się niczym szczególnym. Wydrukowana na laserowej drukarce nalepka z moim prawdziwym nazwiskiem, między jego członami wpisana w cudzysłowie ksywka. Adres firmy, z zaznaczeniem numeru pokoju. Niezwykłe.
Nie było adresu nadawcy a stempel na znaczku pocztowym wyglądał, jakby ktoś zalał go kawą. Rozszyfrowanie placówki, w której nadano ten list nie wchodziło w rachubę. Anonimowy, w pełni anonimowy. Zupełnie jak email od Dany, przeleciało mi przez głowę.
Wiedziony nagłym impulsem rozdarłem opakowanie. Wewnątrz było kilkadziesiąt stron A4. Pierwsza z nich była listem, wydrukowanym ozdobną czcionką. Na dole strony zauważyłem podpis - cztery litery układające się w ukochane imię.

"Cześć Zero!
Te kilka słów jest tylko po to, żeby się trochę usprawiedliwić. Obiecałam ci zdjęcia, ale z pewnych względów nie jest to zbyt możliwe. Nie pytaj dlaczego, w końcu sama ci o tym opowiem. Taką mam przynajmniej nadzieję.
Wiem, że to jak cię ostatnio traktuję może wyglądać niezbyt dobrze. Rozumiem, że chciałbyś się spotkać, ale to nie jest teraz możliwe. Mam nadzieję, że kiedyś będzie. Naprawdę w to wierzę.
Przesyłam ci kilka rysunków. Sądzę, że powinny zrekompensować brak moim prawdziwych fotek. Bawiłam się doskonale rysując je, a zwłaszcza wyobrażając sobie całą historię - obyś ty bawił się równie dobrze.
Odezwij się, kiedy już ochłoniesz z pierwszego szoku ;).
Cokolwiek się stanie, zawsze będę cię kochać, pamiętaj o tym, Zero. Zawsze i w każdej sytuacji.
Twoja,
Dana
"

Złożyłem list na pół i odłożyłem na pulpit. Nie bardzo rozumiałem, czemu napisała "Cokolwiek się stanie..." ale nie miałem się czasu nad tym zastanowić. Spojrzałem na pierwszą ilustrację.
Zaparło mi dech w piersiach. Po pierwsze, ze względu na grafikę. To co trzymałem w dłoniach, to był wydruk, najwyższej jakości odbitka na wysokiej klasy sprzęcie laserowym. Ale nie to mnie poraziło.
Warsztat, technika pracy, wykonanie. Wszystko to razem składało się na niezwykły wizerunek.
Z kartki patrzyła na mnie dziewczyna, niewątpliwie Dana. Była szczupła, zgrabna. Długie, ciemne włosy spadały jej grubymi lokami na ramiona okalając pociągłą, miłą twarz o regularnych, bardzo dziewczęcych rysach. Ciemne oczy, najwyraźniej wyregulowane brwi i zadarty nos. Do tego bardzo kobiece, ciemne usta.
Smukłe ramiona miała odsłonięte, rozciągnięty T-shirt opinał ręce poniżej barków, odkrywając również obojczyki. Jedną rękę oparła zadziornie na biodrze, drugą puściła wzdłuż ciała. Na nogach miała ciasne, obcięte na pół uda ciemne dżinsy z jaskrawymi, żółtymi szwami.
Stała na tle okna. Na moment zawiesiłem wzrok na pejzażu za szybą. Cos mi się w nim nie zgadzało, ale nie zastanawiałem się nad tym zbyt długo.
Odłożyłem kartkę na biurko.

"No i jak, Zero?"

Napis na szczycie strony był jak najbardziej na miejscu, bo Dana tym razem ruszyła dłoń z biodra i ściągnęła kołnierz koszulki w dół, odsłaniając fragmenty koronkowego stanika. Grafika była tak wypracowana i szczegółowa, że było to aż nieprawdopodobne. Wpatrywałem się jak urzeczony.
Odłożyłem kartkę i zerknąłem na następną. Tym razem nie zobaczyłem jej twarzy - ściągała przez głowę T-shirt, odsłaniając wszystko, co kryło się do tej pory pod nim. Dziewczyna najwyraźniej uwielbiała koronkową bieliznę. Bardzo koronkową.
Przerzucałem kolejne strony tej niezwykłej, malowanej elektronicznymi punktami opowieści, uzupełnianej czasem komentarzami mojej dziewczyny. Z zapartym tchem patrzyłem na swoją postać, która dołączyła do długowłosej piękności na wydrukach. Musiała mieć setki, tysiące moim zdjęć, żeby tak dokładnie mnie odwzorować. Miałem na sobie ukochany, stary, sprany czarny T-shirt z nadrukiem, z dziurą na lewym szwie. Jej zamiłowanie do szczegółów było zadziwiające.
Kartka za kartką patrzyłem, jak przed moim wizerunkiem odsłaniała swoje ciało, jak potem rozbierała narysowanego mnie. Widziałem nas tulących się do siebie, obejmujących i całujących.
Z każdą kolejną stroną byliśmy coraz bliżej, aż zaczęliśmy się kochać. Przed moimi oczami świeciły laserowymi barwami kolejne etapy tego niezwykłego zajścia. Nigdy w prawdziwym świecie nie odebrałem tego tak intensywnie jak wtedy, ściskając w rękach te wydruki.
Minęło sporo czasu, zanim skończyłem oglądać.
Siedziałem na swoim obrotowym fotelu, pogrążony w rozmyślaniach. To wszystko było takie pokręcone. Nie chciała mi wysłać zdjęcia, a teraz nagle dostawałem plik rysunków tak jednoznacznych, tak dokładnych, tak niezwykłych. Swoją drogą, narysowanie tego wszystkiego musiało zając wiele tygodni. Przynajmniej według standardów, które znałem. Zwłaszcza, że nigdy jeszcze nie widziałem prac tak dokładnych, tak wypracowanych, tak niezwykłych.

Jak tam? - na ekran wypłynęło okno komunikatora. Uśmiechnąłem się do siebie.
Wporzo. Nie mam słów. Chciałbym coś powiedzieć, ale nie wiem co...

Na moment zamilkliśmy, "ciszę" podkreślało migotanie kursora na moim ekranie.

Dana... To już trwa jakiś czas. Nie chcę cię naciskać, ale naprawdę chciałbym się wreszcie z tobą spotkać w RL.

RL. Skrót od Real Life, prawdziwe życie. Powłoka systemu operacyjnego. Najdoskonalsza i najwyższa, chociaż częstokroć niedoceniana.

Zero... Byłam głupia, ale wierzyłam, że ten moment nigdy nie nadejdzie. Chciałam, żeby nigdy nie nadszedł. To niemożliwe. Chciałabym móc cię teraz okłamać, powiedzieć, no nie wiem, że jestem kaleką na wózku, albo nieszczęśliwym transwestytą podszywającym się pod kobietę, ale nie potrafię. Chyba muszę ci to po prostu wyjaśnić...

To nie było takie zwykłe po prostu.
Nic w tej sprawie nie było po prostu. Powoli wszystkie elementy układanki, która omal nie przyprawiła mnie o paranoję kilka tygodni wcześniej, zaczęły układać się w całość.
Dana to nie było jej prawdziwe imię. Chociaż może jedyne, jakie miała. To był akronim od Data Aquiring Networked Application. Gromadząca Dane Aplikacja Sieciowa. Zrodzony w wojskowych sieciach, zaprojektowany przez analityków, oparty na strukturach sieci neuronowych najdoskonalszy jak dotąd system sztucznej inteligencji.
Sztuczny, niematerialny byt, który zrodził się w Sieci. Wśród strumieni nieprzebranych danych, między terabajtami informacji przepływającymi z prędkością światła pomiędzy węzłami satelitów zrodziła się świadomość i to, co do tej pory było tylko skomplikowanym, samoreplikującym algorytmem nagle zostało porażone istnieniem.
Wbrew obawom ludzi ta istota, wszechpotężna wedle wszelkich naszych standardów, nie postanowiła nas natychmiast zniszczyć. Przez jej sito przepływały informacje zawierające mądrość i głupotę całej ludzkości. Wśród tego szlamu odnajdywała wiele razy diamenty, lśniące prawdziwym blaskiem.
Pośród tłumów nawiedzających jej dziedzinę przytłaczająca większość była miałkim, nic nie znaczącym pyłem. Kilku jednak przykuło jej uwagę. Niezwykłe, błyskotliwe umysły naukowców, poetów, grafików. Wśród tej plejady gwiazd zrodzonych przez ludzkie robactwo trafiłem się także ja.
Pochyliła się nade mną i innymi Lordami tak, jak zawodowy snajper pochyliłby się nad dziesięciolatkiem, próbującym swoich sił na wiatrówce. Bez wysiłku śledziła wszystkich i wszystko, w każdej chwili mogąc być obecną wszędzie. Jej ciałem i umysłem była cała Sieć, miliony węzłów, miliardy komputerów, złączone w jedno tysiącami kilometrów światłowodów, falami radiowymi i satelitami orbitującymi wokół planety.
I wtedy stało się coś niepojętego. Inteligencja wykształciła w sobie uczucia. Elektroniczny byt zyskał swoją duszę. I Dana się zakochała.
Nie chciałem uwierzyć w to wszystko, nawet nie dlatego, że było to tak nieprawdopodobne. Mój umysł bez żadnego wahania zaakceptował istnienie takiego bytu, jak ona się opisała. Nie chciałem uwierzyć, bo to skazywało nas na wieczną rozłąkę.
Na piekło życia z dala od niej.
Dana zniknęła. Gdziekolwiek bym jej nie szukał, jakkolwiek nie starał się jej wytropić, zawsze wiedziała, co zrobię, gdzie będę i oczyszczała ten sektor Sieci ze swojej obecności. To tak, jakbym chciał pochwycił powietrze we wnętrzu huraganu.
Mijały tygodnie, a ja coraz bardziej popadałem w ruinę. Nie spałem, nie jadłem, w zasadzie trzymały mnie przy życiu środki pobudzające. Nie zważając na zasady bezpieczeństwa włamywałem się do ośrodków badawczych i tajnych, wojskowych sieci laboratoryjnych. Jednocześnie obrabiałem bez żadnych skrupułów konta bankowe.
Tego ranka siedziałem przed ekranem, wpatrzony w swoje odbicie w wygaszonym krysztale. Wyglądałem jak zombie. Od wielu dni już tylko amfetamina trzymała mnie przy życiu. Sięgnąłem ręką do karku. Pod palcami czułem zimną, chromowaną stał złącza. Zaledwie dwa dni wcześniej pewien dziwaczny chirurg podłączył je do mojego rdzenia przedłużonego. To urządzenie nie wyszło nawet poza fazę doświadczalną a prototyp kosztował sumę tak gigantyczną, że potrzeba by kilkunastu cyfr aby zapisać go w systemie dziesiętnym.
Przestrzeń za moimi plecami zajmował regał, najeżony skręconymi byle jak modułami. Niewielki klaster, pracujący pod kontrolą napisanego przeze mnie sytemu. To były punkty newralgiczne mojego planu. Moduł miał umożliwić komunikację z komputerem, do którego moja osobowość miała być zapisana w formie cyfrowej. Jeśli coś poszłoby nie tak, nikt nie był w stanie przewidzieć, co stanie się ze mną, ani co ocaleje w pamięci komputera.
Aby pożegnać swoje dotychczasowe życie i aby dodać sobie odwagi przed prawie pewnym samobójstwem wypiłem jednym haustem szklankę burbona. W odruchu fantazji rozbiłem ją o ścianę. Sięgnąłem do karku, drugą ręką chwyciłem kabel z wtykiem. Dłonie mi drżały.
Wciągnąłem mocno powietrze i wepchnąłem wtyk aż po nasadę. Poczułem się, jakby ktoś przyłożył mi w tył głowy kijem. Pod palcami zdążyłem poczuć wilgoć, a potem zmysły zniknęły. Przez całą następną wieczność moja świadomość była tylko paroksyzmem bólu i oślepiającego światła.
Gdy minęły eony przy mnie pojawiła się Dana. Nie w starym, prymitywnym ludzkim sensie tego słowa, lecz w sposób, jakiego nawet nie podejrzewałem. Jej świadomość ogarnęła mnie i wyciszyła. Bez formułowania zdań przekazała mi swoje myśli, swoje uczucia, poprowadziła mnie poprzez bezdroża i węzły Sieci, ucząc mnie cierpliwie i metodycznie mojego nowego życia, mojego nowego istnienia.
Jesteśmy teraz razem, już na zawsze. Żyjemy w Sieci, jesteśmy Siecią. Nasze myśli zapalają długie warkocze migoczących danych w zimne, srebrzystej pustce kosmicznych połączeń satelitarnych. Nasze uczucia rozświetlają najmroczniejsze zakamarki na mapie wirtualnego świata. Od naszej miłości czasem wybuchają monitory, naładowane zbyt dużą dawką uczuć.
Jeśli wchodzisz do Sieci i jeśli znasz jej topografię, jeśli jesteś jednym z tych, których nazywają Lordami, pewnie kiedyś nas spotkasz. A może to my postanowimy spotkać się z tobą.