SOLIPSYZM W PRZYKŁADZIE BŁĘDNEJ INTERPRETACJI RZECZYWISTOŚCI

*******************************************************************************
Solipsyzm... ver. 1. 1

data : 20 maja 1996
miejsce : Konstancin - Jeziorna
copyright © Godai Yusaku


Autor nie był pijany przy pisaniu; autor nie chciał urazić niczyich uczuć.

Tam celowo jest "w przykładzie", a nie "na przykładzie"; to coś jak np. tematyka narodowo - wyzwoleńcza w "Dziadach", ponimali?


*******************************************************************************


Solly siedział w kuchni i przyglądał się, jak jego najnowsza żona robiła sobie kanapkę. Najpierw ukroiła sobie kawałek chleba, potem posmarowała go masłem, a wreszcie posypała solą. Nadmiar soli zdmuchnęła na podłogę. Ugryzła kawałek.
- Jak ty możesz jeść sam chleb? - zapytał Solly.
- Wcale nie sam, z solą.
- Chodźmy na spacer - poprosił. Nie byli na wspólnym spacerze od tak dawna.
- Nie. I możesz nie skamleć, tak jak ostatnio.
- Dobra - mężczyzna zagryzł wargi. Wyciągnął z kieszeni topór o półtorametrowym trzonku i adekwatnym ostrzu. Uderzył w stół i rozpłatał go na dwoje. Żona, rozsierdziwszy się na widok rozpłatanego stołu, postanowiła mu odpłacić pięknym za nadobne. Wyciągnęła karabin pepesza i krótką serią zdruzgotała terakotę pod jego stopami. Zrozumiał aluzję i wyszedł z kuchni. W przedpokoju wskoczył na swojego konia. Zjechał nim po frontowych schodach i wyjechał na ulicę, potrącając po drodze kosz na śmieci i tłukąc sobie przedni reflektor. Ani koń, ani jeździec zbytnio się nie przejęli.
Po kilkunastu minutach bezcelowej jazdy ulicami koń odwrócił łeb i powiedział do Jeźdźca:
- Solly, przejedźmy się metrem, co?
- Nie ma sprawy, ale jak nas złapią kanary, to ja za ciebie nie zapłacę.
- Dobra - koń skierował swoje kroki w stronę najbliższej stacji. Podjechał do windy. Przytrzymując się zębami lustra naprzeciwko drzwi, udało mu się wepchnąć do małej kabiny. Solly, zgnieciony w rogu, obok wentylatora i czerwonej lampki dosięgnął językiem przycisków i wysłał windę na niższy poziom.
Po wyjściu z małej klity, w czym pomagać musieli im dwaj pracownicy metra, spawacz i niewykwalifikowany robotnik drogowy z młotem pneumatycznym, Solly i jego koń stanęli na krawędzi peronu, zgodnie z najnowszą modą przekraczając białą linię.
- Machaj ręką!! - zawołał koń, widząc zbliżające się światła pociągu.
- Dlaczego?? - mężczyzna otworzył usta ze zdumienia.
- Bo to jest stacja metra na żądanie, głąbie! - stwierdziło dobitnie zwierzę i samo wystawiło jedną z kończyn. Pociąg zahamował z piskiem. Pasy bezpieczeństwa, przytrzymujące maszynistę nie wytrzymały i wzmiankowany wyleciał przez przednią szybę. Odłamki szkła zawirowały w powietrzu.
- Cholera - powiedział koń - Teraz to już nigdzie nie dojedziemy!
Odwiązał krawat i w przypływie depresji próbował się powiesić, ale Solly odciął go w ostatniej chwili kindżałem, który dostał od stryjecznej siostry swojego pradziadka.
- Nie masz za grosz charakteru - powiedział do konia, masującego sobie szyję i poprawiającego buty z krokodylej skóry. Zwierzak zbył tę uwagę milczeniem.
Na powierzchnię wrócili po schodach, mając w pamięci niedawne przykre wydarzenia w windzie. Na zewnątrz obaj usiedli na pojemnikach na śmiecie, aby zastanowić się, co robić dalej.
- Chodź na piwo - powiedział Solly - Ja stawiam.
- Ale niech to nie będzie ukraińskie piwo, jak w zeszłym tygodniu. Znowu musiałem za ciebie świecić oczami.
- Nie powiem, jak musiałem cię tłumaczyć, gdy zwędziłeś wędzone chipsy.
- No, dobra. Chodź do baru.
Kilka minut później siedzieli w barze i pili piwo z obtłuczonych kufli. Na ekranie małego telewizora, pod sufitem, przemawiał właśnie Bardzo Ważny Polityk.
=Na naszych oczach gwałci się fundamenty suwerennego państwa! = grzmiał z ekranu. Koń rzucił w niego lewym, tylnym butem. Obcas uderzył o kineskop i odskoczył, ale na twarzy Bardzo Ważnego Polityka pojawił się odcisk błota i zaczęło mu puchnąc podbite oko. Szybko zniknął z ekranu.
- Co chcesz dalej robić? - spytał Solly. Powoli sączył piwo.
- Jadę na działkę.
- Po co?
- Mam tam schowaną działkę towaru.
- Jesteś ćpunem.
- Ty też. Jesteś teraz naćpany, bo inaczej nigdy byś mnie nie wymyślił. Aha - koń pokiwał głową z powagą i wypił na raz pół kufla. Potem beknął potężnie.
- Masz rację - Solly podrapał się z zakłopotaniem po głowie - Więc to wszystko to solipsyzm? Moje urojenie?
- Najzupełniej.
- Szkoda, bo już cię trochę polubiłem. Myślisz, że żona mi wypaczy ten stół?
Koń pokiwał głową z przekonaniem. Obaj skończyli piwo i wyszli. Niezdecydowani stali na zalanej słońcem ulicy. Sami też byli zalani.
- Wiesz - powiedział koń - Teraz ja chcę jechać na górze.
Po krótkiej kłótni doszli do porozumienia. Bez większych problemów dotarli do domu. Na drzwiach wisiała tabliczka - "Teren budowy, wstęp wzbroniony".
- Bzdura - mruknął koń i otworzył drzwi. Powitała go salwa z wyrzutni rakietowej, przykręconej do szafy w przedpokoju. Żona Solly'ego wychyliła się na moment, ubrana w kuloodporną kamizelkę. Solly i koń kulili się za skrzynką na kwiaty. Bujne łodyżki wrzosu zwieszały się obok nich.
- Poddaję się! - krzyknął mężczyzna i wstał z rękoma w górze. Żona wyskoczyła z domu przez przestrzelone drzwi i kijem od szczotki uderzyła go w klatkę piersiową, przygważdżając do płotu.
- Co za. . . ? - mruknął Solly, ciągle czując, że coś mu przebija mostek. Uniósł głowę i zobaczył strzykawkę po adrenalinie, sterczącą na wysokości serca.
- Znowu. . . ? - spytał brodatego hippisa, siedzącego opodal i palącego skręta.
- Znowu.
- Wiesz, ja chyba po prostu nie umiem kreować świata.
- No cóż, nikt nie jest bogiem. Nawet ja - powiedział brodacz. Wstał. Na plecach jego długiej, jasnej szaty wyszyte były inicjały "J. Ch. ".
- No to trzymaj się - powiedział - Muszę pomóc ojcu przy stolarce - i wyszedł, cicho zamykając drzwi.

*******************************************************************************