Total Chaos

****************************************************************************

TOTAL CHAOS ver. 1. 1

data : 15 maja 1995
miejsce : Konstancin - Jeziorna
copyright © Godai Yusaku


Ten krótki tekst napisałem, kiedy zrobiłem sobie przerwę w pisaniu "Przemocy w komiksach". To moje pierwsze podejście do psychodelicznego, pure nonsensowego humoru, który potem przypadł mi do gustu i który z powodzeniem uprawiałem jeszcze wielokrotnie.



***************************************************************************



Dzień był ciepły i słoneczny. Jasne promyki zapalały złote błyski na karoseriach przejeżdżających samochodów. Szedłem Marszałkowską, rozkoszując się zapachem nadchodzącego lata.
Właśnie mijałem Domy Towarowe Centrum®, gdy poczułem znaczne zniekształcenie linii pola energetycznego. Szybko odwróciłem się, właśnie żeby zobaczyć, że szary i spokojny Pałac Kultury i Nauki zaczyna się dziwnie skręcać i zmieniać barwę. Szybko sięgnąłem dwoma rękoma do tyłu i wyciągnąłem miecze z pochew umocowanych na plecach. Na wszelki wypadek trzecią ręką chwyciłem tarczę. Miałem rację, bo Pałac Kultury zmienił się w wielkiego, obleśnego i śmierdzącego smoka. No to masz. . .
Gad powoli rozglądał się dokoła, aż wreszcie mnie zobaczył.
- Kreolu!! - ryknął, a siła jego głosu przewróciła autobus 522.
Próbowałem udawać, że mnie nie ma, ale nic z tego nie wyszło. Wbił we mnie swoje złe, świdrujące oczy i wrzasnął jeszcze raz.
- Kreolu!! Oddawaj moją protezę dentystyczną!!
Masz ci los! Sprzedałem tę protezę "handlowcom" zza wschodniej granicy co najmniej dwa miesiące wcześniej. Już pewnie była na Kamczatce.
- Nawet o tym nie myśl!! - odkrzyknąłem - Wynocha stąd do diabła, albo ci utnę ten zakuty łeb. won!!
Zareagował tak, jakby wybuchła bomba. Miotając przekleństwami, rzucił się w moją stronę. W pewnej chwili jednak zaczął się dławić i z głośnym bełkotem obrzygał najbliższe stragany. Na to tylko czekałem. Szybko rozłożyłem skrzydła i wzbiłem się w powietrze. Zamachnąłem się kilka razy i już byłem obok smoka. Zajrzałem mu w pysk i szybko naplułem w lewe oko. Chciał coś wrzasnąć, ale ponownie się zakrztusił i obrzygał tramwaj. Ludzie z wrzaskiem i piskiem uciekali jak najdalej. Podniosłem w górę oba miecze. . .
Zielony promyk lasera przemknął mi nad głową i obciął jedno z ostrzy tuż przy rękojeści. To wszystko przestało mi się nagle podobać. Zerknąłem w dół i przekląłem dzień, w którym postanowiłem iść na spacer do centrum. Na chodniku stał kapitan Taft i uśmiechał się szeroko za panoramiczną szybą wojskowego hełmu. W łapach trzymał blaster, z którego do mnie strzelał. Za jego plecami stali jego chłopcy - Wesołe Sępy Pustyni. Mili faceci, ale mieli dziwny uraz do ludzi ze skrzydłami. Zobaczyłem jak Benny, który jak zwykle żuł jakąś trawę, podniósł spluwę i wycelował we mnie.
W tym momencie głośny ryk przypomniał mi, że smok jeszcze żyje. I że chce swoją protezę. Pierwszą ręką rzuciłem mu osmoloną rękojeść miecza, a czwartą sięgnąłem po granat. Koniec pana Miłego Kreola. Wyszarpnąłem zawleczkę i rzuciłem mu w ten bezzębny pysk. Machnąłem skrzydłami i gdy głośny huk oznajmił zwycięstwo nad smokiem, zetknąłem się oko w oko ze zdalnie sterowaną rakietą przeciwlotniczą. W ostatniej chwili osłoniłem twarz tarczą.
Huk na moment mnie ogłuszył, potem poczułem, że straszna siła wbija mnie w fasadę Mariotta. Kręgosłup wygiął mi się w spiralę, ale poza tym wszystko było w najlepszym porządku. Spojrzałem na ulicę. Smok leżał w poprzek Marszałkowskiej, gniotąc pod sobą tramwaj linii 36. Na chodniku ludzie Tafta właśnie szykowali linę, żeby mnie ściągnąć. Podniosłem wzrok wyżej i zobaczyłem nad sobą wielki, czarny helikopter z wojskowymi oznaczeniami. To z niego wypuścili na mnie rakietę. Właśnie! Obejrzałem to, co zostało z mojej tarczy po trafieniu rakietą. Zobaczyłem tylko zatrzask i kawałek skórzanego paska. Miałem nadzieję, że gwarancja jeszcze się nie skończyła.
Tymczasem z helikoptera wychylił się Prezydent i krzyknął:
- Poddaj się, albo użyjemy na tobie broni biologicznej!
- Jakiej?! - zawołałem.
- No, tego, ee. . . Poddaj się i już!!! - odkrzyknął Prezydent.
Szybko przeanalizowałem sytuację. Smok nic mi już właściwie nie mógł zrobić, wojska Prezydenta też w sumie nie. Problemem pozostawali Wesołe Sępy Pustyni, którzy właśnie wjechali na trzydzieste czwarte piętro, gdzie się zaklinowałem. Jeden z nich przyłożył mi lufę do pleców i kazał się poddać.
- Taft! - warknąłem, rozpoznając jego głos - Nie poznajesz mnie?!
- Kreol!! - krzyknął tamten radośnie. Chciał mnie z tej radości pocałować, ale trzasnąłem go w te jego panoramiczne okularki. Ten ruch sprawił, że kawałek muru oderwał się i na łeb, na szyję poleciałem w dół. Usłyszałem jeszcze głos Prezydenta i zaraz spadła na mnie z góry chmara pcheł. Ha, rano posmarowałem się maścią przeciw owadom i teraz stworzonka padały trupem na miejscu. Trochę mi było ich szkoda, bo co one winne. Ale życie jest okrutne i nic na to nie poradzimy. Tak już bywa.
W momencie gdy tak myślałem, gwałtownie huknąłem o ziemię, rozbijając płyty chodnikowe. Jeden kawałek odbił się i uderzył w głowę stojącego obok policjanta, aż tamtemu posypały się tranzystory z lewego ucha. To mnie trochę zaskoczyło. Ten widok był znajomy, ale olśnienie przyszło za późno. Policjant rozdarł kurtkę i zobaczyłem migoczące światełka. Potem, z głośnym okrzykiem "Za Imperium Tranzystorowe!!!" rzucił się do mojego gardła. Walnąłem go w głowę wszystkimi czterema rękami, ale to go nie powstrzymało. Trzasnąłem go za lewym uchem i tym razem miałem szczęście - pokrywka od baterii pękła i cały pakiet akumulatorków sypnął się na chodnik.
Jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, w pewnej chwili zorientowałem się, że otacza mnie wściekły tłum rządny linczu. Zewsząd słyszałem rasistowskie slogany, a ktoś już nawet miał pętlę.
- Tego już za wiele!! - wrzasnąłem - Przesadziłeś, Krzysiu!!
Gwałtownym ruchem wyszarpnąłem kabel z kontaktu. Ekran zgasł z cichym trzaskiem, a ja z westchnieniem ulgi opadłem na fotel. . .

***************************************************************************