***

**********************************************************************************

ver. 1. 1

data : 20 stycznia 1996
miejsce : Konstancin - Jeziorna
copyright © Godai Yusaku


Poświęcone Hasiorowi

****************************************************************************


Otworzyłem drzwi i wyciągnąłem rękę po zapałki. Potarłem drewienko i zapaliłem świeczkę. Wokoło rozszedł się zapach ciepłego wosku. Zdjąłem płaszcz i powiesiłem go na kołku. Odwróciłem się.
Siedziała w rogu i patrzyła na mnie.
Zamek w drzwiach za moimi plecami szczęknął i usłyszałem, jak klucz się przekręca. Od okna powiało chłodem, a daleko, na polu wył pies.
To była chuć. Siedziała w rogu i patrzyła na mnie. Miała szeroki, spłaszczony tułów. Wspierały go cztery grube nogi, zakończone zamiast palców "pazurkami", jakich używa się do porządkowania grobów; z tułowia wystawały naokoło pordzewiałe, sztywne, żelazne pręty. Cała była kosmata. Długie kudły były brudne i pozlepiane, śmierdziały. W miejscu głowy była blada ludzka ręka. Palce powoli zaciskały się i rozwierały na przemian.
- Jesteś - powiedziała chuć - Czekałam. Długo czekałam.
Skoczyła.
Nawet nie zauważyłem, jak dopadła mojego gardła. Blada dłoń o długich palcach zacisnęła mi się na szyi. Palce były zimne i śliskie, jak trup. Kosmate futro śmierdziało cmentarzem. Po krzyżu płynął mi zimny pot.
- Zabiję cię! - zawołała z obłąkaną radością - Zabiję! Ty sukinsynu!
Sięgnąłem ręką do tyłu i namacałem leżący na stole nóż. Brakowało mi oddechu. Wbiłem ostrze aż po rękojeść. Kwiczała jak zarzynane prosię. Szarpała się. Wbiłem ostrze głębiej. Czarna,
gęsta, cuchnąca krew spłynęła mi na ręce, parząc i paląc skórę. Zepchnąłem ja z siebie i rzuciłem się w otwierające się okno.
Było gorąco. Nad niskim horyzontem wisiała czerwona łuna. Przede mną stał ogromny, metalowy krzyż ze złamanym ramieniem. Był poskręcamy wielkimi śrubami. Za sobą usłyszałem chrzęst. To zardzewiałe, rozpalone do czerwoności żelazko pożerało człowieka. Stalowa pokrywa zgryzła dłoń i wyszczerzyła zęby na mój widok.
- To jest twoje prywatne piekło - powiedziało życzliwie żelazko.
Uciekałem. Rżysko wbijało zęby w moje stopy. Stalowe kły wyrastały na każdym kroku i rozrywały mi podeszwy. Przede mną zamajaczył niewielki kształt.
To był człowiek, a raczej fragment. Na przywiązanej do drewnianych kółek klatce piersiowej miotała się dziko głowa o zmierzwionych włosach i przekrwionych oczach. Grała na przybitej gwoździem do deski harmonijce ustnej.
- Spieprzaj stąd!! - krzyknął fragment bohatera.
Cofnąłem się i wpadłem na wysoką postać, ubraną w jasną suknię. To była Niobe. Na jej łonie, pod przejrzystym kloszem spoczywało dziecko. Było przebite dwoma ostrzami, krew ściekała matce do stóp. W jej oczach nie było łez. Przed sobą prowadziła wózek. stały w nim krzyże, pochylone nad bezimiennymi mogiłami.
Pobiegłem dalej. U ogniopoju siedział baranek, był martwy.
Nade mną przeleciała sowa o oczach z czerwonym płomieni.
- Ja nie czynię cudów - powiedziała Matka Boska, głaszcząc Dziecię po wystających z głodu żebrach. Otarła pot ze swego czarnego czoła i poprawiła pod szatą wielkie, obwisłe piersi.
- Nic nie mogę zrobić - powiedział Anioł - Mnie też nie chcą wypuścić.
Wisiał głową w dół, pozbawiony nóg. Ciało miał popalone i okręcone żelaznym łańcuchem. Potrzaskane skrzydła wisiały smutnie obok jego głowy. Z ust ciekła mu krew.
- Nic nie mogę. . . zrobić - powtórzył z wysiłkiem.
Chudy mężczyzna klęczał. Patrzył w niebo.
- Adoruję. To Ostatnia Łza - powiedział. Sztandary płonęły. Krzyże maltańskie, celtyckie, rzymskie, patriarchalne. . . Wszystkie płonęły.
Nie mogłem jeść. Chleb był poprzebijany gwoździami. Wystawały z niego jak szpony i szarpały dłonie i wargi. Śmiał się przy tym.
- Przykro mi - powiedział tymczasowy reprezentant, szarpiąc swoją kozią brodę.
- Nic nie mogę dla pana zrobić.
Padłem na podłogę. Pistolet był w szufladzie. Lufa była zimna. Bólu już nie pamiętam.
To wspólne piekło jest lepsze niż to prywatne.


****************************************************************************