WIELKA CUDOWNA PODRÓŻ
Don Estebana de Pajác

**************************************************************************

Wielka Cudowna Podróż Don Estebana de Pajác ver. 2. 1

data : czerwiec - lipiec 1996, 24 - 25 stycznia 1998
miejsce : Konstancin - Jeziorna, Tobołowo
copyright © Godai Yusaku
ten tekst specjalnie do Oficjalnej Wersji Bitowej 1998

Tekst ten w jego przeważającej części powstał w 1996 roku, kiedy rozegrały się wydarzenia w nim opisane. Pewne jednak jego fragmenty zostały dopisane w początkach 1998 roku, zgodnie z pierwotnym zamysłem i na podstawie oryginalnych notatek i są dostępne wyłącznie w tej wersji specjalnej, całość zaś została przeorganizowana, aby była w tej nowej wersji klarowna.

Pozdrowienia i dzięki: Olać, Sonia, Olka, Żaba, Kuba, Przemek, Łukasz, Sura, Globi, Chicken oraz M. Biedrzycki, R. Topor, D. O'Neil, K. Biedrzycki, L. Cohen, Mr Byte.


**************************************************************************


Motto

Miłosz Biedrzycki
AKSLOP

Akslop, może to jakieś duńskie miasto
jestem tu przejazdem, co prawda na
dłużej, bo ministrowie rolnictwa
usiedli na bańkach z mlekiem i zatarasowali
wszystkie drogi. zdążono mnie trochę rozwałkować
lokalnymi osobliwościami, jak Diwron
czy Cziweżór. kochałem tutejsze dziewczyny,
policja parę razy pogoniła mnie po
chodnikach. mieszkańcy są bardzo serdeczni,
namawiają, żebym został na dłużej. obiecuję
wam, gdziekolwiek się znajdę, zawsze pamiętać będę
Akslop.

**************************************************************************


Padał deszcz.
Don Esteban otrząsnął krople brudnej wody ze swojego sztormiaka marki North Wind i przez zepsute automatyczne drzwi wszedł do ogromnej klity hali dworcowej. Sufit przywitał go przyjaźnie - kilka gołębi naraz nasrało mu na jego sztormiak. Don Esteban zaklął po jugosłowiańsku i mongolsku i skierował się w stronę kasy. Przyszedł tu aby wykupić bilet na Wielką Cudowną Podróż. Była to nowa oferta Państwowych Kolei Prywatnych. Za grosze można było wykupić sobie przejazd, którego nie zapominało się do końca życia. Coś extra. Właśnie przez "x". De Pajác podszedł do okienka. Dwudziestoletnia staruszka, wyglądająca jak nastoletnia sześćdziesięciolatka, popatrzyła na niego umęczonym wzrokiem bezgłowej ryby z puszki.
Zrobiło mu się przykro.
Dyskretnie otarł oczy i kątem oka dostrzegł na jej nadgarstku trzy czerwone linie - bolące jeszcze ślady cięcia nożem. Nie była to jednak próba podcięcia żył, kasjerka pokaleczyła sobie wierzchnią część ręki. Nie pytał tej smutnej dziewczyny o oczach spaniela zaszczutego przez króliki o powód.
- Chciałbym wykupić bilet na Wielką Cudowną Podróż - powiedział Don Esteban.
- Skąd? Dokąd? Kiedy? Czemu? - po tym ostatnim pytaniu dziewczyna się rozpłakała.
- Stąd do Taciewa.
- Do którego Taciewa? - spytała. Łzy rozmazały jej nieumiejętnie zrobiony makijaż. Ciemna struga tuszu do powiek płynęła w dół po policzku, w poprzek jasnego pudru.
- Czy to ma być do Taciewa, Taciewa Wielkiego, Taciewa Małego, Taciewa Nowego, Taciewa Starego, Taciewa Górnego, Taciewa Dolnego, Taciewa nad Rzeką czy też do Taciewka? - zapytała. Tusz nadal płynął jej po policzku.
- Do Taciewa. Ze wszystkimi dwoma postojami po drodze.
- Z ubezpieczeniem?
- Tak sądzę - Don Esteban pokiwał głową.
- Podaj swoje imię, nazwisko, adres, datę urodzenia, imiona rodziców, numer polisy ubezpieczeniowej, numer karty zdrowia, numer książeczki wojskowej, dwa aktualne zdjęcia, życiorys i wewnętrzną kieszeń marynarki. To wszystko w siedmiu kopiach.
- Po co to wam?
- Nie nam. Mnie osobiście. Nie mam czym palić w piecu. Przyjdź po bilet jutro o tej samej porze, powinien się do tego czasu wydrukować. Następny - zawołała do mikrofonu. Potem otarła chusteczką kroplę krwi, która wysączyła się ze środkowego nacięcia na jej ręce.

*
* *

Następnego dnia o tej samej porze Don Esteban przyszedł do okienka po swój bilet. Dostał niewielki kartonik, rozmiaru sporego znaczka pocztowego, pobłyskujący srebrzyście holograficznym rysunkiem.
- Co ci się stało? - spytała kasjerka - Masz obsrany cały sztormiak.
- Widziałem orła cień !
- Aha, musisz przykleić bilet do ręki. Tam jest maszynka - wskazała ręką. Miała bluzkę z długim rękawem, więc nie widać było nacięć.
Maszynka do mocowania biletów była rozmiaru ekspresu do kawy. Zgodnie z instrukcją stojącą obok, Don Esteban zamoczył bilet w wodzie i przyłożył do dłoni. Pędzelkiem nałożył klej fizjologiczny i włożył rękę do maszynki. Ciepła masa otoczyła jego palce, szarpnął nim bolesny, gwałtowny impuls elektryczny. Masa cofnęła się, wyciągnął ręce z otworu. Na skórze, wtopione w nią, połączone ze skórą, lśniły cienkie, holograficzne kreski biletu. Rysunek świecił teraz wprost z jego ręki. Z niebiańskim uwielbieniem de Pajác ucałował ten nowy fragment ciała. Ucałował z języczkiem.
Tak zaczęła się Wielka Cudowna Podróż Don Estebana de Pajác.

*
* *

Następnego dnia przyszedł na stację. Miał ze sobą nieduży plecak z najbardziej podstawowymi rzeczami i kilka kart kredytowych. Jedzenie kupi po drodze, potrzebne ubrania też, chyba będzie fajnie, tak mu się przynajmniej wydawało, kiedy stał na peronie, tuż przy białej linii i patrzył jak podjeżdża jego pociąg.
Długi wąż wagonów przesuwał się powoli przed oczami młodego człowieka. Najpierw ciemnogranatowe wagony sypialne, potem seledynowe mieszkalne, błękitne socjalne, niebieski pocztowy, zielone zwykłe drugiej klasy i czerwone pierwszej, bordowe WARS i szkarłatne WAR'S Saloon, żółte funkcyjne i fioletowe bagażowe, srebrzysty wagon ochrony, złota salonka gościa specjalnego, piaskowe transportowe, biały z czerwonym krzyżem szpitalny, pomalowany w panterkę wiozący działo artyleryjskie, brązowe wagony koszarowe dla bodyguardów, różowy wagon z basenem. . . Kolejne wagony przesuwały się przed jego oczami, zachwycając tęczą kolorów, a pisk hamulców wypełniał powietrze. Na samym końcu składu jechało kilka wagonów w kolorze sepii, wiozących zapasowe szyny, samochód kierownika pociągu i zapasową lokomotywę.
Don kiwnął ręką na bagażowego, ubranego w seledynową liberię i kazał mu zająć się swoim bagażem. Tamten zbliżył się do plecaka i szybkim szarpnięciem chciał go sobie zarzucić na plecy. Torba jednak ani drgnęła.
- Co w nim jest? - zapytał zdziwiony.
- Szczotka do zębów - De Pajác był równie zdziwiony. Bagażowy jeszcze raz pociągnął szelki plecaka. Nic. I znowu. I znowu nic. I jeszcze raz. I jeszcze raz nic.
- Dobra! - wycedził zawzięty funkcjonariusz przez zaciśnięte zęby. Podwinął rękawy, odwrócił czapkę daszkiem do tyłu, ugiął kolana i chwycił szerokimi dłońmi za oporny plecak. Napięły się mięśnie szczęki, dwoma guzami znacząc jego twarz. Żyły na szyi nabrzmiały i zrobiły się sine. Czoło pokryło się poziomymi bruzdami i zapotniało. Mięśnie przedramion napięły się do granic możliwości, kiedy palce ściskały oporny bagaż. Muskuły bicepsu spęczniały, zżelaźniały, rozsadzając seledynowy materiał munduru. Potężna klatka piersiowa gwałtownie się rozrosła, zrywając guziki. Potężne arterie krwionośne wystąpiły na skórę, grożąc eksplozją. Mięśnie łydek rozerwały cienkie cholewki butów, zrobione z fałszywej skóry. Spodnie na udach napięły się i zaczął puszczać szew.
Bagażowy, mający teraz formę ogromnej góry napiętych do granic możliwości mięśni, szarpnął się. Mięśnie nóg napęczniały adrenaliną. Szarpnął jeszcze raz i jeszcze raz. Wreszcie z łoskotem płyta lastryko, na której stał plecak, oderwała się od podłoża i sypiąc odłamkami wyrwała szybko w górę. Bagażowy padł na plecy, gniotąc pod sobą osiwiałego z przejęcia szczura, plecak natomiast, ze sterczącą cały czas płytą pomknął w górę i zerwawszy obudowę kilku lamp opadł z hukiem na podłogę, wzniecając tuman kurzu.
Don Esteban spojrzał z podziwem na powstającego z podłogi bagażowego. Mimo, iż miał rozerwane rękawy i cholewki, pogniecioną czapkę i oberwane guziki, nadal wyglądał imponująco. Otarł pot z czoła ręcznikiem plażowym i wyżął go na torowisko. Strumień porwał ze sobą dwa szczurze gniazda i kilka psich odchodów.
- To było świetne - powiedział Don Esteban.
- Dzięki - stwierdził bagażowy, wyłamując sobie palce z zażenowania - Uczyłem się trochę Origami.
Obydwaj podeszli do plecaka. Po odwróceniu go i wykruszeniu resztek lastryko okazało się, że Don postawił go na zużytej gumie do żucia. Różowe resztki rozmazały się po materiale dna i przytrzymywały plecak na podłodze. Obaj pokiwali głowami jakby na komendę.
- Nie ma co - powiedział Don Esteban i wyciągnął dyktafon. Zaczął zwięzłymi zdaniami opisywać historię sprzed kilku chwil.
- Co robisz? - zaciekawił się bagażowy.
- Jestem pisarzem - de Pajác na moment zatrzymał taśmę - Może mi się to jeszcze kiedyś przydać. Często tak robię.
- Aha - funkcjonariusz zarzucił sobie plecak na plecy (tym razem obyło się bez niespodzianek) i pomaszerował dwa kilometry w stronę wagonów bagażowych. Don Esteban de Pajác skończył opowiadać dyktafonowi przygodę i podążył za znikającym na horyzoncie plecakiem.
Rukzak wylądował na taśmowym transporterze, prowadzącym na górne piętro wagonu, zaś jego właściciel wspiął się tam po marmurowych schodach wyłożonych specjalnym, czerwonym dywanem. Jeśli już stać było kogoś na WCP, to należał mu się duży szacunek.
Don rozejrzał się po przestronnym hollu, podpartym na środku przez kolumny. W oddali, ukryty za jakimiś sprzętami majaczył konduktor. Lepsze przyjrzenie się postaci pozwoliło ocenić, że to manekin.
- Tak? - spytał konduktor, tym razem z krwi i kości, który pojawił się jak Filip z konopi.
- Gdzie jest przedział 1234567890ę? - zapytał Esteban.
- Hm, moment - konduktor wyciągnął książkowy atlas, potem wyciągnął rękę i pokazał - To będzie trzecia w lewo, potem pierwsza w prawo i jakieś trzy kilometry prosto. Taka zielona brama z kutymi z żelaza liśćmi dzikiego wina. W prawym dolnym rogu jest trochę rdzy, a środkowy zawias po lewej jest zaśniedziały.
- Dzięki, stary - stwierdził Esteban. Rozejrzał się i ruszył przed siebie, zgodnie ze wskazówkami, zarówno konduktora jak i swojego zegarka. Odnalazł wkrótce zieloną bramę, lecz był jeden problem, rdza była w lewym dolnym rogu. Bang.
Świeżo upieczony Wielkipodróżnik nie przejął się tym wcale i otworzył bramę. Reszta nie była milczeniem.
= Witamy państwa na pokładzie naszego pociągu. podróż nasza trwać będzie 365 dni. Objedziemy kraj nasz cały i nie tylko. Tabor składa się z niewielu, bo zaledwie osiemdziesięciu ośmiu wagonów i jest to najmniejszy pociąg Wielkiej Cudownej Podróży. Podróżować będziemy po znormalizowanym torze o rozstawie 4 i pół metra, na linii zelektryfikowanej o napięciu 110 V. Podróżnych zapraszamy do restauracji WARS i kantyn WAR'S Saloon. Zainteresowani będą mogli kupić w ustępach narkotyki. Oczywiście bez licencji. Każdy przyłapany przez pracownika obowiązany jest wręczyć mu tzw. przyłapówkę w postaci części towaru. Nietrzeźwych i naćpanych prosimy o nie oddawanie moczu i kału oraz nie zwracanie nadtrawionej treści pokarmowej na środku korytarzy, służą do tego celu ciemne zaułki i popielniczki. Naszym gościem specjalnym podczas podróży będzie znany i lubiany w kraju i na świecie propagator Miś Winidur. Prosimy o niekarmienie i niedrażnienie bodyguardów, gdyż nie są szczepieni. Rozszczepieni także bynajmniej nie są. Dziękujemy za uwagę i za to, że zapłacili państwo za bilet. Za pieniądze wejdziemy państwu w tyłek.
Don Esteban przeciągnął się i rzucił swoją trójrożną czapeczkę na półkę; doczepione do niej dzwoneczki zadzwoniły głośno. Potem skoczył na sam środek ogromnego łóżka wodnego, nawet nie zdejmując butów. Natychmiast ponownie ożył głośnik.
= Dwunasta poprawka do konstytucji naszego pięknego kraju zabrania kłaść się do łóżka w pociągu nie zdjąwszy uprzednio butów. Proszę tego dokonać, albo zostanie pan skazany na dożywocie. Możliwe jest także wręczenie łapówki w postaci butelki trzy czwarte Smirnoffa. Ma pan trzydzieści sekund do namysłu.
- Czy jeśli dam łapówkę, to będę mógł spać w butach? - spytał Don Esteban.
= Tak; czas minął. Jaka jest pańska decyzja?
- Oto łapówka - w ścianie natychmiast otworzyły się małe drzwiczki, aby umożliwić de Pajácowi włożenie butelki.
= Dzięki = powiedział Głos.
- Czy macie tu kamerę? - spytał Wielkipodróżnik.
= Pewnie.
- Czy zdarza wam się wykorzystywać to co nagracie na taśmę bez wiedzy nagranego?
= Oczywiście. Firma Wielka Cudowna Podróż Dla Ubogich jest producentem ponad połowy pornosów na rynku. To niezły biznes = beznamiętny dotąd Głos nabrał pewnych emocji.
- No, cóż. Na mnie chyba nie zarobicie w ten sposób.
= Nie mów hop. . . No, do usłyszenia, obowiązki wzywają! = głośnik zamilkł i zapanowała cisza. Słychać było jedynie poszum odrzutowych silników lokomotywy oddalonej o wiele kilometrów.
Don Esteban wyciągnął swój zbiór zapalniczek na benzynę i wybrał jedną - grawerowany mosiądz z wizerunkiem demona Biisa. Zapalił skręta z trawki i uderzył w kimono, nabijając sobie przy tym guza.

*
* *

Następnego dnia Don Esteban de Pajác obudził się dosyć wcześnie, bo już około drugiej. Przetarł oczy, podniósł się z łóżka i zdjął spodnie. Poprawił nogawki swoich wywalających jaja bokserek i ziewnął. Potem założył spodnie i na bosaka wyszedł przed bramę. Zastał tam rower z karteczką, na której wypisane było jego imię. Obok leżała składana mapa pociągu. Przyglądając się jej, zauważył, że jeden fragment, w rejonie piątego wagonu specjalnego był szczególnie rozbudowany. Był to obszar VR; na mapie oznaczony został jako nieoznaczalny. Don zerknął do skorowidza i odnalazł najbliższy WAR'S Saloon. Wskoczył na rower i po kilkunastominutowej jeździe schludną, wyłożoną betonowymi kostkami alejką dotarł na miejsce. Zatrzymał rower i postawił na specjalnym stojaku, obok kilku innych. Wszedł do środka.
Bar utrzymany był w konwencji dzikiego zachodu. Drewniane, szerokie stoły i ławy, poziome obladry imitujące ogrodzenie, drewno na ścianach, żelazne latarnie z płomykowymi żarówkami, a na największej ścianie trójwymiarowa, animowana fototapeta przedstawiająca prerię, na której w oddali stała farma. Koło na wieży wiatraka kręciło się powolutku na wietrze, falująca smuga błękitnego dymu niespiesznie wędrowała w niebo, a na wysokim drzewie obok domu kołysało się spokojnie ciało wisielca. Ze stajni koło farmy dobiegało co jakiś czas rżenie konia. Don uznał, że jak na fototapetę, było to całkiem realistyczne. Spodobało mu się.
Na sąsiedniej ścianie wisiało kilka półeczek. Na jednej stały butelki od piwa i owinięta torbą po cukrze ćwierćlitrówka. Na sąsiedniej stała kolekcja gipsowych i porcelanowych czaszek różnej wielkości. Na trzeciej, ku swej ogromnej uciesze Don Esteban zobaczył kolekcję zapalniczek na benzynę. Zatopił się w oglądaniu kolejnych egzemplarzy. Chrom. Stal hartowana. Mosiądz niklowany. Mosiądz. Wybitka z brązu. Grawerunki znaków zodiaku. Emalia na blasze. Malowana flaga Kurdów kamczackich.
- Rany! - wyrwało mu się, kiedy ujrzał pen-niece, mosiądz z platynową wybitką członka w pełnym wzwodzie.
- Podoba ci się? - zapytał barman, który wyrósł jak z podziemi.
- Jasne!!! - zapluł się Esteban. Trzęsły mu się ręce, głos drżał, oczy świeciły a na czoło wystąpił pot.
- Zrobili takich tylko dwadzieścia pięć sztuk, ta ma numer seryjny 007. Jest ubezpieczona na 300 000 $ i należy do korporacji Państwowe Koleje Prywatne. Wyłącznie ten tabor posiada coś takiego. Została osobiście ukradziona przez dyrektora. Upsi, chyba mówię za dużo.
- Oh, yes. Ain't that cute? - spytał de Pajác.
- But it's wrong! - odparł basem barman. Potem uśmiechnął się - Hej, facet. Ty jesteś lepsiejszy, taki bardziej młodzieżowy. Chodź, postawię ci. Kolejkę, ma się rozumieć.
Podeszli do wielkiego dębowego kontuaru. Barman wszedł za bar. Był niezbyt wysoki, za to miał potężnie szerokie bary. Cały był zresztą nieźle zbudowany; twarde mięśnie grały sobie cichutko pod cienkim, napiętym do granic wytrzymałości podkoszulkiem. Sięgnął ręką po dwa kufle i napełnij je piwem BE.
- Jestem Don Esteban de Pajác - wyciągnął rękę Don Esteban de Pajác.
- Jestem Miś Winidur - wyciągnął rękę barman, teraz już Miś Winidur.
- O, ty jesteś gościem specjalnym?! - zapytał Esteban.
- Tak.
- Podobno jesteś bardzo sławny?
- Tak.
- Nie słyszałem o tobie; czemu?
= Hej, chłopaki, on nie słyszał o Misiu Winidurze!!! = dobiegł głos z głośnika na ścianie; w ślad za nim dobiegł gromki śmiech.
- No, cóż - Winidur podrapał się po łysiejącej czaszce - Jestem propagatorem, a oto moja historia - wyciągnął książkę w lakierowanej oprawie z napisem "Historia", poślinił palec i otworzył na trzeciej stronie.
"Pewnego dnia stałem na werandzie mojego niewielkiego domu w Zadupiu Starym i przycinałem nazbyt wybujałe gałązki wrzosu, rosnącego swobodnie na mej werandzie. W pewnej chwili ujrzałem biegnącego po ulicy pieska. Był to niewielki, przeciętny psiak wielorasowy. W pysku trzymał ogromną pajdę chleba. Był strasznie z tego zadowolniony. Machał ogonkiem, warczał radośnie sam do siebie, biegł cały taki ucieszony. Postanowiłem trochę go nastraszyć i tupnąłem nogą. Niestety! Ku mojemu przerażeniu psiak porzucił swoją pajdę chleba i uciekł w popłochu.
Od tamtej pory straszliwie cierpiałem. Często nad ranem budziłem się w okrwawionej pościeli, bo nawet w snach gryzło mnie sumienie. (. . . )" - Miś Winidur przerwał i zatrzasnął książkę.
- Postanowiłem oddać się działalności społecznej, aby choć nieznacznie okupić moją straszliwą winę - kontynuował po chwili przerwy - Zostałem propagatorem rzeczy sztucznych. Dzięki nim chronimy naszą planetę przed całkowitą zagładą. Dam ci przykład: jeśli chcesz mieć drewnianą deseczkę do krojenia chleba, to trzeba wyciąć drzewo, aby ją zrobić. Jeśli jednak chcesz mieć plastikową deseczkę, to wystarczy zrecyclingować trochę starych butelek. Proszę jednocześnie, abyś nie łączył recyclingu z cycami, bo to niewiele ma wspólnego.
- Zostawszy propagatorem, kupiłem sobie używany wóz transmisyjny od stacji radiowej FMR MF. Pomalowałem go. Widnieje na nim fioletowa tęcza.
- Jak to, fioletowa? - zapytał Esteban, dotąd pilnie przysłuchujący się historii Misia.
- Składa się ona jedynie z odcieni koloru fioletowego. Pełne, fioletowe spektrum fioletu tęczy. Naprawdę ładne, pokażę ci kiedyś. W mojej wędrówce po kraju towarzyszy mi wiernie Świnka Wymiocinka.
Na te słowa na ladę wbiegło nieduże, utytłane likierem prosię i głośno kwicząc i zapierając się racicami wyhamowało, wpadając na dystrybutor piwa. Świnka miała trochę krzywe uszy i zabawny ryjek.
- Dlaczego nosi takie imię? - spytał Esteban. W odpowiedzi Świnka wydała bulgoczący odgłos i zwróciła na ladę nadtrawiony posiłek, który zjadła rano.
- Rozumiem - powiedział Esteban. Chwiejnym krokiem podszedł do najbliższego okna, otworzył je i także zwymiotował. Potem otarł usta kantem obrusa i wrócił do lady. Miś Winidur do tego czasu posprzątał po Śwince, która zawstydzona opróżniała półlitrową miseczkę Sea Gram'a.
- A tę nieszczęsną kromkę, którą porzucił w panice ów biedny psiak trzymam zahibernowaną w swoim wozie - dokończył Miś swoją biograficzną opowieść i ciężko westchnął.
- Niełatwo jest żyć z takim poczuciem winy - powiedział de Pajác.
- Cóż.
Miś nalał kolejną kolejkę piwa. Potem jeszcze jedną. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. I jeszcze. Wreszcie przy sto dwudziestej siódmej kolejce obaj zgubili rachubę, a piwo we wszystkich dwóch dystrybutorach wyczerpało się.
Tego wieczora rower odprowadzał Don Estebana do przedziału. Potem nakrył go kołdrą i spokojnie ustawił się pod ścianą, co jakiś czas wzdychając cicho nad swoim ciężkim życiem.

*
* *

Następnego ranka Don Esteban obudził się i postanowił wybrać się na zwiedzanie pociągu, a dokładniej - postanowił obejrzeć lokomotywę. Postanowił ją obejrzeć dokładniej. Wsiadł więc na rower i pojechał zgodnie z kierunkiem jazdy.
Na miejsce dotarł we wczesnych godzinach popołudniowych. Stanął pod wielkimi drzwiami z kutego żeliwa i wczytał się w wężowato długą rozpiskę koło domofonu. Wreszcie odnalazł hasło "Główny maszynista". Nacisnął przycisk i po krótkim brzęczyku usłyszał zirytowany głos.
- Czego, do psiej nędzy?!
- To ja, Don Esteban de Pajác. . . - zaczął, ale mu gwałtownie przerwano.
- No to co, psiakryda?!
- Chciałbym wejść. . . - nieśmiało powiedział Don.
- To mów tak od razu, chłopie! - doleciało z głośniczka. Zabrzęczał zamek elektromagnetyczny, zaszumiały tłoki i sprężarki i powoli, z sykiem uchodzącego ze śluzy powietrza, drzwi zaczęły się otwierać. Gdy uchyliły się na odpowiednią szerokość, Don Esteban wszedł do środka. Postawił rower pod ścianą i rozejrzał się wokoło.
Lokomotywa wcale nie była duża, miała zaledwie pięć pięter i jedno półpiętro, opuszczony kanał, znajdujący się między szynami. Nawet nie było windy. Jednak mimo wszystko - robiła wrażenie. Ogromne siłowniki poruszały się rytmicznie tam i z powrotem, wprawiając w ruch wielometrowe koła. Każde miało swój własny silnik, zasilany osobnym źródłem energii. Dawniej były to zwykłe generatory elektryczne, jednak niedawno, jak można było sądzić po świeżej warstwie farby, zamontowano mikroreaktory na paliwo wodorowe. Napięcie z trakcji było już używane wyłącznie w charakterze sterownika.
Rzędy wskaźników migotały różnymi kolorami na płytach czołowych komputerów sterujących. Główna monada umieszczona była na środku najniższego piętra, nad kanałem, którym biegły miliardy kabli i światłowodów. Szyny zasilania sterującego rozsiadły się na betonowych ścianach i od czasu do czasu dawały znać o swoim istnieniu gęstym snopem iskier, pryskających z boczników energetycznych. Cichy poszum pracujących procesorów mieszał się z nieregularnym terkotem liczników Geigera i stukotem kół lokomotywy, dochodzącym zza uchylonego okna w ubikacji na trzecim piętrze. Okno, nota bene miało wielkość sporego bilboarda. Don Esteban odszukał tablicę orientacyjną z mapą i na niej odnalazł drogę do pomieszczeń głównego maszynisty. W miarę szybko dotarł na górę, ale już po paru kilometrach pożałował, że zostawił na dole rower. Wreszcie zupełnie zmachany dotarł do sporego ogrodu na końcu najwyższego piętra.
Naprzeciw niego była ogromna płaszczyzna panoramicznego szkła. Za nią widać było panoramę okolicy. Jasne niebo spotykało się na horyzoncie z dużo ciemniejszą ziemią, przeciętą wąską, prostą linią toru kolejowego. W oddali widać było kopulaste zarysy miast z wystającymi kominami i wieżami łącznościowymi. Gdzieniegdzie rozsiadły się malownicze wioski, pełne kolorowych domków o ceglastoczerwonych dachach i zielonych, zadrzewionych ogrodach. Widać było rzeki i małe potoczki, spływające z polodowcowych skałek wprost na asfalt autostrady. Nic nie zakłócało spokoju tej sielskiej krainy. Na środku ogrodu, na wprost tej szyby, przed rzędem lunet, powiększalników i terminali komputerowych, na składanym leżaku siedział mężczyzna i grał na gitarze. Wokoło niego rosła gęsta trawa, przetykana żółtymi mleczami i wiązkami błękitnych kabli. Tu i ówdzie z ziemi wyrastały stokrotki, gęstym kobiercem pokrywając systemy chłodzące reaktorów i porastając bloki gromadzenia informacji. Tuż obok nóg mężczyzny wyrastał opleciony łodygami powoju pulpit sterowniczy z klawiaturą alfanumeryczną.
- Ja. . . - zaczął Don Esteban.
- Cii. . . - powiedział mężczyzna i zagrał na gitarze, a potem zaczął śpiewać.



Come over to the window, my little darling,
I'd like to try to reach your arm.
I thought I used to think I was some kind of gipsy boy,
before I let you take me home.

Now so long Marianne,
it's time we began
to laugh and cry, and cry and laugh
or bear it all again.

Well you know, that I love to live with you,
but you make me forget so very much,
I forget to pray for the angel
and then the angels forget to pray for us.


W tym momencie spośród traw wyłoniły się różne przyrządy i razem, chórkiem,
zaśpiewały refren

Now so long Marianne,
it's time we began
to laugh and cry, and cry and laugh. . .

Do śpiewającego basem wskaźnika ciśnienia oleju w jedenastej prawej półosi przytuliła się śpiewająca falsetem dźwignia podnoszenia szyb w kabinie palacza i kołysali się razem w rytm melodii. Wtórowało im altem pokrętło automatycznego hamulca hydraulicznego, wspomagane chórkiem liczników Geigera. Wszystkie te przyrządy kołysały się i śpiewały do wtóru gitary, na której grał mężczyzna. Wreszcie ballada się skończyła i ten odłożył gitarę, mówiąc:
- Odpocznij Zuzanno!
- Nie ma sprawy - odparł instrument. Zwinął się w kłębek i usnął.
- Cześć! - powiedział mężczyzna - To ty dzwoniłeś do drzwi godzinę temu?
- Tak. Jestem Don Esteban de Pajác.
- Jestem Leonard Conan. Jestem tu głównym maszynistą.
- Cudownie śpiewasz - Estebanowi z zachwytu ślina ciekła po brodzie.
- Eee, tam. Tak sobie trochę komponuję na boku, jak mam chwilkę czasu. Naprawdę ci się podobało? - nie dowierzał.
- Tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak !!! - gorąco zapewnił go Don Esteban.
- Dzięki - uśmiechnął się Leonard Conan.
- Od dawna tu pracujesz?
- Nie. Dopiero ze trzydzieści lat. Właściwie to gdyby nie znajomości, to taki neofita jak ja nigdy nie dostałby takiej posady. No, ale byłem kiedyś dziewczyną kierownika taboru.
- Że niby kim ???! - zdziwił się Don Esteban.
- Widzisz, to było tak. Urodziłam się w Dug City. Nie miałam innego wyjścia. Skończyłam tam szkołę i liceum. Potem przeprowadziłam się do stolicy i tam ukończyłam studia. Jednak zawsze moim największym marzeniem było kierować lokomotywą Wielkiej Cudownej Podróży. Niestety, ludzie z Państwowych Kolei Prywatnych nawet nie chcieli słyszeć, że maszynistą mogłaby być kobieta. Nie miałam innego wyjścia, więc kiedy skończyłam dwadzieścia siedem lat, zmieniłem płeć. Kiedy wróciłem do biura Kolei z brodą i przeleciałem sekretarkę - natychmiast dostałem pracę. Ze względu na dawne powiązania, kierownik pomógł mi trochę w karierze. I tak wygląda moje krótkie życie.
- Rety - Don Esteban pokiwał głową nie mogąc wyjść z podziwu - Naprawdę byłaś zawzięty w dążeniu do celu. Podziwiam cię. Niestety, muszę już spadać.
To powiedziawszy, de Pajác zeskoczył do szybu wentylacyjnego i spadł na podłogę najniższego piętra.
- Wpadnij jeszcze kiedyś - zawołał za nim Leonard Conan.

*
* *

Siedząc w barze de Pajác zauważył dziwnego faceta. Długa broda, zielony kaptur, chałat. Dosiadł się do niego.
- Mogę? - zapytał, przysuwając krzesło.
- Oczywiszcze - odparł tamten - Jesztem Rabin Hood - przedstawił się.
- Don Esteban de Pajác.
- Napijesz szę? - zapytał Rabin Hood podnosząc do góry litrową butelkę koszernej.
- Chętnie.
I tak zaczęli pić. Wreszcie obaj dopadnięci przez alkohol i siłę ciążenia zwalili się pod stół. Don Esteban przetarł zamglone oczy. Odsunął nogę od stołu z twarzy i zapytał:
- Pan jesteś kolejarz?
- Tak - odparł Hood - A po czym pan pożnałesz?
- Po czapce.

*
* *

Dwa dni później Don Esteban i Miś Winidur siedzieli w barze i rozmawiali.
- Wiesz - powiedział Esteban - Horrory wcale mnie nie biorą. Wogóle.
- Masz rację - stwierdził Winidur - Mogę spokojnie o północy oglądać jak komuś wyrywają płuca i jelita, a potem idę sobie zrobić spóźnioną kolację i biorę prysznic w piwnicy, przy otwartym oknie, gwiżdżąc do wtóru bezpańskich psów.
- Tak - Esteban pokiwał głową ze zrozumieniem. Potarł podbródek. Pod palcami nie wyczuł dwudniowego zarostu. Jakoś się tym nie zmartwił.
- Wiesz - powiedział - Lubię sobie czasem założyć porządne skarpetki. Nawet, jeśli ma to być zwykły roboczy dzień, jeśli wiem, że będę tytłał się w błocie, lub pracował w garażu, to lubię mieć jasne, dobre skarpetki. Choćbym miał je potem wyrzucić, bo nie nadawałyby się już do użytku, będąc zbyt brudnymi. Kapujesz, o co mi chodzi, no nie?
- Pewnie.
Na kilka chwil zapadło milczenie. Koła pociągu stukały rytmicznie dwa metry niżej. W oddalonym o dobry rzut butelką oknie na przeciwległej ścianie widać było przesuwający się powoli krajobraz. Deszcz padał na zeszłorocznego człowieka. Kucharz podrzynał sobie żyły nożem do ćwiartowania marynowanego indyka.
W polu, daleko na horyzoncie stał mały grób. Na kamiennej, brudnej płycie wyryty był cytat:
"Kto od ognia,
kto od wody,
kto w świetle słońca,
kto w czasie nocy?"
Niżej zaś napis głosił co następuje:
"W miejscu tym spoczywa Jan Kowalski z mężem. Zginęli w tragicznej katastrofie traktora 'Zetor'. Byli wyznawcami kultu Hari Krishna. Harry, świeć nad ich duszami".
Don Esteban otrząsnął się z zadumy i zapytał:
- Czy jest tu gdzieś lista podróżnych?
- Nie. To znaczy, ja mam, ale to nie jest legalne.
- Pokaż, dobra?
- Dobra - Miś Winidur wyciągnął z kieszeni pomięty wydruk i podał go de Pajácowi.
- Po co ci to? - spytał.
- Kilkoro przyjaciół mówiło, że też będą podróżować tym pociągiem. Chciałbym się z nimi spotkać.
Chwycił w swoje ręce spis i zaczął błądzić oczami po nazwiskach. Wreszcie odnalazł szukaną grupę. Piersi, jego kumpel ze szkoły podstawowej, Dajgazetę, jego MG od roleplaying, Lexie, siostra Estebana i jej chłopak, Blender, Alexandra, nazywana Froggie i jej facet, Luke, Jacob i trzecia Alexandra, Lucienne i wreszcie ku zdumieniu Dona - Kurczak, którego ten się wcale nie spodziewał.
- Znalazłeś? - spytał Winidur, widząc błysk w jego oku.
- Tak, są w. . . hm. . . piątym wagonie specjalnym. To ten taki dziwny.
- Tak, to systemy VR. Oglądałeś kiedyś Star Trek, the Next Generation?
- Aha - Esteban pokiwał głową.
- W jednym odcinku mieli coś takiego. W specjalnym pomieszczeniu mieli osobny kieszonkowy wszechświat, w pełni kreowalny. Nasz jest podobny. Jeśli do pamięci wprowadzić odpowiednio dużo danych, wtedy możliwe jest hiperrealistyczne odtworzenie fragmentu rzeczywistości. Oczywiście, część jest montowana z gotowych modułów, ale i tak efekt jest zajebisty.
- Hm, no to fajnie - powiedział Esteban - Czy wiesz, jak sprawdzić, w jakiej rzeczywistości się teraz znajdują?
- Mogę się dowiedzieć. Taś, taś, taś - krzyknął na Świnkę Wymiocinkę, opróżniającą chyłkiem butelkę Gordon's Gin. Podbiegła kołysząc się lekko i podarowała Don Estebanowi hawajską koszulę. Z trudem powstrzymał się od rewanżu. Miś Winidur powiedział coś Śwince na ucho i klepnął ją po grzbiecie. Potem dodał coś jeszcze i zwierzę z rozdzierającym, przeraźliwym kwikiem szurnęło po korytarzu, ściągając chodniczek. Przerażony pisk słychać było jeszcze długo.
- Co jej się stało?
- Kazałem jej sprawdzić twoich przyjaciół. Potem dodałem, że jak się źle spisze, to położę jej szlaban na alkohol.
- Uhm - Don Esteban ze ściśniętym gardłem przełknął ślinę. Taka ewentualność była rzeczywiście straszliwa.
Świnka Wymiocinka wróciła siedem godzin później, zziajana i wyczerpana do granic możliwości.
- Jak to jest - spytał de Pajác - Ona wygląda, jakby przebiegła kilkadziesiąt kilometrów.
- Hm, widzisz. Użyliśmy tu pewnego tricku. Czy nie zauważyłeś, że wagon z zewnątrz ma sześć metrów szerokości i około trzydziestu lub sześćdziesięciu długości, w zależności od modelu?
- Tak.
- W środku natomiast robi się z tego sześćset metrów na trzy do sześciu kilometrów. Mamy tu wirtualizatory translacyjno - kreacyjne.
- Co?????????????????????????????????????????????????????????????????????????
- Systemy dostosowujące rzeczywistość. W tym konkretnym wypadku rozszerzające ją do żądanego rozmiaru.
- Zbiłeś mnie z tropu.
- Ha, do wszystkiego się człowiek z czasem przyzwyczaja.
- Hi - powiedziała po angielsku młoda kobieta, podchodząc do kontuaru.
- What kind of high do you mean? - spytał Winidur.
- A mean one. Or maybe a vicious one.
- Sorry, that's not my part, but try there, with Sid Vicious - wskazał ręką postać leżącą pod stolikiem w rogu sali.
- A my idziemy stąd w cholerę - powiedział do Estebana. Jednak po namyśle zdecydowali się iść w prawo.
Stanęli na korytarzu, pod ścianą. De Pajác spojrzał przed siebie. Rzeczywiście, zgodnie ze słowami Misia wagon miał około sześciuset metrów szerokości. Dziwne, pomyślał, że do tej pory tego nie zauważył. Przecież powinien. Co jeszcze miało go napotkać w tej dziwnej podróży przez następne kilka miesięcy, tego doprawdy nie wiedział. Czy przetrwa, czy jego osobowość ulegnie diametralnej zmianie, jak potoczą się jego losy po powrocie do domu? Te rozmyślania przerwała mu wilgoć w bucie. Wymiocinka znów się porzygała.

*
* *

Następnego ranka Don Esteban wsiadł na swój rower i korzystając z mapy skierował się w stronę wagonów specjalnych. Musiał jednak pokonać ponad pięćdziesiąt kilometrów, nim osiągnął ten właściwy. Ledwo żywy podszedł do obsługującego konduktora.
- Tak? - zapytał tamten.
- Szukam przyjaciół - odparł Don Esteban - Są w sztucznej rzeczywistości o nazwie Bundle City.
Konduktor zastanowił się przez chwilę, wyszukał coś na ściennej tablicy i nic więcej nie mówiąc, skinął ręką. Obaj ruszyli korytarzem. Wkrótce dotarli do niewielkiego pokoju. Za przyciemnioną szybą, w półmroku widać było kilka postaci. Twarze miały osłonięte ekranami 3D, dokoła walały się grube wiązki kabli i światłowodów. Rzędy migających światełek wyznaczały zarys potężnej, szumiącej cicho maszyny, ukrytej w mroku. Obok, oparty o konsolę, spał jeszcze jeden funkcjonariusz. Koło krzesła stał słoik z kiszonymi ogórkami. Konduktor uniósł głowę, zbudzony hałasem.
- Chcę dołączyć do swoich przyjaciół - powiedział Esteban. Bez słowa obaj konduktorzy usadzili go na fotelu. Głowę oplotło mu okablowanie, rząd elektrod został naklejony na klatkę, dłonie zniknęły w specjalnie profilowanych czeluściach fotela, oczy zakryła ciekłokrystaliczna kopuła wizyjna. Poczuł lekkie ukłucie w ramię, potem nastąpił błysk.
Don Esteban stał na drodze, mrużąc oczy od jaskrawego słońca. Właśnie opadał tuman kurzu, wzniecony przez odjeżdżającą furgonetkę. Pamiętał, że złapał autostop, a wcześniej szedł kilka kilometrów, po tym, jak wysiadł z pociągu na stacji Ponikiew. Obejrzał się. Po lewej stronie drogi, trochę w głębi, na małej łące obok kilku zabudowań stało kilka namiotów. Przed jednym z nich, na składanym turystycznym foteliku siedziała postać. Esteban poznał ją po okularach. To był Kurczak; jego okulary miały charakterystyczny kształt odwróconych do góry nogami kółek. De Pajác podszedł do zbitego z obladrów płotu i gwizdnął. Potem jeszcze raz.
- Kurczak, indycza twoja mać! - wrzasnął, kiedy tamten nie reagował. Na ten okrzyk odwrócił się wreszcie.
- Don Esteban?! Skąd się tutaj wziąłeś?!
- Mówiłem, że przyjadę, a ja zawsze jestem słowny! - przywitał się ciepło z Kurczakiem. Razem weszli między zabudowania. Kurczak otworzył drzwi do sporej kuchni gospodarczej.
- Don Esteban?! - rozległ się zdziwiony okrzyk.
- Tak! - stwierdził ów, witając się z Jacobem i Blenderem. Drzwi otwarły się z hukiem i stanął w nich Piersi z siekierą zarzuconą na ramię. Jego oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia niczym szkła Kurczakowych okularów.
- Don Esteban?! Ty tutaj?! - zawołał.
- Tak, Piersi, mój stary kumplu! - padli sobie w ramiona.
- Gdzie reszta? - spytał. W tym momencie do pomieszczenia wpadł Dajgazetę. Kolejne, równie serdeczne powitanie.
- Chodź, powiedział Piersi - Przywitasz się z Lexie. Schowaj się za mną.
Zbiegli na dół, po trawiastym stoku schodzącym nad jezioro. Na pomoście, pochylona, Lexie zmywała talerze. Don Esteban podbiegł cicho i krzyknął:
- Dzied maroz prijechał! - poczym wepchnął ją do wody. Z głośnym pluskiem pogrążyła się w falach.
- Bracie! - krzyknęła, wynurzając się. Złapała go za nogę i pociągnęła. Wylądował w wodzie, tuż obok niej.
Razem wrócili do kuchni, gdzie zastali resztę ferajny. Obustronna radość z tego spotkania nie ustępowała jednostronnemu zdziwieniu. Zanurzyli się wszyscy w kontemplacji tych dwóch uczuć, śmiejąc się radośnie. Było im całkiem pozytywnie.

*
* *

Don Esteban obudził się w kuchni, którą pamiętał z poprzedniego dnia, na dosyć niewygodnym leżaku, którego nie pamiętał i na kacu, którego pochodzenia się domyślał. Choć tak mówiąc prawdę, to nie miał kaca.
Wstał i nastawił wody na herbatę. Z nudów, czekając na wrzątek, zabawiał się w zabijanie much pogrzebaczem. Ubił w ten sposób tuzin. Potem rozgrzał pogrzebacz do czerwoności i dalej zabijał muchy, aż do czasu, gdy woda się zagotowała. Spojrzał na zegarek: była siódma dwadzieścia trzy, środek nocy. Obok, na drugim, podobnym leżaku budził się powoli Dajgazetę. Nie otwierając oczu przeciągnął ramiona, obrócił się na drugi bok i z wielkim hukiem spadł na podłogę. Dopiero wtedy otworzył oczy.
- Chcesz herbaty? - spytał de Pajác.
- Aha - Dajgazetę wygramolił się spod leżaka. Obaj usiedli przy stole i zaczęli sypać cukier do herbaty.
- Nie mieszasz? - spytał Don, widząc, że jego współpijący nasypał cukru, lecz nie zamieszał.
- Nie. Jestem Niemieszasz - odparł Dajgazetę, nawiązując do znanej i lubianej bajki o krasnoludkach - pijakach zgwałconych przez Królewnę Śnieżkę z wydatną pomocą jej koleżanki, Marysi. Don uśmiechnął się w duchu na wspomnienie tej bajki. Poprawił swoją trójrożną czapeczkę z dzwoneczkami, które zadzwoniły cicho i napił się herbaty. Potem zanurzył się w rozmyślaniach. Musiał się wynurzyć ponownie na powierzchnię zdarzeń pół godziny później, bo nabrał za mało powietrza. Ponieważ nic znaczącego się nie działo, więc znów pogrążył się w rozmyślaniach i pozostał w takim stanie aż do drugiej po południu.
Właśnie wtedy do kuchni weszła Lucienne, co oznaczało, że namiotowa część towarzystwa powoli budzi się ze snu. Lucienne rozejrzała się i powiedziała wszystkim "Cześć", na co wszyscy dwaj obecni, czyli Dajgazetę i Don Esteban odpowiedzieli tym samym.
- Dzięki, że nakryłaś mnie wczoraj swoim śpiworem - powiedział de Pajác - Było mi pod nim naprawdę bardzo fajnie.
- Cieszę się. Zrewanżujesz się i popływasz ze mną łódką? - spytała Lucienne.
- O'K! O'K Chicken!
Wybiegli z kuchni i ze śmiechem zbiegli nad jezioro po stromym stoku. Dokładność graficzna VR'u zdumiewała. Wszystko wyglądało perfekcyjnie. Może podali mi halucynogeny, pomyślał Don.
- Ja wiosłuję - powiedział, kiedy wsiadali do niedużej łódki. Kilkoma uderzeniami wioseł wypchnął ją na środek i spokojnie popychał naprzód.
- Ładnie tu, prawda? - zagadnął. Lucienne pokiwała głową, ręką osłaniając zapałkę, którą przypalała papierosa.
- Hm? - wyciągnęła do Estebana paczkę. Wziął jednego i też zapalił.
Wypłynęli na środek i tam zatrzymał łódkę. Siedzieli tak w ciszy, kontemplując krajobraz lasu, rozciągającego się po drugiej stronie jeziora. Ptaki śpiewały, wiał lekki wiatr, słońce grzało mocno, powoli opuszczając się w kierunku horyzontu.
Łódź z chrzęstem wpłynęła w trzciny.
- Co zrobiłeś? - spytała Lucienne, podnosząc głowę.
- Nic, wpieprzyłem się w trzciny.
- I co teraz?
- Wypieprzę się.
- Samoobsługa?
- Tak, w samotności można się nauczyć wielu rzeczy, samotność jest fajna.
Lucienne wzruszyła ramionami i nic nie powiedziała. Zapaliła następnego papierosa.
Łódź pluskała cicho, wiosła skrzypiały w dulkach, Don Esteban rytmicznie robił ramionami. Minęła godzina, dwie, trzy, rozmowa ciągnęła się powoli. Głosy niosły się daleko po powierzchni wody. Las szumiał cicho pochylając się nad taflą.
Ich uwagę przyciągnął okrzyk na brzegu. Szybkimi ruchami wioseł Don Esteban podpłynął w stronę pomostu i obrócił łódź. Stali na nim Lexie i Blender, obejmując się mocno rękoma.
- Zobaczysz! - zawołała Lexie.
- Wcale nie! - Blender najwyraźniej nie miał zamiaru ustąpić. Lexie próbowała go przewrócić. Oboje przesunęli się nad samą krawędź pomostu. W tym momencie deski nie wytrzymały. Wystrzeliły w górę, a para z pluskiem wpadła do jeziora, rozchlapując wodę na boki.
Don Esteban podpłynął i razem z Lucienne wyciągnęli ich na łódkę. Potem razem wysiedli na pomost, przezornie omijając krawędzie.
- Hej! - rozległ się okrzyk od strony kuchni. To Jacob stał na szczycie zbocza.
- Jacob? - szepnął zdziwiony Blender. Tamten też poruszył ustami. Powoli szli w swoim kierunku.
- Jacob? - spytał Blender.
- Blender? - spytał Jacob.
- Jacob!? - Blender nie wierzył własnym oczom.
- Blender!? - Jacob nie wierzył własnym oczom.
- Jacob! - ucieszył się Blender.
- Blender! - ucieszył się Jacob.
- Jacob!!!
- Blender!!!
Rzucili się sobie nawzajem w ramiona, śmiejąc się ze szczęścia.
- Co o tym myślisz, braciszku? - spytała ociekająca wodą Lexie, patrząc na Don Estebana.
- Czy ja wiem, chyba się po prostu lubią - de Pajác wzruszył ramionami.
Tymczasem Piersi rozpalił wesoły ogieniek nad brzegiem jeziora. Don Esteban włożył jego czerwony sweterek, bo stwierdził, że nagle zrobiło się zimno. Lucienne po cichu podniosła gruby kij i zniknęła w nadbrzeżnych zaroślach. Wychynęła kawałek dalej, skradając się w stronę siedzącego na brzegu wędkarza.
- Co ona robi? - spytał szeptem Dajgazetę.
- Walczy z mordercą zwierzątek - szeptem wyjaśnił Piersi - Biedny Krzesimir.
- Kto? - spytał szeptem Don. Piersi wskazał na wędkarza.
- Aha.
- Stawiam trzy do jednego na Lucienne - szepnął Dajgazetę - Zakład o flaszkę i o moje sznurowadła.
W tym momencie Lucienne wychynęła z zarośli z drągiem w rękach i okrzykiem na ustach. Wrzeszcząc hasła Frontu Wyzwolenia Zwierząt, zaczęła okładać wędkarza kijem po grzbiecie, głowie i nerkach. Potem silnym kopnięciem wtrąciła nieszczęśnika do wody i sięgnęła po jego siatkę z rybami. Wkrótce te, które nie były śnięte odpłynęły na jezioro o własnych siłach, a te, które były śnięte, odpłynęły na jezioro o siłach wiatru. Lucienne triumfując wróciła do ogniska, po drodze wycierając krew z drąga. Skatowany Krzesimir jęczał cicho, leżąc na kamienistym brzegu.
- Lucienne, czy ty kochasz zwierzęta? - spytał Don Esteban.
- Bardzo - skinęła głową.
- To dlaczego masz skórzane buty?
- Tak jakoś to wyszło. . .
- Tak wyszło. . . Więc w nich chodzisz. . . No cóż, rozumiem. Nic nie rozumiem. Co powiesz na to, żebyśmy poszli i zrobili kanapki z serem?
- Chodźmy.
I poszli.

*
* *

Don Esteban wrócił z kibla, usiadł przy stole, napił się herbaty i rozejrzawszy się po zebranych, powiedział:
- Jeszcze zobaczycie, ten sracz odgryzie komuś tyłek. Mówię wam - stwierdził cicho, zawziętym, profetycznym tonem.
- Idź się utopić. Albo idź się upić.
- Zobaczycie - powiedział Don i pogrążył się w piciu herbaty.

*
* *

Kurczak i Don Esteban siedzieli w kuchni. Don był wściekły, bo właśnie pokłócił się z siostrą. Poszło im o zakupy.
- No, popatrz - powiedział do Kurczaka - Gdybym ci powiedział, że masz dla mnie zrobić zakupy, ale nie powiedziałbym jakie, to co byś mi kupił?
- Tobie?
- No.
- Kupiłbym ci "świerszcza" - odparł Kurczak z przekonaniem.

*
* *

Tej nocy grali w monopol. Don Esteban znajdował się właśnie na granicy bankructwa.
- Hm - powiedział Luke - Dobra, opuszczę ci opłatę i wezmę twoją fioletową dzielnicę.
- Takoj bolszoj! Niebieską tak, fioletowej nie dam.
- A niech ci będzie niebieska, choć teraz to już niech mi będzie niebieska.
- Luke, musisz zapłacić dwadzieścia pięć tysięcy - powiedział Dajgazetę, kiedy Luke rzucił kostką.
- Ty żydu! Hm, pięć, sześć, sześć i pół, sześć osiemset, sześć osiemset pięćdziesiąt. . . trzy, cztery, dziewięć, nie mam.
- Dawaj niebieską i żółtą dzielnicę.
- Ty żydu! Nie! Sprzedam domki, ale dzielnicy nie oddam.
To powiedziawszy, Luke spieniężył trzydzieści siedem domków i udało mu się osiągnąć potrzebną sumę.
- Domki, domki - zapiał Dajgazetę z uciechy - Teraz będziecie płacili po. . . - zajrzał do instrukcji, na moment przerywając ustawianie domków zakupionych za ściągnięte od Luke'a pieniądze - . . . po trzydzieści pięć tysięcy.
- Don Esteban - powiedział Luke - Płacisz piętnaście. Wezmę twoją fioletową dzielnicę.
- Bierz, ja spasowywuję, nie mam już nic. Hej wam - wstał od stołu i poprawił czerwoną czapkę z dzwoneczkami.
- Idziesz pływać? - spytała Lucienne, czytająca książkę na przypiecku. Skinął głową. Naciągnął swoje zielone kąpielówki z nogawkami i zawiązał sznureczek. Lucienne włożyła kostium.
Zeszli nad jezioro. Nad wodą unosiła się mgiełka, lekko fosforyzując w świetle wielkiego księżyca w pełni. Właśnie mieli wchodzić do wody, kiedy usłyszeli mrożący krew w żyłach okrzyk bólu. Trzasnęły drzwi i przez środek podwórka przegalopował Krzesimir. Był straszliwie przerażony, twarz wykrzywiał mu wyraz okropnego cierpienia; nie miał spodni.
- Co się stało!? - zawołał Don Esteban, podbiegając do niego.
- Sracz odgryzł mi tyłek! - zawołał żałosnym głosem Krzesimir.

*
* *

Dajgazetę i Don Esteban szli drogą i układali wierszyki. Pierwszy był tłumaczeniem jednego ze znanych utworów nurtu szaletowego.
- Bird is flying like in love,
Sun is shining high above.
Frog is shitting in the bay.
Fuck, what a beautiful day! - wydeklamował Don Esteban de Pajác.
- No, to teraz ja - stwierdził Dajgazetę i rzekł:
- Bat is flying from the far,
High above is shining star.
Frog is holding her ass tight.
Fuck, what a beautiful night!

*
* *

Pewnego dnia Dajgazetę i Esteban popłynęli łódką na południe, w kierunku widniejącego na brzegu obozu. Przybili do brzegu i zachowując środki ostrożności zeszli na plażę, poznaczoną śladami obutych stóp.
Nagle dostrzegli kogoś z nich. Gaijin popatrzył na nich ciekawie i podszedł, nie okazując strachu.
- Cześć! - przemówił ludzkim głosem.
- Cześć! - powiedział Don Esteban - Gdzie jest wasz wódz?
- Poczekajcie! - gaijin pobiegł w kierunku obozu i zniknął w największym namiocie. Na wszelki wypadek obydwaj cofnęli się do łodzi, w razie napaści.
Wkrótce z Wielkiego Namiotu wyszedł lekko zataczający się człowiek i podszedł w ich kierunku.
- Jest naćpany - szepnął Dajgazetę.
- Uważaj, to może być zmyłka - odszepnął Don Esteban.
- Czołem - pozdrowili naćpanego.
- Jezus moim panem - wybełkotał tamten i upadł na piasek.
- Jestem Don Esteban, a to jest Dajgazetę. A ty?
- Jestem Marian, i jestem Wielkim Kacykiem Obozu Szybkich Chrześcijan - powiedział naćpany, teraz już Marian, nie podnosząc się z piachu, na który upadł.
- Dlaczego Szybkich?
- Żeby odróżniać się od Obozu Wolnych Chrześcijan.
- Achaa. . . To my już pójdziemy.
- Wpadnijcie jeszcze kiedyś!
Wsiadając do łódki, Esteban przypomniał sobie Leonarda Conana i jego balladę.
- So long, Marianne - zanucił sobie pod nosem.
- Czy "So long, Marianne" znaczy "Taki długi Marian"? - spytał Dajgazetę.
- Tak mi się wydaje - odparł Don, wiosłując zawzięcie.
- Cóż, ten Marian bez wątpienia leżał jak długi.

*
* *

Don Esteban i Lucienne siedzieli na dachu kuchni, palili papierosy i wpatrywali się w wieczorne niebo.
- Jak myślisz - spytała Lucienne - czy Szybcy Chrześcijanie to sekta?
- Czy ja wiem? Sekta musi mieć orgie, a to są zbytnie lamy, żeby nawet wiedzieć, co to jest dobra orgia.
- Czyli to nie sekta?
- Chyba nie. . .
Na moment zapadło milczenie. Słońce opadało powoli za horyzont, rozchlapując swoją błyszczącą krew gdzie popadło.
- Co ci przypomina tamten słup? - de Pajác wskazał ręką majaczący koło drogi kawał żelastwa.
- Magiel.
- Mnie raczej szubienicę.
- Ee, tam - powiedział Dajgazetę, który właśnie wlazł na dach po drabinie.
- To jest karabin pepesza - stwierdził autorytatywnie.
- Cholera! - dobiegł ich zirytowany głos Blendera.
- Co jest, Blenderze?! - Lucienne wychyliła się przez krawędź dachu. Blender sterczał pod zieloną budką, rękoma trzymając się za krocze i podskakując ze zniecierpliwienia.
- Co jest?
- Ciągle zajęte, a mnie się coraz bardziej śpieszy! - odkrzyknął Blender i zagryzł wargę.
- Skąd wiesz, że zajęte?
- Bo drzwi są zamknięte, a zawsze były otwarte.
- Wiesz co. . . - Lucienne zeskoczyła z dachu i podeszła do budki. Pociągnęła za umocowaną na drzwiach gałkę. Wewnątrz nie było nikogo.
- JEVLE!!! - wrzasnął Blender po szwedzku i wbiegł do środka.
- Co on krzyknął? - spytał się Dajgazetę Don Estebana.
- Chyba coś w stylu "Cholera jasna!!!".
- No tak. . . - obaj pokiwali głowami.
- Hej!! - dał się słyszeć okrzyk znad jeziora. Esteban, Dajgazetę i Lucienne popatrzyli w tamtą stronę. Na jeziorze, w łodzi stał Piersi i patrzył na brzeg na wysokości Obozu Szybkich Chrześcijan. Stały tam jakieś wymięte panienki i krzyczały na niego.
- Idź stąd, my chcemy się kąpać!!!
- To się kąpcie, do cholery! - odkrzyknął im Piersi.
- Nie możemy, bo się patrzysz!!!
- Rany - Piersi walnął się pięścią w głowę - Żebyście wy chociaż gołe były! Albo przynajmniej ładne!
- Nie jesteśmy, ale i tak odpłyń, bo się wstydzimy.
Don Esteban zeskoczył z dachu i stanął obok Lucienne.
- One na pewno nie wiedzą, co to jest dobra orgia. Wogóle jakakolwiek orgia. To nie może być sekta. Za dużo tam debili.
- Masz rację. . . - pokiwała głową Lucienne. Wpatrywała się w przeciwny brzeg, na którym stało samotne drzewo lipowe. Na drzewie kołysał się jak na szubienicy Taki Długi Marian i śpiewał sobie "Jezus moim panem!".

*
* *

Krzesimir wracał wieczorem ze wsi. Był pijany w stu dwunastu procentach. Można nawet było zaryzykować stwierdzenie, że był napruty jak widły.
Ledwo trzymając się na nogach, wkroczył na podwórko i na pomoście, w świetle księżyca w pełni, takiego jak przez cały poprzedni tydzień, ujrzał COŚ. Około metra, krępa sylwetka, Krzesimir wziął COŚ za bardzo dużego psa. Po cichutku, trochę wystraszony, chciał podejść do latarni, żeby zapalić światło. Nagle usłyszał:
- Brrgrbrrggbrrrr!!!!! - i zamarł z przerażenia. Najwyraźniej pies warczał na niego. Tak się przestraszył, że myśli zaczęły mu się jąkać. Poruszył się i ponownie usłyszał:
- Grrrbrgrbbrrrygrrrygry!!!!!!!!!!!!!!!!!
Padł na ziemię i przerażenie, skumulowawszy się z płynącym w jego żyłach bimbrem doprowadziło do ataku serca. Poczuł szpony śmierci na szyi.
Krzesimir padł na ziemię, mokra rosa moczyła mu twarz, nogi tłukły ziemię w ostatnim, desperackim odruchu życia. Przerażenie zabiło go.
Na pomoście, zgięta wpół, Lucienne wymiotowała, zatruwszy się sałatką z tuńczyka.

*
* *

Po pogrzebie Krzesimira gospodarz Valdi cały dzień pił na sępa. Wrócił do obejścia dopiero wieczorem.
Don Esteban, jego siostra Lexie i Dajgazetę palili ognisko. Valdi stanął na szczycie zbocza i pochylił się w ich stronę, aby się lepiej przyjrzeć. Zakołysał się jednak i poleciał na pysk. Spadł tuż obok ognia.
- Co ci się stało, biedny? - zaciekawił się Dajgazetę.
- Spili. . . - zakwilił żałośnie Valdi - Spili mnie, skurwysyny, spili. . . - płakał.
- Taak. . . - powiedział Dajgazetę ze zrozumieniem - Wódkę to ci przemocą do gardła wlewali. . .
- A żebyś wiedział! - powiedział Valdi silnym głosem i usnął.

*
* *

Wieczór był ciepły i piękny, jak mało. Lucienne i Esteban stali na kamieniach nad brzegiem jeziora. Patrzyli sobie głęboko w oczy.
- Esteban, ja. . . - zaczęła Lucienne. W tym momencie niebo zafalowało i zawaliło się, odsłaniając rusztowanie z desek. Trawa zbladła i rozsypała się w proch, a woda zniknęła, odsłaniając dno z emaliowanej blachy.
Don Esteban obudził się, czując ból pod powiekami, jakby od silnego światła prosto w oczy. Ściągnął kopułę wizyjną i zobaczył, że obok budzą się jego towarzysze. Rozglądali się wszyscy dokoła równie zdezorientowani jak on. Obok ubrany na seledynowo konduktor odłączał pęk kabli od maszyny. Popatrzył na nich obojętnie, jakby byli powietrzem albo zeszłoroczną trawą.
- Co się stało? - zapytał Piersi, przecierając oczy.
- Prąd nie płynie - odparł lakonicznie konduktor.
- A dlaczego nie? - spytała Alexie.
- Bo ktoś zawiązał supeł na kablu.
Głośny odgłos uderzenia przerwał ciszę. To Blender z całej siły uderzył głową w konsoletę.
- Co się stało?! - przestraszona Lexie podbiegła do niego. Za nią ciągnęły się dwa pasma kabli, niczym rozpięte szelki od ogrodniczek.
- Załamujecie mnie - powiedział Blender. Lexie pogłaskała go po głowie.
- Przykro mi, ale przez jakiś czas niemożliwy będzie powrót do Bundle City - powiedział konduktor.
- Kiła, panie - stwierdził Jacob.
- Ładny kutas, pani Basiu - powiedział Luke.
Wyszli z pomieszczenia. Odebrali z magazynu swoje rowery i pojechali do kantyny WAR'S Saloon.
- Don Esteban de Pajác!!! - zawołał Miś Winidur, gdy go zobaczył.
- Miś Winidur!!! - zawołał Don Esteban de Pajác, gdy go zobaczył.
- Powiedz cyfrę od jednego do pięciu - zażądał Miś.
- Siedem.
- Ekstra. Nie było cię ze dwa miesiące, co robiłeś? A to kto? - zaciekawił się, dostrzegając grupę za plecami Don Estebana.
- To moi znajomi.
- Jedliście kiedyś kisiel na wódce? - spytał Miś. Odpowiedziało mu zgodne kręcenie głową na nie. Gestem ręki zaprosił wszystkich na zaplecze.
Tam wyciągnął z szafki pół litra wódki brzoskwiniowej i torebkę kiślu cytrynowego. Don Esteban wlał wódkę do garnka i zapalił gaz. Winidur wymieszał kisiel w odrobinie gorzałki.
Wódka zaczęła się gotować.
- Dawaj ten kisiel - krzyknął Don Esteban, omal nie strącając garnka z palnika.
- O, dziwka - krzyknął Winidur - Jeśli jeszcze raz strącisz garnek, tak jak tydzień temu. . .
- Jeśli jeszcze raz strącę, to nasram na środku tego baru i posprzątam po sobie!!!
- Szybciej, psiakrew, bo wyparuje!
- Przykryj, przykryj! - Miś wlewał rozmieszaną mieszaninę do wrzącego alkoholu.
- Po co zgasiłeś ogień, idioto! - krzyczał.
- Gdzie zapałki!?!
- To już ostatnia!! - desperacko miotali się po zapleczu.
- Zapalaj szybko, bo ostygnie!!
- Nie taki duży ogień!!
Mieszanina ponownie zawrzała. Przelali ją do salaterki.
- Hej, uważaj!!
- Bierz ścierkę!!
- Bo rozlejesz!! - z trudem dotarli do zamrażarki i złożyli tam ładunek. Pobiegli do łazienki umyć garnek, bo był pożyczony, a śmierdział wódką jak sto czortów. Nie tylko on zresztą, ale wszystko dokoła.
- Teraz poczekamy do wieczora, aż ostygnie i zastygnie - powiedział Winidur.
Dwanaście godzin później wszyscy zebrali się wokoło zamrażarki.
- Będziemy jeść kisiel z prądem.
- Dawaj! - wyciągnęli go ze skrzyni. Kawałki zamarzniętego, ściętego kiślu dryfowały w zmrożonej wódce.
- O,Q! - Winidur załamał ręce.
- Boże! Jezus Ma Ryja! - krzyczał Don Esteban. Reszta stała w posępnym milczeniu, a wszyscy stali w kuchni. Otępiali, trzymali w grabiejących powoli dłoniach zamrożoną salaterkę z rozbitą zawiesiną.
- O,Q! - powtórzył Winidur. Po twarzy powoli spływały mu łzy.
- Musimy coś z tym zrobić!
- Cedzimy! - w mig na stole pojawił się kubek i rolka papieru toaletowego. Lexie przyniosła małą miskę i zaczęli przecedzać zwarzony kisiel.
- Słabo wam to idzie - powiedział Jacob.
- Winidurze, podaj te majtki, które tam leżą.
Miś sięgnął po seledynowe majtki i nałożył je na kubek.
- Założyłeś je tyłem! Ktoś tego dotykał odbytem!
- Wolisz nie wiedzieć, co było z przodu. Poza tym uprane!
Zaczęli odcedzać kisiel przez seledynowe majtki. Nadal nie szło im to najlepiej. Odstawili salaterkę i popatrzyli na kubek, na założone na niego, wymazane zwarzonym kiślem nachy i na cały bałagan na stole. Wokół unosił się smród alkoholu. Wódka po cichu kapała do kubeczka.
Gwałtowne chłeptanie odwróciło uwagę wszystkich od obrazu nędzy i rozpaczy. Wymiocinka dorwała się do salaterki i pochłonęła jej zawartość.
- O, ty prostytutko!!! - wrzasnął Esteban i kopniakiem w zadek strącił zwierzątko ze stołu.

*
* *

Następnego dnia Don Esteban ujrzał na korytarzu dziwnego człowieka. Opierał się ramieniem o okno i kurzył długą, wspartą o podłogę fajkę. Miał na sobie kubrak na kożuchu, na głowie zdobiony pawimi piórami kapelusz, za pasem toporecek, na nogach kierpce, a ze zdobionego pasa zwieszały się parzenice.
- Cześć! - powiedział Don Esteban de Pajác - Jestem Don Esteban de Pajác. A ty?
- Josem Janek, dyć syćki komraty wołajo mie Janosik.
- Masz na myśli Yano - sick, cierpisz na chorobę lokomocyjną?
- Dyć ze ni. Wołajo mie Janosik, bo jeno sikom.
- Aha, see, come?
- A dyć ze ni, Pajácu ty sakramencki!
- To co, tak prozaicznie Janosik, bez podtekstów?
- Ji tam, jak pruzaicnie?! Kieby to Janosik było pruzaicnie?!
- No. . .
- Ty mie tu nie nonaj! Pajácu ty sakramencki! Bo cie zaroz ciupazkom!
- To ja już może pójdę. . . - powiedział asekuracyjnie Don Esteban i szybszym niż wypadało krokiem oddalił się w stronę kantyny Misia Winidura, aby tam zalać się w trupa wespół ze Świnką Wymiocinką.

*
* *

Jakiś tydzień po niefortunnym robieniu kiślu Don Esteban i Miś Winidur siedzieli w kantynie i pili piwo. Właśnie zaczynał się czwarty miesiąc Wielkiej Cudownej Podróży.
- Wiesz - powiedział Miś - słyszałem kiedyś w autobusie niezły dowcip.
- No to opowiadaj!
- Pewien ojciec zapytał swego syna, gdy ten skończył dziesięć lat, co chciałby dostać. Ten odparł, że trzy białe kuleczki. Potem, gdy na jedenaste urodziny ojciec zapytał go, co chciałby dostać, ten odparł, że trzy białe kuleczki. Potem, gdy na dwunaste urodziny ojciec zapytał go, co chciałby dostać, ten odparł, że trzy białe kuleczki. Potem, gdy na trzynaste urodziny ojciec zapytał go, co chciałby dostać, ten odparł, że trzy białe kuleczki. Potem, gdy na jego czternaste urodziny ojciec zapytał go, co chciałby dostać, ten odparł, że trzy białe kuleczki. Potem, gdy na piętnaste urodziny ojciec zapytał go, co chciałby dostać, ten odparł, że trzy białe kuleczki. Potem, gdy na szesnaste urodziny ojciec zapytał go, co chciałby dostać, ten odparł, że trzy białe kuleczki. Potem, gdy na siedemnaste urodziny ojciec zapytał go, co chciałby dostać, ten odparł, że trzy białe kuleczki. Potem, gdy na osiemnaste urodziny ojciec zapytał go, co chciałby dostać, ten odparł, że trzy białe kuleczki. Potem, gdy na dziewiętnaste urodziny ojciec zapytał go, co chciałby dostać, ten odparł, że trzy białe kuleczki. Na swoje dwudzieste urodziny syn uległ wypadkowi. Leżał w szpitalu, ale lekarze nie dawali mu szans. Ojciec przyszedł do jego łóżka i mówi:
- Synu, dziś twoje dwudzieste urodziny. Co chciałbyś dostać?
- Trzy białe kuleczki tato.
- Po co ci były potrzebne te wszystkie kuleczki synu?
Miś urwał na moment opowiadanie.
- Nie przerywaj, do jasnej cholery!!! - wrzasnął Esteban - No i co dalej?!?!?!?!
- No i nic, bo to był mój przystanek, wysiadłem i nie usłyszałem puenty.
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! - krzyknął Don i uderzeniem czaszki rozpłatał na dwoje marmurowy blat stolika.
= W dniu dzisiejszym nasz pociąg doznał drobnego, dwudziestosiedmiogodzinnego opóźnienia, więc aż do końca podróży nie zatrzymamy się na żadnej stacji = ogłosił beznamiętnie głośnik.
- Co robisz? - spytał Miś, widząc Estebana skulonego nad przełamanym stolikiem.
- Złamany w pół nakrywam stół. . . - wystękał tamten.
- Wiesz - powiedział nagle Miś - Żona Spider - Mana to zwykła szmata.
- Nie mów tak! To nie jest prawda!!
- Zapytaj maszynisty, on tak powiedział. Twierdzi, że czytał ostatnio. . .
Jednak Don Esteban już go nie słuchał. Jak szalony pędził na rowerze po korytarzu. Strugi śliny chlapały z jego spienionych ust i osiadały na ścianie. Na boki roztrącał bezbronne staruszki i dzieci, które uciekały mu spod kół i w przerażeniu chowały się po przedziałach. Wreszcie dopadł lokomotywy. Wdusił przycisk, przecisnął się przez drzwi, wbiegł po schodach i dopadł ogrodu Głównego Maszynisty.
- Leonardzie! - krzyknął - Czy to ty powiedziałeś, że żona Spider - Mana to szmata?
- Ja. A bo co?
- A myślałem, że jesteś porządny chłop. . . Ale nie, myliłem się!!! Nikt nie ma prawa obrażać Mary - Jane!!! - krzyknął Don Esteban de Pajác. Wyciągnął pistolet i wycelował w głowę Leonarda Conana.
- So long, Leonard! - wycedził przez zęby. Nacisnął spust. Krew i zwoje mózgu plasnęły o panoramiczną szybę z odgłosem przypominającym rozjechanie żaby wozem konnym. Don Esteban odrzucił broń, otworzył okno, wyrzucił przez nie swój plecak. Stanął na krawędzi. Potem wyskoczył.
Miał takie uczucie, jakby frunął, a nie spadał. Wiatr szumiał wokół. Otworzył oczy i zobaczył, że wyskoczył akurat na moście.


******************************************************************